sobota, 31 grudnia 2011

Ben Howard - Every Kingdom


Ben Howard - Every Kingdom (2011)

  1. Old Pine
  2. Diamonds
  3. The Wolves
  4. Everything
  5. Only Love
  6. The Fear
  7. Keep Your Head Up
  8. Black Flies
  9. Gracious
  10. Promise
W dniu dzisiejszym ciężko uciec od jakichkolwiek rankingów czy podsumowań. W najłagodniejszym wydaniu wystąpi to u mnie: dziś moim zdaniem najlepszy wydany w tym roku album. "Every Kingdom", płytowy debiut Bena Howarda (o którym zaledwie wspominaliśmy wcześniej) to 50 minut akustycznego folku; od premiery upłynęły zaledwie 3 miesiące, jednakże nawet z tak krótkiej perspektywy czasowej można docenić wartość tego krążka. 

Aż ciśnie się na usta pytanie: cóż ciekawego może być w kolejnym "chłopcu z gitarą"? Czyż mało jest podobnych wykonawców? Nie trzeba być kosmicznie osłuchanym, by muzyce Bena Howarda odnaleźć wpływy Joni Mitchell, Boba Dylana czy Nicka Drake'a. Nie o to jednak chodzi- wielką zaletą tej płyty jest natłok pięknych i świeżych melodii. Zdecydowanie dobrze się stało, że Ben Howard porzucił dziennikarstwo i zajął się muzyką. Znalazł do tego znakomitych kompanów: (nie zawsze) perkusistę Chrisa Bonda i basistkę oraz wiolonczelistkę Indię Bourne. Trio to raczy nas naprawdę ujmującymi dźwiękami; ja pokochałem "Every Kingdom" już od pierwszych akordów "Old Pine". Nie mniej przebojowe są "Diamonds" z grupowym śpiewem w refrenie czy "The Wolves", gdzie urzeka zwłaszcza głos Howarda. Dźwięki elektrycznej gitary pojawiają się w "Only Love", moim faworycie z płyty (ciekawym także w wersji koncertowej). Ten krążek właściwie nie ma słabej piosenki: zarówno "The Fear" jak i "Keep Your Head Up" mimo folkowej stylistyki mają przebojowy potencjał, jednocześnie emanując niesamowitym ciepłem. Diametralnie inny od reszty utworów jest "Black Flies", swoisty punkt kulminacyjny płyty. Dwie ostatnie kompozycje to spokojne, przynoszące ukojenie ballady. 

Frank Zappa powiedział kiedyś, że pisanie na temat muzyki jest jak tańczenie na temat architektury. Zdanie to nabiera szczególnego sensu zwłaszcza w przypadku takich płyt jak "Every Kingdom", posiadających nieprzekładalny na słowa urok. Zatem gdy wywietrzeją ostatnie procenty zachęcam do zapoznania się z twórczością Bena Howarda; niech cały nowy rok będzie pełen równie dobrych płyt.

piątek, 30 grudnia 2011

Wynton Marsalis & Eric Clapton - Play The Blues


Play The Blues (2011)

  1. Ice Cream
  2. Forty-Four
  3. Joe Turner's Blues
  4. The Last Time
  5. Careless Blues
  6. Kidman Blues
  7. Layla
  8. Joliet Bound
  9. Just A Closer Walk With Thee
  10. Corrine, Corrina
W przedostatnie popołudnie 2011 roku zapraszam na prawdziwą muzyczną ucztę. Jest to jedna z niewielu godnych uwagi płyt wydanych w tym roku i mimo że większość zawartych na niej kompozycji to dwunastotaktowe standardy zaaranżowane w konwencji nowoorleańskiego jazzu, warto mieć "Play The Blues" na swojej półce. 

Powodów po temu jest kilka. Po pierwsze- ten album to ciekawa kooperacja dwóch wybitnych postaci. Eric Clapton jest jedną z ikon rocka, gitarzystą twórczo czerpiącym z tradycji bluesowej, który w swojej długiej karierze osiągnął niemal wszystko; Wynton Marsalis to niezwykle utalentowany bandleader, występujący od najmłodszych lat z tuzami światowego jazzu. Co ważne, żaden z nich nie sili się na czcze popisy. Clapton przede wszystkim urzeka głosem, który z upływem lat obniżył się i stał się bardziej zachrypnięty; można go nieco żartobliwie nazwać "najczarniejszym z białych murzynów". Jego partie gitarowe są stonowane, nie zawsze na pierwszym planie. Jednakże to zupełnie naturalne, gdyż...

...pierwsze skrzypce zdecydowanie gra orkiestra. Często nie znamy ich wszystkich z imienia i nazwiska, a szkoda- towarzyszący Claptonowi i Marsalisowi sidemani to naprawdę znakomici instrumentaliści. Dan Nimmer na fortepianie, Victor Goines na klarencie, Marcus Printup na trąbce, Chris Cranshaw na puzonie, Don Vappie na banjo, Chris Stainton na instrumentach klawiszowych, Carloz Henriquez na kontrabasie oraz Ali Jackson na perkusji- to ich wielką zasługą jest swobodny, rozimprowizowany nastrój tego albumu. Liczne solówki mają nie tylko dwaj prowodyrzy całego zamieszania, ale także wszyscy niemal członkowie orkiestry. Sprawia to, że płyta pomimo jednorodnej stylistycznie aranżacji ciągle przykuwa uwagę.

Po trzecie- gościnnie na płycie wystąpił Taj Mahal. Kto nie zna, niech poluje na trudno dostępne w Polsce albumy tego artysty. Jest to jeden z moich ulubionych bluesowych głosów, dlatego niezmiernie ucieszyłem się z jego pojawienia się na tym niezwykłym koncercie. Zainteresowanych odsyłam gdziekolwiek, choćby tu czy tu.

Płyta warta przesłuchania. Dla miłośników tradycyjnego jazzu to prawdziwa gratka, dla wielbicieli Claptona na pewno spore zaskoczenie. Mnie cieszy, że w wieku prawie 70 lat można ciągle próbować swoich sił w nowych przedsięwzięciach. Był już blues, rock, pop, muzyka elektroniczna...co po jazzie, Eric?

czwartek, 29 grudnia 2011

Fink - Perfect Darkness


Fink - Perfect Darkness (2011)

  1. Perfect Darkness
  2. Fear Is Like Fire
  3. Yesterday Was Hard On All Of Us
  4. Honesty
  5. Wheels
  6. Warm Shadow
  7. Save It For Somebody Else
  8. Who Says
  9. Foot  In The Door
  10. Berlin Sunrise
Wielkimi krokami zbliża się sylwester. Postanowiłem zatem, że zanim odkorkuję szampana i zupełnie obojętnie popatrzę na fajerwerki przedstawię jakiś porządny album z kończącego się 2011 roku. Powstrzymam się jeszcze od ostatecznych sądów odnośnie płyt Coldplay, RHCP, Florence & the Machine czy komercyjnie wskrzeszonej Amy Winehouse- skupię się na pozytywach. Na dziś Fink i jego ostatnie dzieło, kolejne niespodzianki jutro i pojutrze. 

Fin Greenal to jedyna postać w Ninja Tune, która nie pasuje do profilu muzycznego wytwórni- nie gra downtempo, nu-jazzu  czy przedziwnych kombinacji hip-hopu ze wszystkimi innymi gatunkami muzycznymi. To po prostu ciepły, charakterystyczny głos i gitara. Tylko tyle i aż tyle. "Perfect Darkness" to zbiór 10 naprawdę dobrych kompozycji, stylistycznie utrzymanych na pograniczu bluesa i brytyjskiego folku; co najważniejsze w przeciwieństwie do poprzednich płyt Brytyjczyka całość nie nudzi i nie nuży. 

Najpiękniejszą melodią na albumie jest zdecydowanie utwór tytułowy- można go słuchać nieskończoną ilość razy, za każdym odkrywając coś nowego w bogatej i pomysłowej aranżacji. Po okraszonym brzmieniem elektrycznej gitary "Fear Is Like Fire" następuje surowe w aranżacji "Yesterday Was Hard On All Of Us" z bardzo refleksyjnym tekstem. Niemalże bluesowe jest "Wheels", w podobnym klimacie utrzymana jest także następna, bogatsza aranżacyjnie kompozycja, czyli "Warm Shadow". Istną krainą łagodności jest "Save It For Somebody Else", pozwalające naprawdę zachwycić się barwą głosu Finka. "Who Says" to najbardziej niepokojący utwór na płycie, narastające napięcie znajduje ujście w dynamicznej końcówce. "Foot In The Door" przywodzi nieco na myśl The Cinematic Orchestra; to naprawdę piękna ballada, po "Perfect Darkness" druga wybitnie zapadająca w pamięć piosenka z płyty. Moim zdaniem tu właśnie powinna się ona zakończyć- "Berlin Sunrise" zwyczajnie nie pasuje mi jako ostatni utwór. Jednakże poprzestanie na takim wyliczeniu jest bardzo krzywdzące. Dlaczego? 

Bo "Perfect Darkness" to przede wszystkim album stanowiący zaplanowaną, mającą swoją dramaturgię całość. Nie ma mowy o wyrzucaniu poszczególnych utworów z playlisty- aby w pełni docenić tą płytę należy ją z uwagą przesłuchać "od deski do deski". Niezmiernie cieszy fakt, że z płyty na płytę Fink prezentuje coraz ciekawszy materiał. "Perfect Darkness"  nie lubi opuszczać odtwarzacza, w pełni zrekompensowała mi tegoroczne zawody związane z albumami kilku moich ulubieńców. Płyta na długie wieczory pełne pięknych dźwięków. 

środa, 28 grudnia 2011

Utwór: Joe Cocker - Never Tear Us Apart


1. Never Tear Us Apart (Respect Yourself, 2002)

Nie lubię coverów. Najczęściej jest to próba wybicia się na czyimś talencie kompozytorskim, kojarzy mi się z talent-show i miernotami w stylu .... (kropki zastąpić dowolnie wybranymi nazwiskami laureatów większości programów pokroju Nie-Mam-Talentu; w przypadku nieznajomości żadnego można wpisać nazwę ptaków- Szpak na przykład). Na szczęście, od każdej reguły są wyjątki: Jeff Buckley ("Hallelujah" to przecież utwór Leonarda Cohena), Jimi Hendrix (ożywił Dylanowskie "All Along The Watchtower"), czy Joe Cocker właśnie potrafili twórczo odczytać niekoniecznie swoje kompozycje. Bohater dzisiejszego odcinka to posiadacz jednego z najwspanialszych głosów w historii muzyki- pozwala mu to na niesamowite interpretacje bez zbytniej ingerencji w aranżację czy strukturę utworu. Pomimo sporej ilości autorskiej muzyki będzie na zawsze kojarzony z woodstockowym wykonaniem "With A Little Help From My Friends" Beatlesów i (mam nadzieję) "Never Tear Us Apart" INXS. Zaśpiewana przez Cockera piosenka nabiera niesamowitej siły rażenia, a dodatkowym smaczkiem jest krótkie, lecz piękne gitarowe solo. 

poniedziałek, 26 grudnia 2011

Utwór: Gnarls Barkley - Who's Gonna Save My Soul (live at Abbey Road)


  1. Who's Gonna Save My Soul (live at Abbey Road, 2008)
Na dziś kolejna piosenka tego urzekającego duetu. Tym razem znów mała wolta w stosunku do wersji albumowej- kameralnie, klimatycznie, niemal bluesowo. Wielkie brawa dla Josha Klinghoffera (któremu i tak mówię "nie!" w RHCP) za świetny dobór brzmień i subtelną, nie narzucającą się grę. Warto posłuchać.








niedziela, 25 grudnia 2011

Queen - Greatest Hits I


Queen - Greatest Hits I (1981)

  1. Bohemian Rhapsody
  2. Another One Bites The Dust
  3. Killer Queen
  4. Fat Bottomed Girls
  5. Bicycle Race
  6. You're My Best Friend
  7. Don't Stop Me Now
  8. Save Me
  9. Crazy Little Thing Called Love
  10. Somebody To Love
  11. Now I'm Here
  12. Good Old-Fashioned Lover Boy
  13. Play The Game
  14. Flash
  15. Seven Seas Of Rhye
  16. We Will Rock You
  17. We Are The Champions
Po raz kolejny wiadomości ze świata mają dość przygnębiający charakter. Wpisując w tfu, youtube.com "Somebody To Love" jako pierwszego odnajdujemy Justina Biebera; dowiadujemy się też, że Brian May chce znów wykorzystać logo Queen do zarobienia kilku dolarów więcej... Jednakże na czas Świąt i nie tylko warto skupić się na rzeczach pozytywnych- zatem na dziś prawdziwy prezent od losu.

