czwartek, 27 października 2011

Alvin Lee - Pure Blues


Alvin Lee & Ten Years After - Pure Blues (1995)
  1. Don't Want You Woman
  2. The Bluest Blues
  3. I Woke Up This Morning
  4. Real Life Blues
  5. The Stomp
  6. Slow Blues In 'C'
  7. Wake Up Mama
  8. Talk Don't Bother Me
  9. Every Blues You've Ever Heard
  10. I Get All Shook Up
  11. Lost In Love
  12. Help Me
  13. Outside My Window
Ten Years After to zespół, którego okres świetności przypada na przełom lat 60. i 70. Wtedy to wystąpili na słynnym festiwalu Woodstock i po brawurowym wykonaniu "I'm Goin' Home" zyskali sławę i uznanie, a Alvina Lee okrzyknięto najszybszym gitarzystą świata. Potem było kilka płyt i odejście lidera z zespołu. Tyle bardzo pokrótce o (momentami przypominającej telenowelę) historii, czas na muzykę.

Omawiany dziś album to wybrana przez samego Alvina Lee kompilacja najbardziej bluesowych utworów w historii zespołu. Najczęściej widząc słowo "kompilacja" uciekam gdzie pieprz rośnie (siła skojarzeń ze składankami pokroju "RMF FM Najlepsza Muzyka na: wakacje, urodziny, pogrzeby, połogi, etc., etc., etc..."), jednak tu wybór jest sensowny i poczyniony przez autora tejże muzyki. Poza tym to kolejna płyta dzieciństwa, jej odkrycie zawdzięczam mojemu Tacie.

Otwiera ją "Don't Want You Woman" czyli zgrabny akustyczny country-blues, dobrze rozpoczynający  krążek. "The Bluest Blues" to dopiero drugi utwór, ale po nim w zasadzie płyta mogłaby się zakończyć. Śpiew Alvina Lee nie każdego przekonuje, ale gitarowe solo mogłoby się nigdy nie kończyć. Kolejna pozycja to "Woke Up This Morning"- świetny riff, organy Hammonda w tle no i oczywiście wyśmienite solo. Warto wsłuchać się w "Slow Blues In 'C'" - kapitalnie rozkręcający się utwór, tym razem w wersji live. Kolejna koncertowa perełka to "Every Blues You've Ever Heard"- chórki, saksofon, pianino no i subtelna gra Alvina Lee- taka mieszanka daje dobry rezultat. "I Get All Shook Up" to jedna z moich ulubionych piosenek (tak, wiem, mam ich setki); zawsze fascynował mnie sposób gry gitarowej w tym utworze, jest dokładnie w pół drogi pomiędzy grą podkładową i solową. Bardziej rockowe oblicze zespołu widzimy w instrumentalnym "Lost In Love", natomiast "Help Me" to kawał świetnego blues rocka, z przepięknymi solówkami. Wieńczący płytę "Outside My Window" mnie nie przekonuje, psuje wręcz wrażenie jakie zostawia poprzedni utwór.

Dobry początek przygody z blues rockiem, w zasadzie to klasyka gatunku nacechowana niepowtarzalnym stylem gry na gitarze Alvina Lee. Szczerze polecam.

poniedziałek, 24 października 2011

Perfect - Live April 1' 1987 (dysk 2)


Perfect - Live April 1' 1987 (1987) cd2:
  1. Czytanka dla Janka
  2. Niewiele ci mogę dać
  3. Ja, my, oni
  4. Pe Pe wróć!
  5. A kysz biała mysz!
  6. Chcemy być sobą
  7. Kariera
  8. Objazdowe nieme kino
  9. Oczy czarne
  10. Żywy stąd nie wyjdzie nikt
  11. Nie płacz Ewka
Dziś czas na drugi dysk Perfectowego show, nieco słabszy od pierwszego, choć nie pozbawiony perełek. Tytułem wstępu warto zaznaczyć, że pomiędzy wydaniem cyfrowym a winylowym jest przepaść nie do zasypania, oczywiście na korzyść czarnej płyty. Słuchanie tego albumu na gramofonie dostarcza zupełnie innych wrażeń niż obcowanie z bezdusznymi zerami i jedynkami. Ale do rzeczy...

