sobota, 19 lutego 2011

John Frusciante- Curtains



John Frusciante- Curtains (2005)
  1. The Past Recedes
  2. Lever Pulled
  3. Anne
  4. The Real
  5. A Name
  6. Control
  7. Your Warning
  8. Hope
  9. Ascension
  10. Time Tonight
  11. Leap Your Bar

Jakiś czas temu świat obiegła wieść straszliwa: gitarzysta Red Hot Chili Peppers, John Frusciante, opuszcza grupę by skupić się na solowej działalności. Spanikowane fanki Papryczek dokonują rytualnego samobójstwa, zadając jedne, jedyne pytanie: "Johnny, why?"  Odpowiedzią na to pytanie jest właśnie solowa twórczość Johnny'ego F.. A to materiał arcyciekawy.

Zaczyna się jakoś w połowie lat 90., kiedy to męczony narkotykowym głodem artysta grał jakiekolwiek, trzeba przyznać dość żałosne dźwięki, aby zarobić na kolejną działkę. Po odwyku i zwycięstwie nad nałogiem około 1999 roku, zaczęła się era muzycznej płodności. Frusciante w szalonym tempie nagrywał albumy zarówno z RHCP, jak i solo. "Curtains" wieńczy cykl zatytułowany "6 albumów w 6 miesięcy"- tak, ten przedziwny artysta stworzył 6 skrajnie różnych krążków w zaledwie pół roku. I w trakcie tej samodzielnej muzycznej eksploracji zapuścił się tak daleko, że nie był już w stanie grać w Peppers. Johnny, dlaczego?

Mianowicie dlatego, że bardzo odbiegł od stylu pracy RHCP. Koniec z Pro Tools, z całą studyjną maszynerią i tysiącami dogrywek. "Curtains" zostało nagrane przez Frusciante i trójkę przyjaciół na 8-ścieżkowym magnetofonie z 1971 roku. Większość piosenek zarejestrowano zaledwie za jednym podejściem. (!) Próżno szukać tu slapującego basu i dynamicznych rytmów, dominują akustyczne gitary, harmonie wokalne nagrywane tylko przez Johna, a jesli już pojawi się elektryczna gitara bądź analogowy syntezator, to bardzo, bardzo delikatnie. 

To pierwsza cecha płyty, która aż rzuca się w uszy: delikatność. Ten półgodzinny zbiór akustycznych ballad nacechowany jest przede wszystkim subtelnością oraz absolutną naturalnością. Dźwięk nie zawsze jest idealnej jakości, czasami zdarza się artyście zagrać coś niedokładnie, jednakże to utwierdza nas w prawdziwości tej muzyki. Płynie ona prosto z serca i tak też powinna być odbierana. W sferze kompozycji wyróżnia się na pewno "Anne"- piosenka pozbawiona w swej strukturze zwrotek i refrenów, na pewno zaskakuje. Natomiast takie utwory jak "Hope" czy "Time Tonight" ocierają się o prawdziwe piękno, którego nie sposób opisać. "Ascension" przynosi niesamowite brzmienie głosu Frusciante, który mnie zachwycił od pierwszego przesłuchania.

Ta płyta to dobry punkt wyjścia do zgłębienia niezwykłego dorobku tego Artysty. I to przez wielkie, olbrzymie A.  

czwartek, 10 lutego 2011

Hocus Pocus- 73 Touches



Hocus Pocus- 73 Touches (2006)

  1. Onandon Part 2
  2. Pascal  
  3. Comment On Faisait 
  4. J'Attends  
  5. Feel Good  
  6. J'aimerais (Ijkl...Nop)  
  7. Faits Divers  
  8. Swinging (Interlude)  
  9. Zoo
  10. Géométrie  
  11. Brouillon  
  12. Hip Hop?  
  13. 73 Touches
     

Dziś znów zupełnie inna beczka, pokrótce- francuski hip-hop jazzujący, czyli Hocus Pocus. Generalnie rap znad Sekwany jest bolesny w słuchaniu, jednakże tu dałem się dość dawno przekonać. Dlaczego?

Przede wszystkim- ten skład to 5 osób, które gra żywą muzykę na żywych instrumentach. Tak więc obok osobnika plującego w mikrofon oraz Dj-a mamy akustyczną perkusję, bas, gitarę i pianino. W dodatku mnóstwo loopów i sampli pochodzi ze starych jazzowych nagrań, a gościnnie uświadczymy trąbki czy saksofonu. Proporcje pomiędzy jazzem a hip-hopem rozkładają się mniej więcej po 50 %, a więc warto poświęcić chwilę na wsłuchanie się w tą płytę. Dlaczego "73 Touches"?