"Greatest Hits I" to kolejna moja płyta dzieciństwa, odtwarzana podobnie jak "Live April 1987" aż do zdarcia igły w gramofonie. Zawartość krążka została wyznaczona przez żelazne zasady matematyki- to po prostu najlepiej sprzedające się single Queen z lat 1973-81. Co dziwne, pomimo dość dużej różnorodności stylistycznej poszczególnych utworów płyta jest spójna i tworzy logiczną całość, której świetnie się słucha. Okres reprezentowany przez tą kompilację najogólniej można scharakteryzować jako rockowy- brak tu często spotykanego na późniejszych albumach syntezatorowego brzmienia. Osobnym bytem jest "Bohemian Rhapsody", natomiast poza tym utworem warto wspomnieć chociażby o "Another One Bites The Dust"- jednym z pierwszych utworów disco-funkowych skomponowanych przez białego człowieka regularnie granym przez "czarne" rozgłośnie radiowe. W zasadzie jest to autorskie dzieło Johna Deacona; co ciekawe- przy nagrywaniu piosenki w ogóle nie użyto syntezatorów. Czystym szaleństwem jest "Bicycle Race", z oryginalną strukturą akordową i genialnymi partiami wokalnymi oraz gitarowymi. "Don't Stop Me Now" to jeden z tych utworów, które udowadniają wprost dlaczego Freddie Mercury był  i pozostaje niezastąpiony. Piosenka jest niesamowicie dynamiczna, pomimo braku rytmicznych partii gitarowych i niezbyt wyeksponowanego basu- cały dynamit kryje się w pianinie i głosie frontmana Queen. Moim ulubionym utworem Królowej jest "Somebody To Love"- przede wszystkim ujęły mnie inspirowane muzyką gospel harmonie wokalne (100 osobowy chór śpiewający w tym utworze to głosy Mercury'ego, May'a i Taylora nagrane metodą multitrackingu), wspaniała figura kompozycyjna i oczywiście Freddie Mercury po raz kolejny (rozpiętość dźwięków w całej piosence to od F2 aż do Ab5!!!)

W przypadku tej płyty pojawia się najprzyjemniejszy z problemów- obfitość dobrych utworów. Każdy z nich jest starannie wyprodukowany, nie ma miejsca na najmniejsze niedoróbki. Queen to prawdziwi bogowie studia, o czym wspomnę przy najbliższej okazji. Życząc zdrowych i pogodnych Świąt Bożego Narodzenia zachęcam do rozpoczęcia przygody z Królową właśnie tym krążkiem. 

piątek, 16 grudnia 2011

Utwór: Funkadelic - Maggot Brain


1. Maggot Brain (Maggot Brain, 1971)

Funkadelic to wesoła kompania guru muzyki funk- George'a Clintona. Pewnego razu, po sporej dawce LSD namówił on Eddiego Hazela na wyobrażenie sobie takowej sytuacji: gitarzysta Funkadelic miał się dowiedzieć o śmierci swojej matki, a potem przekonać się, że to nieprawdziwa pogłoska. Rezultatem tak pokręconego eksperymentu jest jedna z najbardziej poruszających gitarowych solówek w historii. Pierwotnie utwór ten miał zawierać także partie innych instrumentów i część wokalną, jednak gdy George Clinton zorientował się jak wspaniale zagrał Hazel, postanowił niemal wyciszyć resztę zespołu i pozostawić nagraną za jednym podejściem solówkę w niezmienionej formie, znanej do dziś jako Maggot Brain.

czwartek, 15 grudnia 2011

Kings of Leon - Because of the Times


Co wyjdzie z połączenia bluesowych tradycji, southern rockowych naleciałości i brytyjskiego przestrzennego brzemienia? Jak może domyślić się każdy- wydana w 2007 roku trzecia długogrająca płyta Kings of Leon. Zespół braci Followillów prezentuje tu pełnię swoich możliwości, które zwiastowała już poprzednia "Aha Shake Hearbreak", a które dopiero na "Because of the Times" przełożyły się na naprawdę dobre kompozycje.

Ten krążek to 52 minuty naprawdę ciekawej muzyki, w dodatku ułożonej w nieprzypadkowej kolejności. Zaczyna się dość niepozornie- "Knocked Up" to wspaniale rozwijający się utwór, pełen przestrzeni w brzmieniu, świetnego śpiewu Caleba Followilla i prostej, acz kunsztownej gry perkusji. "Charmer" poraża niespokojnym klimatem, tworzonym przez agresywny bas i histeryczny śpiew; natomiast singlowe "On Call" to zgrabnie skomponowana piosenka o bardzo nośnej melodii. Już na przykładzie trzech pierwszych utworów widzimy, że ten krążek to ciągła żonglerka nastrojami i emocjami; na szczęście kwartet z Nashville to sprawni kuglarze i ta zabawa nie nuży, a intryguje. Riff "Black Thumbnail" oparto na frapującej zabawie z rytmem, a naprawdę świeżo wypada gra gitar. Niemalże funkujące jest "My Party", w dodatku melodia refrenu ma niemalże radiową przebojowość. Jednym z najlepszych momentów na płycie jest "True Love Way"- kompozycja stopniowo narasta, by osiągnąć punkt kulminacyjny w naprawdę ujmującej części instrumentalnej.  Piosenką bardzo osadzoną w amerykańskiej tradycji jest "The Runner"; pozbawiony nieco singlowego potencjału, zawiera jednocześnie wielki ładunek emocji. Podobna sytuacja ma miejsce w przypadku "Trunk"- piosenki, której tajemniczych zwrotek i kojących refrenów można słuchać godzinami. "Camaro" dla kontrastu to porcja przebojowego rock'n'rolla, który poprzedza przystanek końcowy, moim zdaniem swoistą wisienkę na torcie. "Arizona" to najlepszy bez wątpienia utwór z tego albumu, posiada wszystkie cechy utworu kultowego, w tym tą najważniejszą: nie da się tej piosenki opisać słowami.

Na przykładzie "Because of the Times" widać wyraźnie, że twórcze nawiązywanie do dokonań poprzednich pokoleń ma sens; pozytywne przyjęcie krytyki i publiczności jest na to najlepszym dowodem. Kings of Leon w swojej muzyce łączą dwie bardzo różne tradycje, amerykańską i brytyjską, co na tej płycie wyszło im znakomicie. 


Kings of Leon - Because of the Times (2007)
  1. Knocked Up
  2. Charmer
  3. On Call
  4. McFearless
  5. Black Thumbnail
  6. My Party
  7. True Love Way
  8. Ragoo
  9. Fans 
  10. The Runner
  11. Trunk
  12. Camaro 
  13. Arizona

wtorek, 13 grudnia 2011

Utwór: Doyle Bramhall II - Outside Woman Blues


1. Outside Woman Blues (Crossroads Guitar Festival 2007)

Dziś jedna z wielu wersji bluesowego klasyka Blind Joe Reynoldsa spopularyzowanego przez Cream i Erica Claptona. Jednak moje ulubione wykonanie to występ Doyla Bramhalla II na Crossroads Guitar Festival. Cieszcie się i radujcie:


PS. Warto zwrócić uwagę na bardzo specyficzne położenie strun i sposób gry Doyla Bramhalla II; zaintrygowanych odsyłam tu.

poniedziałek, 12 grudnia 2011

Black Sabbath - Master of Reality


Black Sabbath - Master of Reality (1971)

  1. Sweet Leaf
  2. After Forever
  3. Embryo
  4. Children of the Grave
  5. Orchid
  6. Lord of This World
  7. Solitude
  8. Into the Void
Dziś kolejny klasyk heavy metalu (jakże mylące określenie!), trzecia długogrająca płyta Black Sabbath. Nie obfituje w przeboje, ale zaciekawia ze zgoła z innych powodów- mianowicie przez wielu krytyków jest uznawana za pierwszą w historii płytę stoner rockową. W obliczu niemałej popularności QOTSA i Josha Homme'a warto zakrzyknąć "Ad fontes!" i odbyć małą podróż w czasie.

Jak głosi legenda: gitarzysta zespołu, Tony Iommi stracił w wypadku opuszki palców, co zmusiło go do obniżenia napięcia strun (a co za tym idzie, stroju)- to właśnie to zdarzenie losowe odpowiada za specyficzne brzmienie dwóch pierwszych krążków Black Sabbath. W roku 1971 Iommi postanowił ponownie obniżyć strój, w C# gra także bass Geezera Butlera; właśnie dlatego utwory z "Master of Reality" brzmią tak potężnie.  Rozwiązanie to będą później z powodzeniem stosować zespoły grunge'owe i stoner rockowe właśnie. Pierwszy efekt tych zabiegów to "Sweet Leaf" - swoisty hymn na cześć marihuany; abstrahując od tekstu i początku utworu (kaszel Tony'ego Iommi'ego po zaciągnięciu się skrętem...)- jest to jeden z najlepszych riffów w historii rocka. Natomiast pozostałe, solidnie zagrane i skomponowane utwory poruszają głównie tematykę...chrześcijańską. Wyjątkiem jest "Children of the Grave", który ma pacyfistyczną wymowę. Album zawiera dwie gitarowe miniatury- "Embryo" i "Orchid"; oddzielają one ciężkie, riffowe kompozycje i zaskakują słuchacza oczekującego tylko mocno przesterowanych brzmień. Natomiast najwspanialszym punktem płyty, pozycją absolutnie obowiązkową jest "Solitude". Każdy kto uważa, że Ozzy Osbourne nie potrafi śpiewać, powinien posłuchać tego utworu. Jest to jednak teatr dwóch aktorów: oprócz naprawdę poruszającego wokalu Osbourne'a, błyszczy Tony Iommi- gra na gitarze, pianinie oraz flecie. Naprawdę bardzo nietypowy utwór jak na "heavy metalowy" zespół.