Pierwszy utwór to "Czytanka dla Janka", jeden z najlepszych tekstów Olewicza, istniejący w symbiozie ze świetną muzyką. Po tej piosence Zbigniew Hołdys zasiada do pianina i rozbrzmiewa "Niewiele ci mogę dać", czyli jeden z największych przebojów grupy oraz "Ja, my, oni"- ciekawa piosenka z równie ciekawym tekstem. Czwarty utwór to znów polityczna gra w tekście no i przewspaniała gra gitar duetu Urny- Hołdys. "A kysz biała mysz" kończy się dłuższą improwizacją i solówką perkusyjną średniej klasy, po której następuje średnio udana wersja "Chcemy być sobą". "Kariera" to kolejna kpina z upadającego systemu, natomiast poważniejszy nastrój wywołuje "Objazdowe nieme kino" z przepięknym tekstem; muszę jednakże przyznać, że wolę wersję studyjną. Na bis zespół wykonał (dość żartobliwie) "Oczy czarne" oraz dwie świetne piosenki. O ile "Nie płacz Ewka" to kolejny klasyk, którego nie trzeba przedstawiać to "Żywy stąd nie wyjdzie nikt" to mało znany, acz świetny kawałek. Warto wsłuchać się w nieszablonową grę gitar i ciekawy tekst. 

Płyta godna polecenia nie tylko ze względów muzycznych, opisanych wczoraj, ale także z powodu wspaniałego klimatu, towarzyszącemu koncertowi. Koniec lat 80., czyli czasy upadającego komunizmu i atmosfera tamtych lat została tu utrwalona i jest odczuwalna pomimo upływu lat. Jeśli ktoś nie jest do końca przekonany do samej muzyki, może traktować tą płytę jako swego rodzaju dokument z epoki, z pewnością wart poznania.

niedziela, 23 października 2011

Perfect - Live April 1' 1987


Perfect - Live April 1'1987 (1987) cd1:
  1. Jeszcze nie umarłem
  2. Bażancie życie
  3. Ale wkoło jest
  4. Autobiografia
  5. Wyspa, drzewo, zamek
  6. Obracam w palcach złoty pieniądz
  7. Opanuj się
  8. Jak ja nie lubię historii
  9. Wieczorny przegląd moich myśli
  10. Nasza muzyka wzbudza strach
  11. Nie patrz jak ja tańczę
  12. Nie bój się wszystkiego
  13. Po co
  14. Idź precz
Bardzo rzadko słucham radia. Jednakże czasami zdarza się zasłyszeć tam Perfect w wydaniu nowym, osłodzonym, czyli najbardziej chyba zmarnowany zespół polskiego rocka. Warto odkurzyć niektóre starsze płyty i zauważyć, że kiedyś był to naprawdę band światowej klasy. Dziś dysk pierwszy koncertu zarejestrowanego w gdańskiej hali Oliva przed  ponad dwudziestoma laty. 

Jest to jedna z płyt mojego dzieciństwa, pierwsze odtworzenia (oczywiście w postaci winylowej) zdarzyły mi się jakieś 14 lat temu, więc przysłuchuję się tej płycie już jakiś czas. I oczywiście najpierw docierała do mnie w postaci tylko muzycznej- w wieku 5 lat raczej ciężko zrozumieć pokoleniowe teksty w rodzaju "Autobiografii" czy wychwycić niuanse politycznej gry tekstami piosenek i konferansjerki.