Zapewne z powodu zaskakujących rozwiązań. Żeby zbyt wiele nie zdradzić-  zdarzają się na tej płycie m.in. rapowanie do akustycznej gitary ("J' Attends"), wspaniałe loopy saksofonu ("Feel Good") czy partie pianina o klasycznie jazzowym rodowodzie współbrzmiące z solówkami trąbki ("73 Touches"). Mała wskazóweczka- w sieci można natknąć się na 20-utworową wersję rozszerzoną, o której nie mam zielonego pojęcia. Jednakże mając w pamięci inne płyty zespołu, nie powinno być źle.

Akurat przy tej płycie warto zbyt wiele nie zdradzać, by nie zepsuć zabawy. Na pewno ciekawa muzyka, nie tylko dla fanów hip- hopu.

sobota, 5 lutego 2011

John Mayer Trio- Try!


John Mayer Trio- Try! Live in Concert (2005)

  1. Who Did You Think I Was
  2. Good Love Is on the Way
  3. Wait Until Tomorrow
  4. Gravity
  5. Vultures
  6. Out of My Mind
  7. Another Kind of Green
  8. I Got a Woman
  9. Something's Missing
  10. Daughters
  11. Try

Nareszcie porcja żywej muzyki, czyli album koncertowy. To zawsze dość ryzykowna próba- żadnego maskowania niedociągnięć, studyjnej obróbki i oszustw, po prostu trzech facetów i publiczność. No i oczywiście muzyka, którą grają. A to rzecz arcyciekawa.

John Mayer to też ciekawa do przesady postać. Twórczość z zakresu popu, oddawanie Grammy innym wykonawcom (bo uważał czyjeś utwory za lepsze),  słodki aż do bólu zębów głos, gładziutkie kompozycje- oto krótka charakterystyka tego artysty. Jednakże jakoś około 2005 roku spotkał Pino Palladino- cenionego sesyjnego basistę i perkusistę Steve'a Jordana, co zaowocowało ostrym zwrotem z obranej na początku drogi do popowego, słodziutkiego raju. Zamiast muzyki dla wrażliwych nastolatek stworzył dla nas najwspanialszą w XXI wieku porcję blues rocka, niepozbawionego pięknych melodii, ale też stojącego na wysokim poziomie wykonawczym. Zdecydowali się na album koncertowy, co dodaje smaczku kompozycjom, nabierają one jammującego charakteru i czuć, że panowie świetnie się rozumieją. 

Cała płyta prezentuje równy, wysoki poziom. Warto jednak zwrócić uwagę na kilka szczególików. Trzeba zatem wyróżnić  utwór numer 2., przede wszystkim za ciekawą kompozycję i dobre melodie, ale też za piękne solo. Tak samo cover piosenki Jimi'ego Hendrix'a- "Wait Until Tomorrow"- solo gitary w 3. minucie dosłownie zwala z nóg, zwłaszcza technicznie. Śmiało można nazwać Mayer'a następcą wielkich "bogów gitary", technicznie to najwyższa światowa półka. Jednak nie to czyni go wyjątkowym muzykiem. Oprócz świetnej techniki ma też niesamowitą wyobraźnię dźwiękową, co najlepiej widać w utworze "Gravity". Tak subtelnej i opartej na feeling'u gry i wokalu nie słyszałem od czasów Davida Gilmoura. W dodatku na pochwałę zasługuje dobór brzmienia- mimo, że to płyta koncertowa, każdy dźwięk brzmi czysto i klarownie. "Vultures" to przebojowy rytm, ciekawa kompozycja i znów świetne solo. Pozycja numer 6. to powrót do źródeł bluesa, klasyczne zagrywki w wykonaniu Mayer'a wypadają nader przekonywująco. Drugi na płycie cover, "I got a Woman", powala jammującą atmosferą, takim cudownym luzem wykonawczym, charakterystycznym dla bluesa. Kolejne piosenki także trzymają poziom, zarówno popowe "Something's Missing", balladowe "Daughters" jak i bluesowe "Try!".