Płyta w okresie powstania była prawdziwym "wypięciem się" na oczekiwania rynku i krytyków; z perspektywy czasu nie oszałamia, ale ciągle intryguje. Ciekawy jest zwłaszcza kontrast pomiędzy muzyką z tej płyty a mrocznym image'm zespołu, utrwalonym w powszechnej świadomości. Z pewnością jest to dysonans wart poznania. 

środa, 7 grudnia 2011

Utwór: Band of Horses - The Funeral


1. The Funeral (Everything All The Time, 2006)

Dziś krótka refleksja na temat przypadku w życiu, na przykładzie prozaicznej historii. Dawno, dawno temu Ktoś pokazał mi filmik z pewnym opętanym człowiekiem jeżdżącym na bmxie i wyczyniającym niestworzone rzeczy. Traf chciał, że w tle usłyszałem świetną muzykę, która towarzyszy mi do dziś. Wzruszających historyjek dość, czas na rzeczone wideo


...i na szersze spojrzenie: niemal wszystkie filmiki z udziałem Danny'ego McAskilla mają arcyciekawe ścieżki dźwiękowe, warte uwagi i śledzenia.

1. Dość mało znani w naszym kraju Loch Lomond i The Jezabels;
2. Świetny nie tylko w tym utworze Ben Howard;
3. Gino Riccitelli (nieco przypominający Johna Mayera).   

poniedziałek, 5 grudnia 2011

The White Stripes - Elephant


The White Stripes- Elephant (2003)

  1. Seven Nation Army
  2. Black Match
  3. There's No Home for You Here
  4. I Just Don't Know What to Do with Myself
  5. In the Cold, Cold Night
  6. I Want to Be the Boy to Warm Your Mother's Heart
  7. You've Got Her in Your Pocket
  8. Ball and Biscuit
  9. The Hardest Button to Button
  10. Little Acorns
  11. Hypnotize
  12. The Air Near My Fingers
  13. Girl, You Have No Faith in Medicine
  14. Well It's True That We Love One Another
Dziś proste i smakowite danie- The White Stripes, czyli wcielenie Jacka White'a numer jeden . Piosenki duetu to tak naprawdę współczesna interpretacja idei bluesa z wpływami muzyki punk- są proste, surowe, ale obdarzone sporym ładunkiem emocji. Brak tu wirtuozerii, pozostaje czysta energia. Płyta została zarejestrowana na analogowym, pochodzącym sprzed 1960 roku sprzęcie, a w całym procesie komponowania, nagrywania i miksowania nie użyto komputera. Album jest bardzo równy, żadna kompozycja nie sprawia wrażenia przypadkowej. Co warto wyróżnić poza znanym każdemu "Seven Nation Army"? 

Utwór numer trzy. "Theres No Home for You Here" to dobry riff, urozmaicony dźwiękami pianina oraz partiami solowymi przepięknie jazgotliwej gitary. Jack White to jeden z niewielu współczesnych gitarzystów posiadających charakterystyczne brzmienie, oparte na efekcie Whammy i tonach fuzzu. Wart uwagi jest również "I Just Don't Know What to Do with Myself"- jedyny na płycie cover, idealnie pasujący do struktury albumu. Porywa wręcz (zwłaszcza w refrenie) śpiew Jack'a White'a, zaciekawia kontrast pomiędzy subtelną zwrotką i dynamicznym refrenem. W "In the Cold, Cold Night" w roli wokalistki występuje Meg White; instrumentalny minimalizm (słyszymy dźwięki jedynie gitary i organów Hammonda) i chwytliwa melodia dały wyśmienity efekt. Kolejny utwór przynosi dźwięki pianina, i chyba najwspanialszej na płycie solówki- tym razem zagranej w stylu slide. "You've Got Her in Your Pocket" ukazuje folkowe inspiracje duetu; zestawienie prostych akordów dało naprawdę piękny efekt. "Ball and Biscuit" to blues-rockowa jazda, naznaczona silnie wyrazistą gitarową osobowością White'a. Mocnym akcentem w końcówce albumu jest "The Air Near My Fingers"- dynamiczne riffy, zwrotki oparte na partiach elektrycznego pianina, i niesamowita lekkość kompozycji sprawia, że do piosenki chce się wracać. Z niewiadomych powodów przepadam za ostatnim utworem, będącym swojego rodzaju żartem zaśpiewanym z gościnnym udziałem Holly Golightly. 

Na czym polega geniusz tej płyty? Przede wszystkim na powrocie do prostoty dźwięków i na odnalezieniu bluesowych oraz folkowych korzeni rocka. Niewygładzona produkcja nadaje zawartym na krążku utworom autentyczności, a każda piosenka nosi znamię wyrazistej i intrygującej osobowości Jacka White'a. Ciąg dalszy na pewno nastąpi.

niedziela, 4 grudnia 2011

Utwór: Zakk Wylde - Sold My Soul


  1. Sold My Soul (Book of Shadows, 1996)
Wspomnijmy dziś piękne czasy, gdy gdzieś pomiędzy Pride& Glory a Black Label Society powstała ta piosenka. Pochodzi z dość nierównego albumu "Book of Shadows", ale zawiera wszystko to, za co kocham Zakka: potężny głos o niesamowitej barwie, ciekawą kompozycję i oszałamiające solo gitarowe. Polecam najpierw posłuchać utworu, a później obejrzeć to.

sobota, 3 grudnia 2011

The Beatles - Help!


The Beatles - Help (1965)
  1. Help!
  2. The Night Before
  3. You've Got To Hide Your Love Away
  4. I Need You
  5. Another Girl
  6. You're Going To Lose That Girl
  7. Ticket To Ride
  8. Act Naturally
  9. It's Only Love
  10. You  Like Me Too Much
  11. Tell Me What You See
  12. I've Just Seen a Face
  13. Yesterday
  14. Dizzy Miss Lizzy
Ostatnimi czasy moim nowym hobby jest chorowanie, stąd też znalazłem czas na ponowne obejrzenie jednego z moich ulubionych filmów- beatlesowskiego "Help!". Cudownie absurdalna fabuła okraszona jest naprawdę dobrymi dźwiękami; z tej okazji zapraszam na album-soundtrack, moim zdaniem najciekawszy z początkowego etapu twórczości The Beatles.

Album otwiera "Help!"- skomponowana przez Johna Lennona rock'n'rollowa piosenka opowiadająca o jego problemach psychicznych związanych z nagłym sukcesem zespołu. W wywiadzie dla magazynu Rolling Stone udzielonym w 1970 roku Lennon wyznał, że "Help!" jest jedną z jego ulubionych piosenek The Beatles, jednakże żałuje, że nie została nagrana w wolniejszym tempie. "The Night Before" utrzymana jest w konwencji 'call and response' pomiędzy prowadzącym wokalem Paula McCartney'a a chórkiem złożonym z Lennona i Harrisona. Co ciekawe, solo gitarowe w tej piosence zagrał McCartney. Kolejny utwór jest folkową balladą, z pierwszym gościnnym występem w historii zespołu- partię fletu w "You've Got To Hide Your Love Away" zagrał John Scott. Jak powiedział po latach Paul McCartney "ta piosenka to po prostu Lennon grający Dylana", wpływ twórczości amerykańskiego barda jest tu bardzo wyraźny. "I Need You" to   pierwsza na płycie i druga w ogóle wydana przez zespół kompozycja George'a Harrisona. Kolejny utwór został napisany przez Paula McCartney'a, który zagrał też partię gitary solowej; warto zwrócić uwagę na ulubione przez tego kompozytora tempo i rytmikę, charakterystyczną dla muzyki skiffle. "You're Going To Lose That Girl" jest piosenką zbudowaną ponownie w konwencji 'call and response', jednakże tym razem główny wokal przypadł Johnowi Lennonowi. Smaczku utworowi dodaje podwojona partia pianina; co ciekawe kompozycja w strukturze akordowej przypomina poprzedzającą ją "Another Girl". Kolejna piosenka autorstwa duetu Lennon/McCartney to "Ticket To Ride"; obaj panowie podają jednakże różne źródła inspiracji do powstania utworu. Według Paula chodziło o bilety do miasteczka Ryde na wyspie Wight; zdaniem Johna tytułowy "ticket to ride" to zaświadczenia o dobrym stanie zdrowia trzymane przez hamburskie prostytutki... Wolny od podobnych kontrowersji jest zaśpiewany przez Ringo Starra "Act Naturally"; "It's Only Love" to jedna z mniej udanych kompozycji zespołu w ogóle- John Lennon powiedział, że zawsze nienawidził tej piosenki, a Paul McCartney przyznawał, że to "piosenka-wypełniacz". Lepiej prezentuje się  "You Like Me Too Much", druga kompozycja autorstwa Harrisona na krążku. "Tell Me What You See" zaciekawia użyciem nietypowych instrumentów perkusyjnych (m.in. Güiro); natomiast "I've Just Seen a Face" to praktycznie piosenka country. Najbardziej znanym utworem z płyty jest numer 13 - zaaranżowane na akustyczną gitarę i kwartet smyczkowy "Yesterday"; abstrahując od znanej opowieści o tym, jak melodia piosenki przyśniła się McCartney'owi, warto wspomnieć o pierwotnej wersji tekstu. Zamiast dobrze znanego liryku "Yesterday/All my troubles seemed so far away" McCartney roboczo śpiewał "Scrambled Eggs/Oh, my baby how I love your legs". Płytę kończy dynamiczne "Dizzy Miss Lizzy", jedyny na krążku cover. 

"Help!" to album dobrze podsumowujący pierwszy okres twórczości The Beatles. Przebojowe piosenki z dobrymi melodiami i harmoniami wokalnymi stały się wręcz definicją popu pierwszej połowy lat 60. Na tym krążku widać jednak zalążki Beatlesów z okresu studyjnego, pełnego dźwiękowych eksperymentów; jednak to już zupełnie inna beczka. 



piątek, 25 listopada 2011

Specjal Jazz Sextet- Projekt Elbląg


Specjal Jazz Sextet - Projekt Elbląg (2011)
  1. Maciek
  2. Obierek
  3. Prusacy
  4. Idzie Szwed
  5. Stary Kapeć
  6. Serce na talerzu
  7. Klamerka
  8. Szymek
Nie sądziłem, że kiedyś dojdzie do tak wspaniałego momentu: z czystym sumieniem mogę polecić płytę elbląskiego wykonawcy! Co prawda sekcja rytmiczna SJS pochodzi z trójmiasta, lecz panowie Sycz i Mackiewicz znani są miłośnikom elbląskiego jazzu od dłuższego czasu. Kompozytorem całości materiału jest Bartek Krzywda, znany z niezliczonej liczby muzycznych przedsięwzięć, który tą płytą nareszcie ma szanse wypłynąć na szerokie wody.

