piątek, 25 listopada 2011

Specjal Jazz Sextet- Projekt Elbląg


Specjal Jazz Sextet - Projekt Elbląg (2011)
  1. Maciek
  2. Obierek
  3. Prusacy
  4. Idzie Szwed
  5. Stary Kapeć
  6. Serce na talerzu
  7. Klamerka
  8. Szymek
Nie sądziłem, że kiedyś dojdzie do tak wspaniałego momentu: z czystym sumieniem mogę polecić płytę elbląskiego wykonawcy! Co prawda sekcja rytmiczna SJS pochodzi z trójmiasta, lecz panowie Sycz i Mackiewicz znani są miłośnikom elbląskiego jazzu od dłuższego czasu. Kompozytorem całości materiału jest Bartek Krzywda, znany z niezliczonej liczby muzycznych przedsięwzięć, który tą płytą nareszcie ma szanse wypłynąć na szerokie wody.

Nie ma nudnego utworu na tym krążku. W "Maćku" uwagę przykuwa funkująca sekcja rytmiczna- choćby dla gry Grzegorza Sycza warto wybrać się na koncert Specjal Jazz Sextet. "Obierek" to pole do popisu dla sekcji instrumentów dętych w równie energetycznym wydaniu; zupełnie inny klimat buduje trzecia na płycie kompozycja- "Prusacy" to utwór wolniejszy, cechujący się większą dozą subtelności. Numer cztery na krążku- "Idzie Szwed"- jest areną pierwszego gościnnego występu na tym albumie- gitarowe solo autorstwa Jarka Śmietany uświetnia kolejny bardzo udany utwór. "Stary Kapeć" znów oddaje skalę możliwości sekcji dęciaków, na całym krążku wspomaganej przez Przemka Dyakowskiego. W "Sercu na talerzu" słyszymy kolejne gościnne dźwięki- tym razem skrzypce Jerry'ego Goodman'a. Najbardziej chwytliwym motywem z całej płyty jest motyw przewodni "Klamerki"- po pierwszym usłyszeniu nie mogłem przestać go nucić przez bardzo bardzo długi czas. W każdej kompozycji czuć jednakże palec twórcy- Bartek Krzywda, bo o nim mowa, także często popisuje się swoimi umiejętnościami. W "Szymku" słyszymy naprawdę przednie solo, a rzeczą wartą podkreślenia jest przyjemne brzmienie analogowej elektroniki na całym albumie.

Już nazwiska gości sporo mówią o poziomie wykonawczym Specjal Jazz Sextet. I tutaj te nazwiska rzeczywiście grają, do tego jazz z górnej półki, który każdemu można śmiało i odważnie polecić. Ponadto dla mnie jest to muzyka dobrze znana także z wykonań koncertowych, podczas których Pan Szymon Zuehlke grał m.in. na saksofonie "terenowym"; ale to już zupełnie inna historia.

czwartek, 24 listopada 2011

Utwór: The Shins - Pink Bullets


1. Pink Bullets (Chutes Too Narrow, 2003)

Zespół przysparzający problemów: ich albumy są kompletnie nierówne, więc ciężko wyrobić sobie jakieś zdanie na ich temat. Zróżnicowanie od piosenek zupełnie przeciętnych, indie-nijakich, aż po porywające jak "Pink Bullets". Warto zaryzykować i dać się skusić na przesłuchanie płyt, dziś zapraszam na (moim zdaniem) najlepszy utwór The Shins.

środa, 23 listopada 2011

John Mayer - Continuum

John Mayer- Continuum (2006)
  1. Waiting on the World to Change
  2. I Don't Trust Myself (With Loving You)
  3. Belief
  4. Gravity
  5. The Heart of Life
  6. Vultures
  7. Stop This Train
  8. Slow Dancing in a Burning Room
  9. Bold as Love
  10. Dreaming with a Broken Heart
  11. In Repair
  12. I'm Gonna Find Another You
Następca koncertowego "Try!", wydany w 2006 roku album "Continuum" przynosi nam wypadkową dwóch oblicz Johna Mayera. Z jednej strony jest to płyta popowa- gładko wyprodukowana i wypełniona chwytliwymi melodiami; z drugiej mamy tu wiele bluesujących partii gitary oraz niebanalnych rozwiązań aranżacyjnych i brzmieniowych. Panie i Panowie, "Continuum" czas zacząć.