Płytę otwiera "Jeszcze nie umarłem", "Bażancie życie" i "Ale wkoło jest wesoło"- wiązanka energetycznych utworów z riffami na światowym poziomie. Czwartą pozycją jest "Autobiografia", piosenka której nikomu nie trzeba opisywać; warto jednak tu wspomnieć o postaci niezwykle ważnej dla Perfectu- chodzi o Bogdana Olewicza, który napisał znakomitą większość tekstów zespołu.  Jednym z moich ulubionych jest "Wyspa, drzewo, zamek", niezwykle alegoryczny i prosty zarazem. Utwór numer sześć to "Obracam w palcach złoty pieniądz" czyli najlepszy Perfectowy riff i kapitalna gra gitar w duecie. "Opanuj się" to właściwie solowy popis wokalisty; "Jak ja nie lubię historii" oparte jest na ciekawym motywie basu, wokalnie udziela się tu też Zbigniew Hołdys. Kolejny wart uwagi utwór to "Nasza muzyka wzbudza strach" z ironicznym, usianym politycznymi aluzjami tekstem. Po nim następuje mroczniejsze "Nie patrz jak ja tańczę" odnoszące się niemal wprost do czasów stanu wojennego, "Nie bój się wszystkiego" i nareszcie "Po co". Tej piosence chciałbym poświęcić nieco więcej uwagi, gdyż w moim odczuciu to jedna z najlepszych w historii gitarowych solówek made in Poland, zwłaszcza w wersji studyjnej. Pierwszy dysk wieńczy "Idź precz", za które oklaski należą się zarówno Hołdysowi za riff, jak i Markowskiemu za świetny wokal.

Podsumowując: płyta dowodzi, że rock nie był w historii muzyki popularnej domeną jedynie Wielkiej Brytanii i USA, ale i Polacy nie okazali się gąskami i mieli tu swój słyszalny głos. Do drugiego dysku powrócimy w najbliższym czasie.

poniedziałek, 17 października 2011

Utwór: Ozzy Osbourne - Shot In the Dark



Piosenka pochodzi z wydanego w 1986 roku krążka "The Ultimate Sin" i reprezentuje epokę, w której Ozzy paradował z natapirowaną fryzurą w błyszczących wdziankach i bardziej niż księcia ciemności przypominał panów z Modern Talking. Na szczęście muzyka nawet po latach broni się sama. Pomimo zabawnego dość teledysku i epokowych syntezatorów warto posłuchać zwłaszcza gitarowej wirtuozerii Jake'a E. Lee. Sam Osbourne wspomina go jako straszliwego marudę ("Nawet po zajebistym koncercie z Jake'iem człowiek miał ochotę się powiesić"), jednakże jego gra do dziś budzi szczere uznanie. Płyta słaba, piosenka świetna.


Limp Bizkit - Results May Vary


Limp Bizkit - Results May Vary (2003)
  1. Re-entry
  2. Eat You Alive
  3. Gimme the Mic
  4. Underneath the Gun
  5. Down Another Day
  6. Almost Over
  7. Build a Bridge
  8. Red Light, Green Light
  9. The Only One
  10. Let Me Down
  11. Lonely World
  12. Phenomenon
  13. Creamer (Radio Is Dead)
  14. Head For The Barricade 
  15. Behind Blue Eyes
  16. Drown 
Taaak...już widzę te zdziwione minki.  Zaraz po bluesowym klasyku taka profanacja (rapcore jakiś!), w dodatku najbardziej łagodny album Limp Bizkit w historii, więc nawet u ortodoksów nie znajdę zrozumienia. Zatem zacznę się pięknie tłumaczyć, co takiego ciekawego jest w tej płycie. Na liście dwa utwory zostały przekreślone- po prostu są absolutnie nie przystające do melodyjnej reszty albumu. Polecam je najzwyczajniej wyrzucić z playlisty.