Nie ma nudnego utworu na tym krążku. W "Maćku" uwagę przykuwa funkująca sekcja rytmiczna- choćby dla gry Grzegorza Sycza warto wybrać się na koncert Specjal Jazz Sextet. "Obierek" to pole do popisu dla sekcji instrumentów dętych w równie energetycznym wydaniu; zupełnie inny klimat buduje trzecia na płycie kompozycja- "Prusacy" to utwór wolniejszy, cechujący się większą dozą subtelności. Numer cztery na krążku- "Idzie Szwed"- jest areną pierwszego gościnnego występu na tym albumie- gitarowe solo autorstwa Jarka Śmietany uświetnia kolejny bardzo udany utwór. "Stary Kapeć" znów oddaje skalę możliwości sekcji dęciaków, na całym krążku wspomaganej przez Przemka Dyakowskiego. W "Sercu na talerzu" słyszymy kolejne gościnne dźwięki- tym razem skrzypce Jerry'ego Goodman'a. Najbardziej chwytliwym motywem z całej płyty jest motyw przewodni "Klamerki"- po pierwszym usłyszeniu nie mogłem przestać go nucić przez bardzo bardzo długi czas. W każdej kompozycji czuć jednakże palec twórcy- Bartek Krzywda, bo o nim mowa, także często popisuje się swoimi umiejętnościami. W "Szymku" słyszymy naprawdę przednie solo, a rzeczą wartą podkreślenia jest przyjemne brzmienie analogowej elektroniki na całym albumie.

Już nazwiska gości sporo mówią o poziomie wykonawczym Specjal Jazz Sextet. I tutaj te nazwiska rzeczywiście grają, do tego jazz z górnej półki, który każdemu można śmiało i odważnie polecić. Ponadto dla mnie jest to muzyka dobrze znana także z wykonań koncertowych, podczas których Pan Szymon Zuehlke grał m.in. na saksofonie "terenowym"; ale to już zupełnie inna historia.

czwartek, 24 listopada 2011

Utwór: The Shins - Pink Bullets


1. Pink Bullets (Chutes Too Narrow, 2003)

Zespół przysparzający problemów: ich albumy są kompletnie nierówne, więc ciężko wyrobić sobie jakieś zdanie na ich temat. Zróżnicowanie od piosenek zupełnie przeciętnych, indie-nijakich, aż po porywające jak "Pink Bullets". Warto zaryzykować i dać się skusić na przesłuchanie płyt, dziś zapraszam na (moim zdaniem) najlepszy utwór The Shins.

środa, 23 listopada 2011

John Mayer - Continuum

John Mayer- Continuum (2006)
  1. Waiting on the World to Change
  2. I Don't Trust Myself (With Loving You)
  3. Belief
  4. Gravity
  5. The Heart of Life
  6. Vultures
  7. Stop This Train
  8. Slow Dancing in a Burning Room
  9. Bold as Love
  10. Dreaming with a Broken Heart
  11. In Repair
  12. I'm Gonna Find Another You
Następca koncertowego "Try!", wydany w 2006 roku album "Continuum" przynosi nam wypadkową dwóch oblicz Johna Mayera. Z jednej strony jest to płyta popowa- gładko wyprodukowana i wypełniona chwytliwymi melodiami; z drugiej mamy tu wiele bluesujących partii gitary oraz niebanalnych rozwiązań aranżacyjnych i brzmieniowych. Panie i Panowie, "Continuum" czas zacząć.

Pierwszy utwór i singiel zarazem,  nagrodzony Grammy w kategorii Best Male Pop Vocal Performance, czyli "Waiting on the World to Change" oparty jest na dość powszechnej progresji akordowej; jednakże zaangażowany tekst i wspaniała aranżacja sprawia, że piosenka zdecydowanie się broni. Utwór numer dwa jest jednym z moich faworytów na tym krążku. Dobry motyw gitarowy, "bujający" rytm, wysmakowane solo i delikatna sekcja instrumentów dętych sprawia, że do "I Don't Trust Myself" chce się wracać. "Belief" to bardziej energetyczny utwór, dodatkowo zawiera gościnny występ Bena Harpera na gitarze slide. Absolutną perełką jest "Gravity"- przez samego Mayera określany jako "najważniejszy utwór w jego życiu". Pojawił się już na wcześniejszej płycie muzyka, "Try!"; wersja studyjna różni się od koncertowej zastosowanym instrumentarium (dodatkowo organy Hammonda i chórki), ale nie ładunkiem emocji. Ciekawostką jest gościnny udział Alici Keys w partiach wokalnych kończących piosenkę. "Heart of Life" to zgrabna miniaturka poprzedzająca "Vultures", czyli kolejny znany z "Try!" moment. "Stop This Train" to bazująca na dźwiękach gitary akustycznej piosenka z nieoczywistą melodią i strukturą. Utwór ósmy to chyba najmniej lubiana przeze mnie kompozycja, choć bez wątpienia warta uwagi. Przejmujący motyw gitarowy i wspaniałe solo oraz koda z pewnością mają swoich zwolenników. "Bold as Love", jedyny na płycie cover Sami-Wiecie-Kogo, wypada naprawdę świetnie. Przede wszystkim słychać tu naprawdę doskonałą technicznie, ale też nacechowaną bluesowym feelingiem grę Mayera. W końcówce płyty wyróżnia się "In Repair". Organy, które słyszymy na początku to gitara; słyszane przez nas dźwięki basu to...też gitara, tym razem 8-strunowa, obługiwana przez Charlie'go Hunter'a. Na szczęście głos Johna Mayera to głos Johna Mayera, a na perkusji gra nikt inny jak Steve Jordan. Warto prześledzić proces powstawania całego utworu, a przy słuchaniu zwłaszcza wyostrzyć ucho na harmonizowane partie gitar w końcówce- jakiż pomysł! "I'm Gonna Find Another You" to ukłon w stronę bluesa w stylu B.B.Kinga; sekcja dęta, delikatne organy Hammonda i świetny wokal Mayera. 

  Spotkałem się z opiniami, że to strasznie "mdła" i "bezpłciowa" muzyka; cóż, moż jest w tym nieco prawdy. Warto jednak przed przejściem do bardziej energetycznych wersji koncertowych tych utworów dobrze zapoznać się z materiałem zawartym na "Continuum". Z pewnością nie będzie to czas stracony, a co wrażliwsze ucho doceni smaczki aranżacyjne i naprawdę dobre kompozycje. Tym razem wyjątkowo przemysł muzyczny się nie pomylił- nagroda Grammy za Best Pop Vocal Album w 2007 roku była zupełnie zasłużona.

niedziela, 13 listopada 2011

Pink Floyd - Meddle


Pink Floyd- Meddle (1971)
  1. One of These Days
  2. A Pillow of Winds
  3. Fearless
  4. San Tropez
  5. Seamus
  6. Echoes
Kiedy pierwszy raz pomyślałem o recenzowaniu albumów powszechnie uważanych za "klasyki" zaśmiałem się szyderczo. Po cóż wygłaszać oczywistości, oświecać oświeconych, przekonywać, że 2+2=4, itp., itd.. Jednakże po chwili zastanowienia uświadomiłem sobie, że wiele osób nie zna muzyki starszej niż disco polo, postanowiłem zatem trochę wbrew sobie sięgać do płyt sprzed lat. Przy Pink Floyd miałem maksymalnie mieszane uczucia. Przecież to zespół-legenda, prekursorzy muzyki progresywnej; aż narzuca się założenie, że z ich muzyką choć trochę zapoznał się każdy świadomy słuchacz. Rzeczywistość przynosi jednak zgoła inny obraz- dokonania formacji w powszechnym mniemaniu to "Another Brick In the Wall" już nawet w wersji disco (ostatnio usłyszałem takowy koszmarek!) i wspaniałe solo w "Comfortably Numb". Postaram się zatem stopniowo wprowadzić muzykę Pink Floyd na łamy tej strony.

"Meddle" to świetny album na początek przygody z zespołem. Powstał w pierwszej połowie 1971 roku i jest płytą poniekąd "graniczną"- pomiędzy okresem psychodelicznym a progresywnym w historii formacji. Album ten, a w szczególności główny temat płyty- "Echoes", powstał na drodze eksperymentów. Po powrocie z trasy promującej "Atom Heart Mother" Waters, Gilmour, Mason i Wright zamknęli się w Abbey Road i rozpoczęli komponowanie premierowego materiału. Z powodu niewystarczających możliwości studia przenieśli się do AIR and Morgan Studios w West Hampstead, które posiadało 16- ścieżkowy system rejestracji. Wspominam o tym, gdyż technologia przyczyniła się do skomponowania części materiału. Członkowie zespołu zaczęli eksperymenty od grania "razem, ale osobno"- każdy muzyk nagrywał na osobnym śladzie, nie słysząc reszty zespołu. Podczas kolejnych sesji próbowano m.in. grać na różnych domowych sprzętach i łączyć uzyskane dźwięki z odgłosami otoczenia. Prace nad albumem przeciągały się, nikt z wytwórni nie sprawował kontroli nad przebiegiem procesu twórczego, a sesje nagraniowe były w większości bezproduktywne. Jednak w bólach zrodziła się bardzo udana płyta.

Otwierający krążek "One of These Days" rozpoczyna się dźwiękiem szalejącego wiatru, po którym rozbrzmiewa basowy riff, zagrany na dwóch gitarach i dodatkowo zarejestrowany z zastosowaniem kamery pogłosowej. Utwór stopniowo narasta, by po wypowiedzianych przez  Nicka Masona słowach "One of these days I'm going to cut you into little pieces" wybuchnąć dość agresywnym solem gitary. Inspiracją dla wypowiedzianej kwestii był pewien nieprzychylny Pink Floyd krytyk muzyczny. "A Pillow of Winds" to spokojna ballada, oparta na dźwiękach gitar akustycznej i hawajskiej oraz organów Hammonda; tytuł piosenki jest zainspirowany grą Mahjong, w którą Roger Waters i Nick Mason grali podczas swojego pobytu na południu Francji. "Fearless" jest bardzo ciekawym utworem, który kończy się (dość niespodziewanie) hymnem kibiców F.C. Liverpool "You'll Never Walk Alone". Pop-jazzowym, lekkim utworem jest "San Tropez", zainspirowany podróżą zespołu na południe Francji w 1970 roku; ciekawym urozmaiceniem jest klawiszowe solo Ricka Wrighta. "Seamus" to żartobliwa miniatura bluesowa, w której rolę współwokalisty pełni pies Steve'a Marriota, Seamus. Płytę wieńczy "Echoes"- ponad 20 minutowa rozbudowana kompozycja, która zaczęła się od eksperymentu Ricka Wrighta. Zarejestrował on dźwięk pianina przetworzony przez obrotowy głośnik Leslie, co dało charakterystyczny odgłos otwierający utwór. Potem dochodzą do niego poszczególne instrumenty: organy, gitara, nareszcie perkusja i preparowane pianino. Po dwóch zwrotkach rozpoczyna się arcyciekawa, trwająca prawie 15 minut część instrumentalna bogata zwłaszcza w przepiękne partie klawiszowe. Zwieńczeniem utworu jest trzecia zwrotka i subtelne outro, które przechodzi w szum wiatru. "Echoes" uważam za jeden z najlepszych utworów Pink Floyd; bardzo ciekawym wykonaniem live jest to ze słynnego koncertu w Pompejach- polecam obejrzeć i posłuchać.

