środa, 26 stycznia 2011

Black Rebel Motorcycle Club- Howl


Black Rebel Motorcycle Club- Howl (2005)

  1. Shuffle Your Feet
  2. Howl
  3. Devil's Waitin'
  4. Ain't No Easy Way
  5. Still Suspicion Holds You Tight
  6. Fault Line
  7. Promise
  8. Weight of the World
  9. Restless Sinner
  10. Gospel Song
  11. Complicated Situation
  12. Sympathetic Noose
  13. The Line
Bohaterów dzisiejszego odcinka, BRMC, zazwyczaj określa się jako zespół indie rockowy, czy też jeden z zespołów tzw. "nowej rockowej rewolucji". Cóż, jak mylny jest to opis udowadnia właśnie ta płyta.

Panowie wypuścili dwie płyty z dynamicznym rock 'n rollem w guście indie, po czym opuścił ich perkusista. W zespole pozostał gitarzysta i basista, a jako że nie chcieli szukać bębniarza, to nagrali w pionierskich warunkach (w domowym studiu na analogowy magnetofon) płytę osadzoną bardzo mocno w tradycji amerykańskiego bluesa, country i folku. Tylko w niektórych utworach pojawia się perkusja, większość piosenek wypełnia brzmienie gitar akustycznych i harmonijki ustnej. Jeśli chodzi o klimat- tytuł w wolnym przekładzie na polski oznacza "wycie" lub "jęk", czyli zapowiada się...ciekawie.

Początek zaprzecza tytułowi. Otwierające płytę "Shuffle Your Feet" rozpoczyna harmonia wokalna, zgrabny motyw gitary akustycznej i przyjemnie bujający rytm. W dalszej części harmonijka ustna i elektryczna gitara w stylu country. Słowem- amerykańska, w dobrym tego słowa znaczeniu, muzyka. Kolejny jest utwór tytułowy- ważną rolę odgrywają tu analogowe klawisze, i wokal Petera Hayesa. Jednakże prawdziwą perełką jest "Devils Waitin'". Zaśpiewana tylko z akustyczną gitarą ballada przywodzi na myśl utwory Johnego Cash'a. Prawdziwie piękna jest końcówka z wielogłosami a'la gospel. Czwarty utwór przywodzi na myśl elektryczne country, jest pełen pozytywnej energii i stanowi ciekawe urozmaicenie płyty. Kolejna wartą uwagi kompozycją jest "Fault Line". Przepiękna melodia i motyw harmonijki ustnej to prawdziwy majstersztyk. Podobnie wielkie wrażenie robi "Weight of the World", piosenka niesamowicie prosta, lecz prawdziwie piękna. Wiele ciekawostek dla dociekliwych jest w tej piosence, m.in. drugi głos w refrenie, nieco schowany, lecz dający się wyłowić czujnym uchem. Kolejny utwór, "Restless Sinner" to akustyczna gitara, piękne harmonie głosowe i skrzypce- kolejna przepiękna pozycja. Ciekawy jest też utwór wieńczący płytę- "The Line". Kompozycja pięknie się rozwija, narasta, pozornie w kulminacyjnym momencie się urywając. Jednakże warto odczekać chwilę ciszy, by odkryć ukrytą ścieżkę, wspaniale pointującą utwór.

Płyta warta polecenia z dwóch powodów. Po pierwsze, to kawałek pięknie zagranej i skomponowanej muzyki. Harmonie wokalne, dobre melodie, nienaganna gra instrumentów, a przede wszystkim szczery i mocny ładunek emocji sprawia, że wrażliwy odbiorca nie pozostaje obojętny na tą pozycję. A po drugie- kogo dziś stać na takie "wypięcie się" na komercję? Po dwóch nowoczesnych, dobrze sprzedających się płytach Black Rebel stworzyli płytę tradycyjną, bardzo zakorzenioną w bluesowej i folkowej tradycji. Ten album stanowi doskonały dowód na to, że nawet dziś można być wolnym artystą i robić taką muzykę, na jaką ma się ochotę. 

poniedziałek, 24 stycznia 2011

David Gilmour- On An Island


David Gilmour- On An Island (2006)