Dźwięki pociągu, wesołego miasteczka, ryczącego słonia i conajmniej głupkowaty dialog to początek "Re-entry"- dość energetycznego i ciekawego rytmicznie intra do płyty. Zastanawia śpiew Freda Dursta i przestrzenne gitary- zwiastują, że na tej płycie nie uświadczymy tylko rapu, ale też wokalnych popisów. Po tym preludium następuje "Eat You Alive"- z przepięknie zagraną perkusją, dobrą melodią i genialnym scream'em w refrenie. Prawdziwym majstersztykiem jest "Underneath the Gun"- kompozycja pięknie się rozwija, a na szczególną uwagę zasługują partie gitary w wykonaniu Mike Smith'a. "Down Another Day" zbudowano na świetnym motywie basu i przestrzennych gitarach; po raz kolejny warto wspomnieć o rytmice, arcyciekawej na całej płycie. "Almost over" to bas z efektem delay, połamana perkusja i miażdżący refren. W "Build A Bridge" pojawia się akustyczna gitara, widać także umiejętności DJ'a Lethala. W kolejnym utworze gościnnie pojawia się Snoop Dog, jednakże znów moją uwagę zwraca frapująca perkusja i ukryty utwór jako point'ka. "Lonely World" to mój faworyt z tego albumu. Warto wsłuchać się w genialną partię bębnów, ubarwioną pauzami, przestrzenną grę gitar i kilka ciekawych sztuczek DJ'a Lethala; jednakże moim ulubionym fragmentem jest mostek, w którym pojawiają się harmonie wokalne; jednym słowem- majstersztyk. Ciekawymi utworami są też "Creamer" (świetny refren i oczywiście perkusja) oraz "Behind Blue Eyes" (cover The Who). Płytę kończy "Drown"- prosta, lecz świetnie zaśpiewana ballada. 

Podsumowując- przede wszystkim płyta ekstremalnie spójna. Świetna gra sekcji rytmicznej, urozmaicone partie gitary i ciekawe efekty pracy DJ'a, ale przede wszystkim forma wokalna Freda Dursta- to wszystko daje razem album, w który warto się zagłębić. Ja odkrywam go już ósmy rok i cały czas odnajduję coś ciekawego. Prawdziwa perełka tego gatunku muzyki, a po wycięciu dwóch utworów- płyta niemal doskonała. 

wtorek, 11 października 2011

Son House - The Original Delta Blues



Son House - The Original Delta Blues (1998)
  1. Death letter
  2. Pearline
  3. Louise McGhee
  4. John the revelator
  5. Empire state express
  6. Preachin' blues
  7. Grinnin' in your face
  8. Sundown
  9. Levee camp moan
  10. Pony blues
  11. Downhearted blues

Son House to człowiek z życiorysem dla conajmniej kilku osób. W ciągu 86 lat zdążył być pastorem baptystów, spędzić rok w więzieniu za morderstwo, popaść w alkoholizm, nagrać kilka piosenek dla biblioteki kongresu w roku 1941, rzucić muzykę na 20 lat i powrócić do niej w latach 60. I pomimo że trzymana przeze mnie w ręku płyta została wydana w 1998 roku, to utwory na niej zamieszczone pochodzą właśnie z tamtego okresu, a dokładniej z 1965 roku i stanowią swoisty kanon delta bluesa.

Kompilację otwiera "Death Letter", jeden z najczęściej coverowanych utworów Son'a House'a (pokusił się o to m.in. Jack White z The White Stripes). Charakterystyczny sposób gry na gitarze z zastosowaniem techniki slide oraz mocny, nieco soul'owy wokal nie pozwalają pomylić tego artysty z kimkolwiek innym. Wielką siłę rażenia mają utwory śpiewane a capella, takie jak chociażby (również coverowany m.in. przez The White Stripes i Gov't Mule) "John the revelator" czy absolutny klasyk- "Grinnin' in your face". Pełen emocji śpiew sprawia, że nie ma potrzeby wprowadzania dodatkowych instrumentów, sam głos i klaskanie wystarczają za całą aranżację. 

"Ojciec delta bluesa" jest postacią nieco zapomnianą, jednakże szalenie wpływową- do inspiracji utworami Son House'a przyznawali się m.in. Robert Johnson i Muddy Waters. Warto zapoznać się z tą twórczością i śledzić jej wpływ na muzykę kolejnych dziesięcioleci. 

piątek, 7 października 2011

Utwór: Gnarls Barkley- Going On (Live in The Basement)

Pierwszy z serii mini-postów. Piosenka ta, autorstwa duetu Gnarls Barkley (Danger Mouse i Cee- Lo Green) pochodzi z albumu "The Odd Couple" z 2008 roku. W wersji płytowej to radosne umcy-umcy z tanecznym teledyskiem. Jednakże można inaczej, o czym świadczy właśnie rejestracja live.