Trzeba to otwarcie powiedzieć- nie jest to arcydzieło na miarę następnych krążków. To po prostu bardzo udana płyta, która zwiastuje przyszłą wielkość zespołu. Utwory z "Meddle" brzmią ciekawiej w wersjach koncertowych, a pozycją obowiązkową jest koncert "Live at Pompeii", który pozwala docenić w pełni geniusz takich kompozycji jak "Echoes" czy "One of These Days". 




wtorek, 8 listopada 2011

Utwór: Kings of Leon - Milk


1. Milk (Aha Shake Heartbreak, 2004/2005)

Kings of Leon stali się koszmarnie znani głównie za sprawą wyśmienitego krążka "Only by the Night" z 2008 roku, jednak już wcześniej tworzyli świetne piosenki; dziś mała próbka pochodząca z ich drugiego studyjnego albumu. Początek utworu to niesamowity, przeszywający śpiew Caleba Folowilla z delikatnym akompaniamentem klasycznej gitary i pobrzmiewającym w tle syntezatorem. Refren przynosi dźwięki perkusji i elektrycznej gitary; jednakże prawdziwym mistrzostwem jest gitarowy motyw rozpoczynający się od około trzeciej minuty. Absolutnie kupili mnie tym detalem, głównie dlatego zachwycam się tą piosenką kolejny już rok. Tekst utworu dedykuję wszystkim, którzy muszą wiedzieć "co poeta miał na myśli". 

poniedziałek, 7 listopada 2011

Joe Satriani - Black Swans & Wormhole Wizards


Joe Satriani- Black Swans & Wormhole Wizards (2010)
  1. Premonition
  2. Dream Song
  3. Pyrrhic Victoria
  4. Light Years Away
  5. Solitude
  6. Littleworth Lane
  7. The Golden Room
  8. Two Sides to Every Story
  9. Wormhole Wizards
  10. Wind In The Trees
  11. God Is Crying
Wczoraj Joe Satriani pojawił się przy okazji procesu o prawa autorskie z zespołem Coldplay; dziś postaram się przybliżyć jego najnowsze muzyczne dokonanie. Satch jest jednym z niewielu solowych wymiataczy, którzy sprawnie balansują na granicy gitarowego onanizmu- w jego muzyce poza wirtuozerią pojawiają się też ciekawe melodie, co sprawia że słuchają go nie tylko zapatrzeni w jego palce fani.

W przypadku nieomal doskonałych technicznie gitarzystów takich jak Steve Vai, Yngwie Malmsteen czy Paul Gilbert problemem jest odsłuchanie całej płyty z powodu przeładowania ich ultraszybkimi pasażami i szaleńczym tappingiem. Zupełnie inaczej wygląda twórczość Satch'a. Krążek otwiera "Premonition"- energetyczna, ale bardzo melodyjna kompozycja z subtelnym frazowaniem w zwrotce i świetnym solem. Utwór numer dwa rozpoczyna się od zagranego z użyciem "kaczki" funkującego motywu; gra Satrianiego w zwrotce jest delikatna, ale nie nudna. Refren przynosi harmonizowane partie gitar, a druga zwrotka to czas na instrumentalne popisy. "Pyrrhic Victoria" przypomina brzmieniowo poprzednie płyty- "Super Colossal" czy "Professor Satchafunkilus", natomiast w "Light Years Away" pobrzmiewają echa twórczości Chickenfoot. Ciekawą pozycją jest "Solitude"- dźwięki gitary z odrobiną pogłosu i delay'a wystarczają do zbudowania magicznego klimatu. Utwór miał mieć swoją rozbudowaną postać, lecz wersja demo tak zauroczyła wszystkich muzyków uczestniczących w sesji, że pozostawiono ją bez zmian, w formie miniatury. "Littleworth Lane" to w zasadzie blues- w tle pobrzmiewają organy Hammonda, a progresję akordów możemy uznać za oczywistość . Wielki szacunek budzi sposób gry Satrianiego, nacechowany olbrzymim feelingiem. Dla kontrastu w "The Golden Room" brzmią melodie inspirowane muzyką orientalną. W "Two Sides to Every Story" wyróżnia się partia klawiszy; natomiast "Wormhole Wizards" to moim zdaniem najsłabszy utwór na płycie. "Wind In The Trees" to moja ulubiona kompozycja Satrianiego: przede wszystkim intryguje brzmienie gitary, które jest wręcz niewiarygodne. Satch jest też dobrym klawiszowcem i w tym utworze raczy nas rozbudowanym klawiszowym solem. Finał płyty to "God Is Crying", szalenie energetyczny utwór będący wspaniałą pointą dźwięków zawartych w dziesięciu poprzednich kompozycjach.

Jeden z najlepszych albumów w bogatym dorobku tego wirtuoza gitary. Płyta do wielokrotnego słuchania, pomimo ogromnego arsenału zastosowanych technik gitarowych nie męczy, a z każdym odtworzeniem coraz bardziej wciąga. 



niedziela, 6 listopada 2011

Coldplay - Viva la Vida or Death and All His Friends


Coldplay- Viva la Vida or Death and All His Friends (2008)
  1. Life in Technicolor
  2. Cemeteries of London
  3. Lost!
  4. 42
  5. Lovers in Japan/ Reign of Love
  6. Yes
  7. Viva la Vida
  8. Violet Hill
  9. Strawberry Swing
  10. Death and All His Friends
W związku z premierą 'Mylo Xyloto', czyli piątego dziecka Colplay postanowiłem przybliżyć ich dziecko numer cztery. Na początek cytat z jakiejś idiotycznej "komedii":
- Skąd wiem, że jesteś gejem? Bo nie sypiasz już z kobietami? Skąd wiem, że jesteś gejem? Skąd? Bo jesteś gejem i umiesz poznać swojego? Nie, jesteś gejem, bo słuchasz Coldplay.
Cóż, pomimo tak wielkiego ryzyka warto zapoznać się z tym albumem. Lubiłem Colplay z pierwszych dwóch płyt, pomimo faktu że w pełni zasługiwał na takie opinie, zapewne przez nieco naiwne piosenki w stylu 'Yellow'. Natomiast od 'X&Y' rozpoczęła się mała rewolucja w muzyce Chrisa Martina i spółki. Przy 'Viva la Vida...' wspomógł ich jeszcze Brian Eno i tak otrzymujemy jedną z ciekawszych płyt ostatnich lat.

W 'Life in Technicolor' od pierwszych dźwięków czuć rękę i ucho byłego członka Roxy Music i pioniera muzyki ambient. Jednakże utwór numer dwa (notabene mój ulubiony z płyty) to już Colplay w najlepszym, piosenkowym wydaniu. Melodia przypomina mi troszeczkę 'Scarborough Fair', a brzmienie gitary U2, jednakże całość brzmi cudownie. Mocnym punktem płyty jest '42'. Pomimo iż zaczyna się bardzo subtelnie wokalem Chrisa Martina i pianinem, przechodzi w połamany rytm i partie gitarowo-orkiestrowe przywodzące na myśl Zeppelinowy 'Kashmir'. Warto wspomnieć o zamieszaniu wokół 'Viva la Vida', jest to mianowicie utwór, który przysporzył zespołowi sporo kłopotów. Joe Satriani (o którym także kiedyś tu napiszę) doszukał się w tej piosence plagiatu swojego utworu 'If I could fly' i cała sprawa miała swój finał w sądzie. Z przyczyn czysto muzycznych chcę natomiast wyróżnić 'Death and All His Friends'- jest to po prostu świetnie skomponowany utwór. Rozpoczyna się miniaturką wokalu i pianina, która sprawia wrażenie łagodnego zakończenia krążka. Jednakże kompozycja ewoluuje w kierunku rockowego finału zaśpiewanego przez cały zespół. Piosenkę i całą płytę wieńczy łagodne elektroniczne outro, przypominające 'Life in Technicolor'.

Coldplay jest dla mnie fenomenem. Przede wszystkim z powodu sukcesu komercyjnego połączonego z sukcesem artystycznym. 'Viva la Vida...' pokazuje, że możliwe jest połączenie pięknych melodii, niebanalnych aranżacji i twórczych poszukiwań z pojawianiem się w radiu, telewizji i zapełnianiem stadionów. W rzeczywistości koszmarnego elektro popu Coldplay jest dla mnie światełkiem w tunelu; oby to światełko prędko nie zgasło. 

środa, 2 listopada 2011

Black Sabbath - Black Sabbath


Black Sabbath- Black Sabbath (1970)
  1. Black Sabbath
  2. The Wizard
  3. Behind The Wall Of Sleep
  4. N.I.B.
  5. Evil Woman
  6. Sleeping Village
  7. The Warning
  8. Wicked World
Za nami listopadowe dni zadumy związane z wspomnieniem Wszystkich Świętych i Dniem Zadusznym. Niestety, jest to okazja nie tylko do refleksji egzystencjalnej, lecz także do podróży kosmicznie zatłoczonymi środkami komunikacji miejskiej, gdzie miałem rzadką okazję posłuchać radiowych szlagierów. Przeraziła mnie więc miałkość godna poczciwego mielonego i naturalność zbliżona do silikonowych biustów; mój skatowany słuch aż zapragnął odtrutki. I mamy Black Sabbath...

Album powszechnie uznawany za pionierski dla heavy metalu, która to etykieta nieco nie przystaje do dzisiejszych wyobrażeń- dziś takie określenie kojarzy nam się z siarczystym przesterem, zabójczym tempem i wokalem godnym Nergala. Cóż, w 1970 roku do zbudowania klimatu wystarczały prostsze środki. Oddajmy głos Ozzy'emu Osbourne'owi:
Wybieraliśmy się na koncert w Zurychu (...), ale mieliśmy dzień zapasu przed wyjazdem i nagraliśmy wtedy w ciągu dwunastu godzin nasz pierwszy album. Potem wskoczyliśmy do naszej furgonetki i pojechaliśmy do Szwajcarii. Nagrywaliśmy całość na magnetofonach czterośladowych- praktycznie na żywo, z paroma nakładkami. Kosztowało to około dwóch tysiaków, a sprzedaje się do dzisiaj.

Słowa te mają rzeczywiście odzwierciedlenie w muzyce. Utwór tytułowy zbudowany jest w zasadzie na trzech dźwiękach i histerycznym wokalu Ozzy'ego. Słychać tu małe niedociągnięcia w solowej partii gitary, lecz moim zdaniem dodaje to płycie autentyzmu. Mroczna atmosfera potęgowana przez odgłosy padającego deszczu i bijącego dzwonu spowodowała, że zespół posądzano o okultyzm. Oddajmy ponownie głos Ozzy'emu:
Kiedy robiliśmy pierwszy album, nie siedzieliśmy, kurwa, przy żadnym pieprzonym ognisku, na którym smażyły się dziewice. Nic z tych rzeczy.

Kolejny utwór to "The Wizard", rozpoczynający się dźwiękami harmonijki ustnej, po której następuje świetny riff autorstwa Tony'ego Iommi'ego. Kolejny utwór to znów ciekawy riff i zaskakujący podział rytmiczny. Warto posłuchać wczesnych koncertów Black Sabbath, zwłaszcza śpiewającego pełnym głosem Osbourne'a i grającego szalone metra Bill'a Ward'a.  "N.I.B." rozpoczyna się dźwiękiami basu Geezer'a Butler'a, które poprzedzają jeden z najlepszych riffów w historii rocka. Tekst traktuje o zakochanym diable, lecz przez wielu krytyków zespołu był odczytywany jako okultystyczny w wymowie. "Evil Woman" to cover zespołu Crow; "Sleeping Village" rozpoczyna się akustycznie, lecz po niespełna minucie przechodzi w elektryczną część instrumentalną. "The Warning" to najdłuższy, ponad 10- minutowy, utwór na płycie. Zbudowany jest według schematu pieśni trzyczęściowej: po pierwszej wokalno- riffowej części następuje druga- instrumentalna; utwór wieńczy krótka koda, będąca niemalże powtórzeniem części pierwszej. "Wicked World" skomponowano według tej samej zasady. 