  1. Castellorizon
  2. On An Island
  3. The Blue
  4. Take a Breath
  5. Red Sky at Night
  6. This Heaven
  7. Then I Close My Eyes
  8. Smile
  9. A Pocketful of Stones
  10. Where We Start
Dziś czas na coś z zupełnie innej beczki. Nie trzeba być fanem Pink Floyd by wiedzieć, że David Gilmour przez niemal wszystkie lata istnienia zespołu był jego głosem i gitarą. Oczywiście wokalnie i nie tylko udzielał się także Roger Waters, robiąc przy tym olbrzymie zamieszanie, ale to już zostawmy wielbicielom zespołu. "On An Island" to solowe dzieło Gilmoura, wydane w dniu jego 60. urodzin. W tworzeniu płyty wspomagał go m.in. Rick Wright (klawiszowiec PF), Guy Pratt (basista grający z Pink Floyd w latach 90. podczas tournee promującego "Division Bell") oraz Dick Parry, saksofonista który swoją grą uświetnił między innymi "The Dark Side of the Moon"; słowem- Floydowy duch unosi się nad całością i ma się bardzo dobrze. 

Początek płyty to ujmujące solo gitary, na tle skomponowanej przez Zbigniewa Preisnera orkiestracji, stanowiącej pierwszy polski akcent na płycie. Następnie przechodzimy w utwór tytułowy.  Przyznaję, doznałem lekkiego szoku - dla Gilmoura czas okazał się niezwykle łaskawy, pomimo 60 lat jego głos nie zestarzał się ani trochę. Nadal brzmi w ten wspaniale charakterystyczny, delikatny sposób. Dobrą kompozycję ozdabia oczywiście długie solo mistrza. W kolejnej piosence, "The Blue" silnie nawiedza nas duch Pink Floyd. Spokojne tempo przywodzi na myśl "Fat Old Sun"; wspaniały, subtelny wokal i piękne solo gitary, grane m.in. techniką slide sprawia, że  słuchacz zupełnie ulega magii wytworzonego klimatu. Dla kontrastu kolejny utwór jest chyba najmocniejszy na płycie. Wyrazista sekcja rytmiczna i lekko orientalne skale, na jakich oparta jest piosenka to ciekawe urozmaicenie tchnącej spokojem płyty. "Red Sky at Night" to kolejne spore zaskoczenie - solo saksofonu autorstwa Davida Gilmoura stanowi wstęp do "In This Heaven" - ciekawej kompozycji, gdzie główny riff gitary akustycznej wspaniale dialoguje z organami Hammonda, za którymi zasiada Rick Wright. Całość wieńczy wspaniałe solo, utrzymane w bluesowym klimacie. Chwilę wytchnienia przynosi utwór numer 7 - "Then I Close My Eyes" to instrumentalna,   bardzo lekko zbudowana kompozycja, z wiodącą rolą gitary slide, ale także trąbki, na której gra Robert Wyatt. Pewną kontynuację utworu stanowi "Smile", akustyczna ballada uświetniona solem gitary slide. W "A Pocketful of Stones" ma miejsce kolejny polski akcent - partię fortepianu w tym utworze powierzono Leszkowi Możdżerowi. Płytę zamyka "Where We Start", kolejna akustyczna kompozycja, która nabiera wyjątkowości poprzez ciekawą partię gitary, subtelną orkiestrację i delikatny śpiew Gilmoura.

Piękna to płyta. Muzyka jest spokojna, ale nie trącąca nudą.  Gilmour na tym krążku jest dojrzałym twórcą, niczego nie musi udowadniać, odkrywać. Wystarczy, że zrobi to, co umie najlepiej - zabierze nas w nostalgiczną podróż do krainy pięknych dźwięków. 

wtorek, 18 stycznia 2011

Bonobo- Days to Come

Bonobo- Days to Come (2006)
  1. Intro
  2. Days to Come (feat. Bajka) 
  3. Between the Lines (feat. Bajka)
  4. The Fever
  5. Ketto
  6. Nightlite (feat. Bajka)
  7. Transmission 94 (parts 1 & 2)
  8. On Your Marks
  9. If You Stayed Over (feat. Fink) 
  10. Walk in the Sky (feat. Bajka) 
  11. Recurring
Kolejną wartą uwagi płytą jest "Days to Come" z 2006 roku. Wszystkie utwory z niej pochodzące zostały skomponowane przez jednego człowieka. Simon Green, bo o nim mowa to brytyjski dj i multiinstrumentalista; warto powiedzieć że jest to nie tylko osoba siedząca w studiu i sklejająca dźwięki przy komputerze, Bonobo często zaprasza do współpracy innych muzyków i formuje Bonobo Live Band, który gra bardzo udane trasy koncertowe. W marcu bodajże odbędzie się także koncert w Polsce, co nie jest zaskoczeniem, bo nie będzie to pierwsza wizyta Bonobo w naszym kraju. Ale, do rzeczy.