Koncert duetu wspomaganego przez Josha Klinghoffera w słynnym klubie z Sydney przynosi zupełnie inne oblicze utworu. Aranżacja  na organy hammonda, gitarę i syntezator pokazuje w pełni  potencjał tej piosenki i niesamowite możliwości wokalne Cee- Lo Green'a. Prawdziwą perełką jest także partia syntezatora w wykonaniu Klinghoffera. Standing ovation.


czwartek, 6 października 2011

John Frusciante - Shadows Collide With People


John Frusciante - Shadows collide with people (2004)
  1. Carvel
  2. Omission
  3. Regret
  4. Ricky
  5. Second walk
  6. Everyperson
  7. - 00 Ghost 27
  8. Wednesday's song
  9. This cold
  10. Failure 33 object
  11. Song to sing when I'm lonely
  12. Time goes back
  13. In relief
  14. Water
  15. Cut out
  16. Chances 
  17. 23 Go into end
  18. The Slaughter
Na początek sprawy porządkowe: po dłuuuuugiej wakacyjnej przerwie w pisaniu nadszedł czas na ubarwianie szarej rzeczywistości muzyką. Przez te kilka miesięcy błogiego lenistwa udało mi się poczynić dwie ważne dla tej stronki obserwacje. Po pierwsze- spada znajomość płyt- evergreenów. Po drugie- wiele zespołów jest mistrzami jednego utworu. A więc co następuje: prezentowane płyty będą naprzemian pochodzić sprzed 1990 roku i z okresu po tej granicy. Oprócz płyt będę rekomendował także pojedyncze piosenki- niestety niektórzy artyści nie są w stanie nagrać całej spójnej, ciekawej płyty. A więc...zaczynamy!

Album "Shadows Collide With People" powstał niejako w odpowiedzi na zarzuty krytyków muzycznych wobec Johna Frusciante. Twierdzili oni, że jego solowe dokonania są nieprofesjonalne i źle wyprodukowane. Na przekór tym opiniom były (niestety) gitarzysta Red Hot Chili Peppers wydał 150 000 $ na nagranie najbardziej dopieszczonej płyty w swoim dorobku. W rejestracji pomogła mu grupa przyjaciół- Josh Klinghoffer, Flea, Chad Smith, Omar Rodríguez-López, Charlie Clouser i Greg Kurstin. Pomimo udziału tak wielu znakomitych muzyków w każdej piosence czuć, że to Frusciante sprawował kontrolę nad całością.

"Shadows Collide With People" jest bardzo różnorodne w warstwie użytego instrumentarium. Na tej płycie możemy odnaleźć dźwięki różnego rodzaju syntezatorów, akustycznej i elektrycznej gitary, pianina Wurlitzera, bezprogowego basu i przede wszystkim wspaniałe partie wokalne Frusciante. Album jest niesamowicie spójny i właściwie pozbawiony słabych punktów. Najmniej przemawiają do mnie zabawy z syntezatorem w stylu  "  - 00 Ghost 27" czy  "Failure 33 object"- ciekawe, lecz męczące przy dłuższym słuchaniu. Oczywiście mam kilku faworytów. "Wednesday's song" to prosta piosenka, jednakże urzeka pięknymi, wielogłosowymi partiami wokalnymi. Podobnie "Song to sing when I'm lonely"- świetna melodia ubrana w bardzo ciekawą aranżację chórków w wykonaniu Frusciante i Klinghoffera. Od tych dwóch utworów rozpoczyna się najlepsza moim zdaniem część płyty- "Time goes back", "In relief", "Cut out" czy "23 Go into end" to piosenki wpadające w ucho, ale też zapadające w pamięć. 

Podsumowując - Frusciante na tym albumie pokazuje w pełni swój talent kompozytorski. Prostymi środkami buduje piękne melodie które sprawiają, że do płyty chce się wracać. Zdecydowanie polecam.