Album dość nieoczekiwanie stał się przebojem. Nie mogę odmówić sobie przytoczenia kolejnej wypowiedzi wokalisty:
Nagraliśmy pierwszą płytę w ciągu dwunastu godzin na dwóch czterośladach, a potem przez półtora miesiąca zapierdalaliśmy w Szwajcarii, gdzie graliśmy do kotleta. I nagle staliśmy się megagwiazdami. To było jak grom z jasnego nieba.

Czas na podsumowanie, znów słowami Ozzy'ego:
Pamiętam, że kiedy wyszła pierwsza płyta, pomyślałem sobie "Super. Pokażę ją staremu." Położyłem krążek na starym radiogramofonie i pamiętam, że zakłopotany tatko popatrzył na mamę, potem na mnie i powiedział: "Synu, ty aby na pewno nie pijesz za dużo piwa?"



Wszystkie cytowane wypowiedzi pochodzą z książki "Mówi Ozzy" pod redakcją Harry'ego Shaw'a, wyd In Rock, Poznań 2003 
 



czwartek, 27 października 2011

Alvin Lee - Pure Blues


Alvin Lee & Ten Years After - Pure Blues (1995)
  1. Don't Want You Woman
  2. The Bluest Blues
  3. I Woke Up This Morning
  4. Real Life Blues
  5. The Stomp
  6. Slow Blues In 'C'
  7. Wake Up Mama
  8. Talk Don't Bother Me
  9. Every Blues You've Ever Heard
  10. I Get All Shook Up
  11. Lost In Love
  12. Help Me
  13. Outside My Window
Ten Years After to zespół, którego okres świetności przypada na przełom lat 60. i 70. Wtedy to wystąpili na słynnym festiwalu Woodstock i po brawurowym wykonaniu "I'm Goin' Home" zyskali sławę i uznanie, a Alvina Lee okrzyknięto najszybszym gitarzystą świata. Potem było kilka płyt i odejście lidera z zespołu. Tyle bardzo pokrótce o (momentami przypominającej telenowelę) historii, czas na muzykę.

Omawiany dziś album to wybrana przez samego Alvina Lee kompilacja najbardziej bluesowych utworów w historii zespołu. Najczęściej widząc słowo "kompilacja" uciekam gdzie pieprz rośnie (siła skojarzeń ze składankami pokroju "RMF FM Najlepsza Muzyka na: wakacje, urodziny, pogrzeby, połogi, etc., etc., etc..."), jednak tu wybór jest sensowny i poczyniony przez autora tejże muzyki. Poza tym to kolejna płyta dzieciństwa, jej odkrycie zawdzięczam mojemu Tacie.

Otwiera ją "Don't Want You Woman" czyli zgrabny akustyczny country-blues, dobrze rozpoczynający  krążek. "The Bluest Blues" to dopiero drugi utwór, ale po nim w zasadzie płyta mogłaby się zakończyć. Śpiew Alvina Lee nie każdego przekonuje, ale gitarowe solo mogłoby się nigdy nie kończyć. Kolejna pozycja to "Woke Up This Morning"- świetny riff, organy Hammonda w tle no i oczywiście wyśmienite solo. Warto wsłuchać się w "Slow Blues In 'C'" - kapitalnie rozkręcający się utwór, tym razem w wersji live. Kolejna koncertowa perełka to "Every Blues You've Ever Heard"- chórki, saksofon, pianino no i subtelna gra Alvina Lee- taka mieszanka daje dobry rezultat. "I Get All Shook Up" to jedna z moich ulubionych piosenek (tak, wiem, mam ich setki); zawsze fascynował mnie sposób gry gitarowej w tym utworze, jest dokładnie w pół drogi pomiędzy grą podkładową i solową. Bardziej rockowe oblicze zespołu widzimy w instrumentalnym "Lost In Love", natomiast "Help Me" to kawał świetnego blues rocka, z przepięknymi solówkami. Wieńczący płytę "Outside My Window" mnie nie przekonuje, psuje wręcz wrażenie jakie zostawia poprzedni utwór.

Dobry początek przygody z blues rockiem, w zasadzie to klasyka gatunku nacechowana niepowtarzalnym stylem gry na gitarze Alvina Lee. Szczerze polecam.

poniedziałek, 24 października 2011

Perfect - Live April 1' 1987 (dysk 2)


Perfect - Live April 1' 1987 (1987) cd2:
  1. Czytanka dla Janka
  2. Niewiele ci mogę dać
  3. Ja, my, oni
  4. Pe Pe wróć!
  5. A kysz biała mysz!
  6. Chcemy być sobą
  7. Kariera
  8. Objazdowe nieme kino
  9. Oczy czarne
  10. Żywy stąd nie wyjdzie nikt
  11. Nie płacz Ewka
Dziś czas na drugi dysk Perfectowego show, nieco słabszy od pierwszego, choć nie pozbawiony perełek. Tytułem wstępu warto zaznaczyć, że pomiędzy wydaniem cyfrowym a winylowym jest przepaść nie do zasypania, oczywiście na korzyść czarnej płyty. Słuchanie tego albumu na gramofonie dostarcza zupełnie innych wrażeń niż obcowanie z bezdusznymi zerami i jedynkami. Ale do rzeczy...

Pierwszy utwór to "Czytanka dla Janka", jeden z najlepszych tekstów Olewicza, istniejący w symbiozie ze świetną muzyką. Po tej piosence Zbigniew Hołdys zasiada do pianina i rozbrzmiewa "Niewiele ci mogę dać", czyli jeden z największych przebojów grupy oraz "Ja, my, oni"- ciekawa piosenka z równie ciekawym tekstem. Czwarty utwór to znów polityczna gra w tekście no i przewspaniała gra gitar duetu Urny- Hołdys. "A kysz biała mysz" kończy się dłuższą improwizacją i solówką perkusyjną średniej klasy, po której następuje średnio udana wersja "Chcemy być sobą". "Kariera" to kolejna kpina z upadającego systemu, natomiast poważniejszy nastrój wywołuje "Objazdowe nieme kino" z przepięknym tekstem; muszę jednakże przyznać, że wolę wersję studyjną. Na bis zespół wykonał (dość żartobliwie) "Oczy czarne" oraz dwie świetne piosenki. O ile "Nie płacz Ewka" to kolejny klasyk, którego nie trzeba przedstawiać to "Żywy stąd nie wyjdzie nikt" to mało znany, acz świetny kawałek. Warto wsłuchać się w nieszablonową grę gitar i ciekawy tekst. 

Płyta godna polecenia nie tylko ze względów muzycznych, opisanych wczoraj, ale także z powodu wspaniałego klimatu, towarzyszącemu koncertowi. Koniec lat 80., czyli czasy upadającego komunizmu i atmosfera tamtych lat została tu utrwalona i jest odczuwalna pomimo upływu lat. Jeśli ktoś nie jest do końca przekonany do samej muzyki, może traktować tą płytę jako swego rodzaju dokument z epoki, z pewnością wart poznania.

niedziela, 23 października 2011

Perfect - Live April 1' 1987


Perfect - Live April 1'1987 (1987) cd1:
  1. Jeszcze nie umarłem
  2. Bażancie życie
  3. Ale wkoło jest
  4. Autobiografia
  5. Wyspa, drzewo, zamek
  6. Obracam w palcach złoty pieniądz
  7. Opanuj się
  8. Jak ja nie lubię historii
  9. Wieczorny przegląd moich myśli
  10. Nasza muzyka wzbudza strach
  11. Nie patrz jak ja tańczę
  12. Nie bój się wszystkiego
  13. Po co
  14. Idź precz
Bardzo rzadko słucham radia. Jednakże czasami zdarza się zasłyszeć tam Perfect w wydaniu nowym, osłodzonym, czyli najbardziej chyba zmarnowany zespół polskiego rocka. Warto odkurzyć niektóre starsze płyty i zauważyć, że kiedyś był to naprawdę band światowej klasy. Dziś dysk pierwszy koncertu zarejestrowanego w gdańskiej hali Oliva przed  ponad dwudziestoma laty. 

Jest to jedna z płyt mojego dzieciństwa, pierwsze odtworzenia (oczywiście w postaci winylowej) zdarzyły mi się jakieś 14 lat temu, więc przysłuchuję się tej płycie już jakiś czas. I oczywiście najpierw docierała do mnie w postaci tylko muzycznej- w wieku 5 lat raczej ciężko zrozumieć pokoleniowe teksty w rodzaju "Autobiografii" czy wychwycić niuanse politycznej gry tekstami piosenek i konferansjerki.

Płytę otwiera "Jeszcze nie umarłem", "Bażancie życie" i "Ale wkoło jest wesoło"- wiązanka energetycznych utworów z riffami na światowym poziomie. Czwartą pozycją jest "Autobiografia", piosenka której nikomu nie trzeba opisywać; warto jednak tu wspomnieć o postaci niezwykle ważnej dla Perfectu- chodzi o Bogdana Olewicza, który napisał znakomitą większość tekstów zespołu.  Jednym z moich ulubionych jest "Wyspa, drzewo, zamek", niezwykle alegoryczny i prosty zarazem. Utwór numer sześć to "Obracam w palcach złoty pieniądz" czyli najlepszy Perfectowy riff i kapitalna gra gitar w duecie. "Opanuj się" to właściwie solowy popis wokalisty; "Jak ja nie lubię historii" oparte jest na ciekawym motywie basu, wokalnie udziela się tu też Zbigniew Hołdys. Kolejny wart uwagi utwór to "Nasza muzyka wzbudza strach" z ironicznym, usianym politycznymi aluzjami tekstem. Po nim następuje mroczniejsze "Nie patrz jak ja tańczę" odnoszące się niemal wprost do czasów stanu wojennego, "Nie bój się wszystkiego" i nareszcie "Po co". Tej piosence chciałbym poświęcić nieco więcej uwagi, gdyż w moim odczuciu to jedna z najlepszych w historii gitarowych solówek made in Poland, zwłaszcza w wersji studyjnej. Pierwszy dysk wieńczy "Idź precz", za które oklaski należą się zarówno Hołdysowi za riff, jak i Markowskiemu za świetny wokal.

Podsumowując: płyta dowodzi, że rock nie był w historii muzyki popularnej domeną jedynie Wielkiej Brytanii i USA, ale i Polacy nie okazali się gąskami i mieli tu swój słyszalny głos. Do drugiego dysku powrócimy w najbliższym czasie.

poniedziałek, 17 października 2011

Utwór: Ozzy Osbourne - Shot In the Dark



Piosenka pochodzi z wydanego w 1986 roku krążka "The Ultimate Sin" i reprezentuje epokę, w której Ozzy paradował z natapirowaną fryzurą w błyszczących wdziankach i bardziej niż księcia ciemności przypominał panów z Modern Talking. Na szczęście muzyka nawet po latach broni się sama. Pomimo zabawnego dość teledysku i epokowych syntezatorów warto posłuchać zwłaszcza gitarowej wirtuozerii Jake'a E. Lee. Sam Osbourne wspomina go jako straszliwego marudę ("Nawet po zajebistym koncercie z Jake'iem człowiek miał ochotę się powiesić"), jednakże jego gra do dziś budzi szczere uznanie. Płyta słaba, piosenka świetna.