Płyta ta wyraźnie odzwierciedla flirt Bonobo z jazzem. Rozpoczyna ją łagodne intro, które przechodzi w utwór tytułowy- tu głosem popisuje się Bajka. Całość utrzymana jest w stonowanym brzmieniu, gdzie pięknie z głosem pochodzącej z Indii wokalistki współbrzmi saksofon. Kolejny utwór to "Between the Lines", gdzie wokalnie również udziela się Bajka. Piosenka charakteryzuje się mocniejszym rytmem i nieco innym nastrojem, lekko nacechowanym przez niepokój. Pierwszy dłuższy utwór instrumentalny to "The Fever", gdzie całość skupia się wokół motywu basu (podczas koncertów Simon Green łapie właśnie za ten instrument), a uzupełniają go gitara, klawisze i instrumenty dęte. "Ketto" to ciekawa propozycja- pętla gitary klasycznej, mocny beat i głęboki bas- tak przez ponad 2 minuty. Jednakże później następuje zwolnienie, naturalna perkusja i ciekawa wokaliza. W kolejnym utworze możemy znów usłyszeć wokal "Bajki"- szósta ścieżka przynosi nam także motyw klasycznej gitary, naturalną perkusję i wiodącą linię melodyczną refrenu zagraną przez instrumenty smyczkowe. Dla mnie "Nightlite" to jeden z najmocniejszych punktów płyty. Najdłuższy na płycie utwór siódmy to  złożona instrumentalna kompozycja, z wspaniałą partią saksofonu. "On Your Marks" to popis saksofonu i perkusji, a "If You Stayed Over" to pole do popisu dla kolejnego gościa- brytyjskiego wokalisty i songwritera o pseudonimie Fink. Dwa utwory kończące płytę- "Walk in the Sky"  (elektryzujący wokal Bajki i piękna gra elektrycznego pianina) oraz "Recurring" (kapitalna zabawa rytmem!) umacniają mnie w przekonaniu, że to jedna z najlepszych płyt, jakie słyszałem.

Najbardziej spójna płyta Bonobo, wspaniała jako całość. Tworzy koncepcyjny majstersztyk, którego najnowszemu albumowi artysty ("Black Sands") nie udało się przebić. Słowem- trzeba posłuchać.

Bonobo- Black Sands

Bonobo-  Black Sands (2010)
  1. Prelude
  2. Kiara
  3. Kong
  4. Eyesdown (Featuring Andreya Triana)
  5. El Toro
  6. We Could Forever
  7. 1009
  8. All in Forms
  9. The Keeper (Featuring Andreya Triana)
  10. Stay The Same (Featuring Andreya Triana)
  11. Animals
  12. Black Sands

Płyta na dziś to ostatnie dzieło Simona Green'a, szerzej znanego jako Bonobo. Album przykuwa uwagę swoją róznorodnością, można na nim odnaleźć dźwięki spod znaku elektroniki, jednakże przystępnej dla uszu; wysmakowanego jazzu z bardzo ciepłym wokalem  oraz typowo down tempo'wego brzmienia.

Album rozpoczyna oparte na samplu instrumentów smyczkowych intro("Prelude"), króre następnie przechodzi w  pełne down tempo'wego beatu "Kiara"- mimo że nie jestem miłośnikiem elektroniki, nic mnie w tym utworze nie "boli". Kolejny utwór to "Kong", który jest typowym wręcz dla Bonobo instrumentalnym kawałkiem. Większe emocje budzi "Eyesdown", który urzeka kompozycją i wspaniałym głosem Andreyi Triany. "El Toro" jest idealnym przykładem wysmakowania, tak właściwego dla twórczości Simona Green'a- instrumenty smyczkowe i trąbka tworzą piękne melodie, a "żywa" perkusja dostarcza niesamowitych wrażeń słuchowych. W szóstym utworze ciekawostką jest ukryta w środku utworu solówka zagadkowego, fletopodobnego instrumentu, którego nazwy nie umiem się domyślić, najbliżej mu chyba do fletu poprzecznego, chociaż to tylko moje przypuszczenia. "1009" i "All in Forms" to utwory elektroniczne, jednakże moje największe zainteresowanie wzbudziły dwie kolejne ścieżki z udziałem Andreyi Triany. "The Keeper" zbudowany jest wokół pięknie, jazzowo brzmiącego motywu gitary, natomiast "Stay The Same" to popis saksofonu. Utwory kończące płytę to typowe dla Bonobo muzyczne opowieści.

Słowem- Album przez duże A. Muzyka, której można słuchać zawsze i wszędzie, tak urzeka swym bogactwem zawartym w każdej nucie.