Ciężko podsumować taką płytę w kilku słowach. Na pewno najlepsza płyta blues-rockowa ostatnich lat. Świetnie grajaca sekcja, osobowość lidera, dobre melodie i wirtuozeria gitarowa sprawia, że słuchanie tej płyty to czysta przyjemność.Ale o jej wyjątkowości stanowi koncertowy charakter, i wyczuwalna chemia między muzykami. Za porcję takiej muzyki Johnowi Mayerowi należy się dozgonna wdzięczność od wszystkich miłośników bluesa.   

czwartek, 3 lutego 2011

Morcheeba- Big Calm


Morcheeba- Big Calm (1998)

  1. The Sea
  2. Shoulder Holster
  3. Part of the Process
  4. Blindfold
  5. Let Me See
  6. Bullet Proof
  7. Over and Over
  8. Friction
  9. Diggin' a Watery Grave
  10. Fear and Love
  11. Big Calm 
Dziś czas na jedno z największych moich muzycznych odkryć i dowód na to, że warto posiadać Last FM. Kiedyś bawiłem się w klikanie i trafiłem na zespół o tak dziwnej nazwie i grający tak ciekawą, jedyną w swoim rodzaju muzykę. Dla wikipedystów: Morcheeba to trio, powstałe około 1995 roku, złożone z braci Paula i Rossa Godfreyów ( Paul jest DJ-em, a Ross gitarzystą i multiinstrumentalistą) natomiast wokalnie udziela się Skye Edwards, także modelka. "Big Calm" to druga płyta zespołu, świetnie nadająca się na rozpoczęcie przygody z londyńskim składem. Zaczynamy...

Pierwszą rzeczą, jaka fascynuje mnie w muzyce Morcheeby jest idealne brzmienie. Otwierający płytę "The Sea" rozpoczyna się od dźwięku pięknej orkiestracji i wspaniale brzmiącej gitary. Potem głos Skye Edwards, która śpiewa w bardzo charakterystyczny, elegancki sposób, stylowy bit i akustyczna gitara, oraz wspaniałe, jazzujące partie gitary elektrycznej- te wszystkie elementy składają się na rozpoznawalny styl, który jest nie do podrobienia. Co ciekawe, nie porwał mnie on od pierwszego przesłuchania, dopiero za którymś razem zasmakowałem w tej subtelnej grze i dałem się wciągnąć. 

Utwór numer 2. zaskakuje zmianą nastroju. Prym wiedzie nie delikatna gitara i orkiestra, lecz elektronika i indyjski sitar. Kolejną zmianę przynosi "Part of the Process"- motyw grany techniką slide na akustycznej gitarze, solowa partia skrzypiec i wokal Skye znów przenoszą nas w inną dźwiękową krainę. Po Balladzie z orkiestracją, jaką jest "Blindfold" (nie muszę znów rozpisywać się nad talentem wokalnym S.E., prawda?), przychodzi kolej na utwór piąty- "Let Me See". I tu zaskoczenie, kolejny instrument- elektryczne pianino Fendera. Stylowy bit i akustyczna gitara dopełniają całości, jednakże górują solówki- wspomnianego już elektrycznego pianina oraz...fletu. To kolejna rzecz, za jaką warto pokochać ten zespół- w trzy osoby są w stanie zapewnić nam zróżnicowane muzyczne danie, urozmaicone stylistycznie i instrumentalnie. 

"Bullet Proof" to popis dla DJ'a, jednakże po nim następuje bardzo ciekawa propozycja- zupełnie akustyczna ballada, z jedynie delikatną orkiestracją. Prawdziwą przyjemnością jest tu słuchanie Skye, jej sposób śpiewania sprawdza się wyśmienicie. "Friction" to zabawa z konwencją reagge, a po nim utwór dziewiąty...szok. Znów powraca sitar, na którym Ross Godfrey wprowadza nas w orientalny, magiczny nastrój. Jednak jego następca znów zaskakuje- "Fear and Love" to kolejna delikatna ballada, gdzie prym wiedzie akustyczna gitara i orkiestra. Partia solowa tym razem została powierzona...trąbce. Ta cudowna różnorodność...

Właśnie. Kolejną perełką na płycie jest utwór tytułowy, wieńczący płytę. Bardzo gitarowy to utwór, jednakże nie w klasycznym rozumieniu tego terminu. Nie ma powalającej technicznie na kolana partii gitarowego wymiatacza. Jest natomiast mistrzostwo w kreowaniu dźwięku za pomocą gitary. Początek utworu to właśnie niespokojne dźwięki tego instrumentu, potem subtelny motyw analogowych klawiszy i stylowy bit. Zwrotka jest...rapowana. A po niej...długie solo z użyciem efektu wah-wah i zabawą z umieszczeniem dźwięku w panoramie (co daje się odczuć przy słuchaniu w słuchawkach stereo), a także z efektem tap reverse. Po prostu piękne. 

Warto zakochać się w tej płycie, bo to miłość na długie lata- jeśli raz się zasmakuje, będzie się często wracać.