Limp Bizkit - Results May Vary


Limp Bizkit - Results May Vary (2003)
  1. Re-entry
  2. Eat You Alive
  3. Gimme the Mic
  4. Underneath the Gun
  5. Down Another Day
  6. Almost Over
  7. Build a Bridge
  8. Red Light, Green Light
  9. The Only One
  10. Let Me Down
  11. Lonely World
  12. Phenomenon
  13. Creamer (Radio Is Dead)
  14. Head For The Barricade 
  15. Behind Blue Eyes
  16. Drown 
Taaak...już widzę te zdziwione minki.  Zaraz po bluesowym klasyku taka profanacja (rapcore jakiś!), w dodatku najbardziej łagodny album Limp Bizkit w historii, więc nawet u ortodoksów nie znajdę zrozumienia. Zatem zacznę się pięknie tłumaczyć, co takiego ciekawego jest w tej płycie. Na liście dwa utwory zostały przekreślone- po prostu są absolutnie nie przystające do melodyjnej reszty albumu. Polecam je najzwyczajniej wyrzucić z playlisty.

Dźwięki pociągu, wesołego miasteczka, ryczącego słonia i conajmniej głupkowaty dialog to początek "Re-entry"- dość energetycznego i ciekawego rytmicznie intra do płyty. Zastanawia śpiew Freda Dursta i przestrzenne gitary- zwiastują, że na tej płycie nie uświadczymy tylko rapu, ale też wokalnych popisów. Po tym preludium następuje "Eat You Alive"- z przepięknie zagraną perkusją, dobrą melodią i genialnym scream'em w refrenie. Prawdziwym majstersztykiem jest "Underneath the Gun"- kompozycja pięknie się rozwija, a na szczególną uwagę zasługują partie gitary w wykonaniu Mike Smith'a. "Down Another Day" zbudowano na świetnym motywie basu i przestrzennych gitarach; po raz kolejny warto wspomnieć o rytmice, arcyciekawej na całej płycie. "Almost over" to bas z efektem delay, połamana perkusja i miażdżący refren. W "Build A Bridge" pojawia się akustyczna gitara, widać także umiejętności DJ'a Lethala. W kolejnym utworze gościnnie pojawia się Snoop Dog, jednakże znów moją uwagę zwraca frapująca perkusja i ukryty utwór jako point'ka. "Lonely World" to mój faworyt z tego albumu. Warto wsłuchać się w genialną partię bębnów, ubarwioną pauzami, przestrzenną grę gitar i kilka ciekawych sztuczek DJ'a Lethala; jednakże moim ulubionym fragmentem jest mostek, w którym pojawiają się harmonie wokalne; jednym słowem- majstersztyk. Ciekawymi utworami są też "Creamer" (świetny refren i oczywiście perkusja) oraz "Behind Blue Eyes" (cover The Who). Płytę kończy "Drown"- prosta, lecz świetnie zaśpiewana ballada. 

Podsumowując- przede wszystkim płyta ekstremalnie spójna. Świetna gra sekcji rytmicznej, urozmaicone partie gitary i ciekawe efekty pracy DJ'a, ale przede wszystkim forma wokalna Freda Dursta- to wszystko daje razem album, w który warto się zagłębić. Ja odkrywam go już ósmy rok i cały czas odnajduję coś ciekawego. Prawdziwa perełka tego gatunku muzyki, a po wycięciu dwóch utworów- płyta niemal doskonała. 

wtorek, 11 października 2011

Son House - The Original Delta Blues



Son House - The Original Delta Blues (1998)
  1. Death letter
  2. Pearline
  3. Louise McGhee
  4. John the revelator
  5. Empire state express
  6. Preachin' blues
  7. Grinnin' in your face
  8. Sundown
  9. Levee camp moan
  10. Pony blues
  11. Downhearted blues

Son House to człowiek z życiorysem dla conajmniej kilku osób. W ciągu 86 lat zdążył być pastorem baptystów, spędzić rok w więzieniu za morderstwo, popaść w alkoholizm, nagrać kilka piosenek dla biblioteki kongresu w roku 1941, rzucić muzykę na 20 lat i powrócić do niej w latach 60. I pomimo że trzymana przeze mnie w ręku płyta została wydana w 1998 roku, to utwory na niej zamieszczone pochodzą właśnie z tamtego okresu, a dokładniej z 1965 roku i stanowią swoisty kanon delta bluesa.

Kompilację otwiera "Death Letter", jeden z najczęściej coverowanych utworów Son'a House'a (pokusił się o to m.in. Jack White z The White Stripes). Charakterystyczny sposób gry na gitarze z zastosowaniem techniki slide oraz mocny, nieco soul'owy wokal nie pozwalają pomylić tego artysty z kimkolwiek innym. Wielką siłę rażenia mają utwory śpiewane a capella, takie jak chociażby (również coverowany m.in. przez The White Stripes i Gov't Mule) "John the revelator" czy absolutny klasyk- "Grinnin' in your face". Pełen emocji śpiew sprawia, że nie ma potrzeby wprowadzania dodatkowych instrumentów, sam głos i klaskanie wystarczają za całą aranżację. 

"Ojciec delta bluesa" jest postacią nieco zapomnianą, jednakże szalenie wpływową- do inspiracji utworami Son House'a przyznawali się m.in. Robert Johnson i Muddy Waters. Warto zapoznać się z tą twórczością i śledzić jej wpływ na muzykę kolejnych dziesięcioleci. 

piątek, 7 października 2011

Utwór: Gnarls Barkley- Going On (Live in The Basement)

Pierwszy z serii mini-postów. Piosenka ta, autorstwa duetu Gnarls Barkley (Danger Mouse i Cee- Lo Green) pochodzi z albumu "The Odd Couple" z 2008 roku. W wersji płytowej to radosne umcy-umcy z tanecznym teledyskiem. Jednakże można inaczej, o czym świadczy właśnie rejestracja live.

Koncert duetu wspomaganego przez Josha Klinghoffera w słynnym klubie z Sydney przynosi zupełnie inne oblicze utworu. Aranżacja  na organy hammonda, gitarę i syntezator pokazuje w pełni  potencjał tej piosenki i niesamowite możliwości wokalne Cee- Lo Green'a. Prawdziwą perełką jest także partia syntezatora w wykonaniu Klinghoffera. Standing ovation.


czwartek, 6 października 2011

John Frusciante - Shadows Collide With People


John Frusciante - Shadows collide with people (2004)
  1. Carvel
  2. Omission
  3. Regret
  4. Ricky
  5. Second walk
  6. Everyperson
  7. - 00 Ghost 27
  8. Wednesday's song
  9. This cold
  10. Failure 33 object
  11. Song to sing when I'm lonely
  12. Time goes back
  13. In relief
  14. Water
  15. Cut out
  16. Chances 
  17. 23 Go into end
  18. The Slaughter
Na początek sprawy porządkowe: po dłuuuuugiej wakacyjnej przerwie w pisaniu nadszedł czas na ubarwianie szarej rzeczywistości muzyką. Przez te kilka miesięcy błogiego lenistwa udało mi się poczynić dwie ważne dla tej stronki obserwacje. Po pierwsze- spada znajomość płyt- evergreenów. Po drugie- wiele zespołów jest mistrzami jednego utworu. A więc co następuje: prezentowane płyty będą naprzemian pochodzić sprzed 1990 roku i z okresu po tej granicy. Oprócz płyt będę rekomendował także pojedyncze piosenki- niestety niektórzy artyści nie są w stanie nagrać całej spójnej, ciekawej płyty. A więc...zaczynamy!

Album "Shadows Collide With People" powstał niejako w odpowiedzi na zarzuty krytyków muzycznych wobec Johna Frusciante. Twierdzili oni, że jego solowe dokonania są nieprofesjonalne i źle wyprodukowane. Na przekór tym opiniom były (niestety) gitarzysta Red Hot Chili Peppers wydał 150 000 $ na nagranie najbardziej dopieszczonej płyty w swoim dorobku. W rejestracji pomogła mu grupa przyjaciół- Josh Klinghoffer, Flea, Chad Smith, Omar Rodríguez-López, Charlie Clouser i Greg Kurstin. Pomimo udziału tak wielu znakomitych muzyków w każdej piosence czuć, że to Frusciante sprawował kontrolę nad całością.

"Shadows Collide With People" jest bardzo różnorodne w warstwie użytego instrumentarium. Na tej płycie możemy odnaleźć dźwięki różnego rodzaju syntezatorów, akustycznej i elektrycznej gitary, pianina Wurlitzera, bezprogowego basu i przede wszystkim wspaniałe partie wokalne Frusciante. Album jest niesamowicie spójny i właściwie pozbawiony słabych punktów. Najmniej przemawiają do mnie zabawy z syntezatorem w stylu  "  - 00 Ghost 27" czy  "Failure 33 object"- ciekawe, lecz męczące przy dłuższym słuchaniu. Oczywiście mam kilku faworytów. "Wednesday's song" to prosta piosenka, jednakże urzeka pięknymi, wielogłosowymi partiami wokalnymi. Podobnie "Song to sing when I'm lonely"- świetna melodia ubrana w bardzo ciekawą aranżację chórków w wykonaniu Frusciante i Klinghoffera. Od tych dwóch utworów rozpoczyna się najlepsza moim zdaniem część płyty- "Time goes back", "In relief", "Cut out" czy "23 Go into end" to piosenki wpadające w ucho, ale też zapadające w pamięć. 

Podsumowując - Frusciante na tym albumie pokazuje w pełni swój talent kompozytorski. Prostymi środkami buduje piękne melodie które sprawiają, że do płyty chce się wracać. Zdecydowanie polecam.  

sobota, 4 czerwca 2011

Pride & Glory - Pride & Glory


Pride & Glory - Pride & Glory (1994)
  1. Loosin' Your Mind
  2. Horse Called War
  3. Shine On
  4. Lovin; Woman
  5. Harvester Of Pain
  6. The Chosen One
  7. Sweet Jesus
  8. Troubled Wine
  9. Machine Gun Man
  10. Cry Me A River
  11. Toe'n The Line
  12. Fadin' Away
  13. Hate Your Guts
Przypatrując się rozlicznym talent- show można zaobserwować, że każdy popisujący się w nich wokalista przegrywa w starciu z legendami. Nie umiem przypomnieć sobie udanego wykonania jakiejkolwiek piosenki chociażby Czesława Niemena w Idolu, Mam Talent czy X-Factorze. Ta obawa przed wybitnymi twórcami i ich dziełami nie opuszcza też piszących o muzyce. Za wszelką cenę starałem się unikać płyt, które uważam za pomnikowe. Jednakże wysłuchawszy wczorajszego koncertu podczas Top Trendy wobec wszechobecnej miałkości zapragnąłem MOCY. A z tym właśnie słowem utożsamiam zespół Pride & Glory.

Jest to pierwszy zespół Zakka Wylde'a prowadzony "na własną odpowiedzialność". Gitarzysta Ozzy'ego Osbourne'a postanowił dać upust swoim inspiracjom spod znaku bluesa i country, stąd na tym wspaniałym krążku tak wiele dźwięków banjo, harmonijki ustnej czy pianina. Jednakże Zakk to przede wszystkim miażdżące riffy i wirtuozeria gitarowa najwyższej próby. Te składniki sprawiają że danie, jakim jest płyta Pride & Glory jest nader smakowite i stało się niejako definicją southern rocka.

Warto zwrócić uwagę na wersję płyty, którą trzymamy w rękach. Oryginalne wydanie składało się z 14 ścieżek, omawiane to reedycja z 1999 roku. Pierwszy dysk to 13 utworów, wymienionych powyżej, na drugim znalazły się covery oraz niewydany wcześniej, unikatowy materiał- warto zapolować na to wydanie. 

Cała płyta jest niesamowicie energetyczna. Rozpoczynają ją dźwięki banjo, które przechodzą w pierwszy miażdżący riff- "Loosin' Your Mind" to także pierwszy singiel z płyty, promowany dodatkowo teledyskiem. Jego głównym atutem poza potężnym, zachrypniętym śpiewem Zakka jest wyśmienite solo. Drugi utwór to już sama hard rockowa energia- szybszy riff, charakterystyczne dla Wylde'a flażolety i znów szalone partie instrumentalne- słucha się tego z zapartym tchem. "Shine On" to jeden z najmocniejszych punktów płyty: pierwsza część wydaje się być dość zwyczajną, rockową piosenką. Natomiast po upływie nieco ponad 4 minut zalega kilkusekundowa cisza, po której wkracza miażdżący riffowy walec, zamieniający się w zespołową improwizację. Aby trochę ostudzić emocje, 4 utwór jest utrzymaną nieco w konwencji country- bluesa balladą. Kolejną jest "The Chosen One", jednakże zupełnie różni się od utworu numer 4. Pojawia się mroczna linia basu, partie smyczków Seattle Orchestra, ale nad wszystkim i tak góruje śpiew i gra Zakka Wylde'a. Kolejnym utworem jest "Sweet Jesus", gdzie frontman raczy nas swą grą na pianinie. "Troubled Wine" jest powrotem do energii z początku płyty, a z powierzchni ziemi zmiata riff w obniżonym stroju. Wspaniale i potężnie brzmi także końcówka "Toe'n The Line". Najbardziej emocjonalnym momentem płyty jest "Fadin' Away", zagrana na pianinie ballada, w której możemy także usłyszeć akustyczną gitarę i przepiękne orkiestrację. Ostatni utwór to "Hate Your Guts", żartobliwa miniaturka w stylu country.

Podsumowując- 68 minut muzyki która jest kwintesencją rocka. Wyrastające z bluesa, ale obdarzone mocą lokomotywy utwory są świetnie skomponowane i wykonane, melodyjne i nasycone niesamowitą energią. Pozostaje jedynie żałować, że zespół nagrał tylko jedną płytę, a Zakk Wylde oddał się heavy metalowi.  

wtorek, 24 maja 2011

Jeff Beck - Wired


Jeff Beck - Wired (1976)

  1. Led Boots
  2. Come Dancing
  3. Goodbye Pork Pie Hat
  4. Head For Backstage Pass
  5. Blue Wind
  6. Sophie
  7. Play With Me
  8. Love Is Green

Moja przygoda z Jeffem Beckiem rozpoczęła się- oczywiście- dość przypadkowo. Mianowicie jakiś rok temu dorwałem dvd z festiwalu Crossroads, organizowanego przez Erica Claptona. Wydarzenie to prowadził Billy Crystal, który przyznał się, że Beck to jego ulubiony gitarzysta, gdyż najpełniej panuje nad dźwiękiem, potrafi go w bardzo charakterystyczny sposób artykułować, "wydobywać z ciszy". Cóż, musiałem to sprawdzić.

Ten brytyjski gitarzysta jest związany z wylęgarnią gitarowych bogów- zespołem The Yardbirds (oprócz Becka grali tam Jimmy Page i Eric Clapton). Jednakże ciekawiej prezentują się jego dokonania solowe. Bogatą dyskografię rozpoczynają płyty zbliżone do klasycznie pojmowanego hard- i blues- rocka, wokalnie udzielał się na nich nikomu wtedy jeszcze nie znany Rod Steward. Album "Wired" z 1976 roku pochodzi z okresu, gdy Jeff Beck był wiodącą postacią jazz'u fusion. Rozpoczynający płytę utwór "Led Boots" zaskakuje karkołomnym rytmem i wspaniale brzmiącym basem. "Come Dancing", nieco mniej rozszalałe w warstwie rytmicznej zaciekawia strukturą kompozycyjną i wykorzystanymi brzmieniami. "Goodbye Pork Pie Hat" to wolniejszy, czerpiący z bluesowej tradycji kawałek, uwydatniający korzenie muzyki Jeffa Becka. Utwór numer 4 przynosi znów niesamowity rytm i pełną wirtuozerii grę basu, które z wspaniałym solem gitarowym Jeffa kreują mojego faworyta z tego albumu, czyli "Head For Backstage Pass". "Blue Wind" przynosi brzmienia syntezatorów, za którymi nie przepadam, jednakże sam utwór jak najbardziej pasuje do całości albumu. "Sophie" to znów szalony rytm, oraz wirtuozeria basu i gitary; nieco inaczej prezentuje się utwór numer 7- "Play With Me" swoje bogactwo zawdzięcza także partiom elektrycznego pianina, na którym gra "piąty Beatles", czyli George Martin. Wieńczący krążek "Love Is Green" uspokaja nastrój brzmieniem fortepianu i klasycznej gitary.

Podsumowując- piękne połączenie jazzu i rocka, spojone osobowością Jeffa Becka. Śmiało można go nazwać jednym z najciekawszych gitarzystów w dziejach muzyki. Jego najnowsze artystyczne poszukiwania są dość kontrowersyjne (m.in. połączenie rocka i muzyki techno), ale jestem pewien, że w albumach z okresu fusion każdy znajdzie coś wartościowego dla siebie. 

sobota, 23 kwietnia 2011

Anderson Bruford Wakeman Howe - An Evening Of Yes Music Plus


Anderson Bruford Wakeman Howe - An Evening Of Yes Music Plus

cd 1:
  1. Benjamin Brittens Young Person Guide To The Orchestra
  2. Time And A Word / Teakbois / Owner Of A Lonely Heart
  3. The Clap / Mood For A Day 
  4. Gone But Not Forgotten / Catherine Parr / Merlin The Magican
  5. Long Distance Roundaround
  6. Birthright
  7. And You And I
cd 2:
  1. Close To The Edge
  2. Themes
  3. Brother Of Mine
  4. Heart Of The Sunrise
  5. Order Of The Universe
  6. Roundabout
Tajemnicza okładka, nieprawdaż? Dla osoby pierwszy raz stykającej się z art rockiem/rockiem progresywnym także tajemnicze nazwiska. Panowie Anderson, Bruford, Wakeman i Howe to 4/5 oryginalnego składu Yes, progresywnej legendy lat 70.. W latach 80. poróżnili się z pozostałą 1/5 składu, czyli basistą Chrisem Squire'em, co zmusiło ich do grania pod własnymi nazwiskami. Nagrali tak dwie płyty, studyjną i koncertową, którą z przyjemnością opisuję.

Przede wszystkim, to bardzo specyficzna muzyka. Ma swój klimat, magię i przede wszystkim- cechuje się kosmiczną wręcz wirtuozerią instrumentalistów. Zwłaszcza na pierwszej płycie jest czas na indywidualne popisy. Po otwierającej krążek kompilacji kilku Yes'owych klasyków i utworów z ostaniej płyty (Time And A Word/ Teakbois/ Owner Of A Lonely Heart) przychodzi czas na gitarowy popis Steve'a Howe'a. W utworze numer 4. słyszymy tylko klawiszowe solo Rick'a Wakeman'a. Cały zespół powraca dopiero w Long Distance Roundaround, ale utwór kończy perkusyjne solo Bill'a Bruforda. Birthright nie należy do moich ulubionych kompozycji, w przeciwieństwie do kończącego krążek And You And I. Zróżnicowany i ciekawy utwór, jeden z najlepszych utworów Yes, do tego przepięknie wykonany.

Dysk drugi rozpoczyna się miażdżąco: otwiera go najbardziej rozpoznawalna kompozycja Yes, niemal 20-minutowa suita Close To The Edge. Utwór niebanalny i niepowtarzalny, jeżeli kogoś znużył pierwszy dysk tu może spodziewać się odmiany. Moją uwagę zawsze przykuwała grająca w niesamowity sposób gitara Steve'a Howe'a, szalona gra perkusji i urozmaicenie aranżacyjne i kompozycyjne. Zdaniem wielu Yes nigdy nie wydał nic lepszego niż ten utwór. Sporo w tym racji, ja także do niego wracam najczęściej. Po wysłuchaniu Close To The Edge reszta płyty wypada żałośnie...blado. Każdy z pozostałych utworów frapuje niczym dokonania Ewy Farny, czyli wcale.

Ten album polecam wszystkim rozpoczynającym przygodę z rockiem progresywnym oraz osobom zachwycającym się wieloma dokonaniami współczesnych wykonawców z kręgu muzyki alternatywnej. Zobaczycie, że wszystko już 'było'. Warto zatem przekonać się, kto ile i od kogo ukradł. 

poniedziałek, 14 marca 2011

Sigur Ros- Heim


Sigur Ros- Heim (2007)

  1. Samskeyti
  2. Starálfur
  3. Vaka
  4. Ágætis byrjun
  5. Heysátan
  6. Von

Zainspirowany długością wczoraj opisanej płytki postanowiłem pójść za ciosem i dziś przybliżyć kolejne "maleństwo". Będzie to albumik "Heim" zespołu Sigur Ros. W zasadzie nie jest to samodzielny album, ale zbiór wykonanych koncertowo utworów, pochodzący z filmu o zespole zatytułowanym "Heima".

Sigur Ros to muzyka obok której niewiele osób potrafi przejść obojętnie. Przesiąknięta baśniowym klimatem, swoistą islandzką magią, cieszy się uwielbieniem nie tylko w ojczyźnie (gdzie do bycia fanem Sigur Ros przyznaje się co trzeci obywatel), ale na całym świecie, gdzie porwali rzeszę słuchaczy. Wyróżnikiem, poza byciem wizytówką Islandii, jest śpiewający falsetem wokalista, którego wielu wręcz posądza o bycie kastratem oraz śpiewanie w stworzonym przez sam zespół języku.

Mój pierwszy kontakt z zespołem to właśnie film "Heima", co po polsku oznacza "dom". Zespół prezentuje na nim "niezapowiedzianą trasę koncertową po Islandii". Mówiąc w wielkim skrócie- Panowie po prostu rozstawiali sprzęt w lokalnej kawiarnii, na polanie, bądź w dzikim, surowym plenerze, a tu nagle pojawia się kilkaset osób, siada i słucha. Cud. Obraz uzupełniają opowieści członków zespołu o podejściu do muzyki, życiu i domu, oraz przepiękne zdjęcia surowego, lecz wspaniałego krajobrazu Islandii.

Muzyka na tej płycie jest niesamowicie subtelna i nastrojowa. Ale to co wyróżnia ją spośród wielu subtelnych i nastrojowych płyt, to jej wręcz halucynogenne właściwości. Ma jedyną w swoim rodzaju magię, która zasługuje na uwagę. Jest idealnym wstępem do zgłębiania Sigur Ros, ale równocześnie stanowi wręcz kwintesencję ducha tej grupy. Słyszana i oglądana dostarcza wrażeń niezapomnianych, do których każdy wrażliwy słuchacz będzie wielokrotnie powracał.