Pierwszy utwór i singiel zarazem,  nagrodzony Grammy w kategorii Best Male Pop Vocal Performance, czyli "Waiting on the World to Change" oparty jest na dość powszechnej progresji akordowej; jednakże zaangażowany tekst i wspaniała aranżacja sprawia, że piosenka zdecydowanie się broni. Utwór numer dwa jest jednym z moich faworytów na tym krążku. Dobry motyw gitarowy, "bujający" rytm, wysmakowane solo i delikatna sekcja instrumentów dętych sprawia, że do "I Don't Trust Myself" chce się wracać. "Belief" to bardziej energetyczny utwór, dodatkowo zawiera gościnny występ Bena Harpera na gitarze slide. Absolutną perełką jest "Gravity"- przez samego Mayera określany jako "najważniejszy utwór w jego życiu". Pojawił się już na wcześniejszej płycie muzyka, "Try!"; wersja studyjna różni się od koncertowej zastosowanym instrumentarium (dodatkowo organy Hammonda i chórki), ale nie ładunkiem emocji. Ciekawostką jest gościnny udział Alici Keys w partiach wokalnych kończących piosenkę. "Heart of Life" to zgrabna miniaturka poprzedzająca "Vultures", czyli kolejny znany z "Try!" moment. "Stop This Train" to bazująca na dźwiękach gitary akustycznej piosenka z nieoczywistą melodią i strukturą. Utwór ósmy to chyba najmniej lubiana przeze mnie kompozycja, choć bez wątpienia warta uwagi. Przejmujący motyw gitarowy i wspaniałe solo oraz koda z pewnością mają swoich zwolenników. "Bold as Love", jedyny na płycie cover Sami-Wiecie-Kogo, wypada naprawdę świetnie. Przede wszystkim słychać tu naprawdę doskonałą technicznie, ale też nacechowaną bluesowym feelingiem grę Mayera. W końcówce płyty wyróżnia się "In Repair". Organy, które słyszymy na początku to gitara; słyszane przez nas dźwięki basu to...też gitara, tym razem 8-strunowa, obługiwana przez Charlie'go Hunter'a. Na szczęście głos Johna Mayera to głos Johna Mayera, a na perkusji gra nikt inny jak Steve Jordan. Warto prześledzić proces powstawania całego utworu, a przy słuchaniu zwłaszcza wyostrzyć ucho na harmonizowane partie gitar w końcówce- jakiż pomysł! "I'm Gonna Find Another You" to ukłon w stronę bluesa w stylu B.B.Kinga; sekcja dęta, delikatne organy Hammonda i świetny wokal Mayera. 

  Spotkałem się z opiniami, że to strasznie "mdła" i "bezpłciowa" muzyka; cóż, moż jest w tym nieco prawdy. Warto jednak przed przejściem do bardziej energetycznych wersji koncertowych tych utworów dobrze zapoznać się z materiałem zawartym na "Continuum". Z pewnością nie będzie to czas stracony, a co wrażliwsze ucho doceni smaczki aranżacyjne i naprawdę dobre kompozycje. Tym razem wyjątkowo przemysł muzyczny się nie pomylił- nagroda Grammy za Best Pop Vocal Album w 2007 roku była zupełnie zasłużona.

niedziela, 13 listopada 2011

Pink Floyd - Meddle


Pink Floyd- Meddle (1971)
  1. One of These Days
  2. A Pillow of Winds
  3. Fearless
  4. San Tropez
  5. Seamus
  6. Echoes
Kiedy pierwszy raz pomyślałem o recenzowaniu albumów powszechnie uważanych za "klasyki" zaśmiałem się szyderczo. Po cóż wygłaszać oczywistości, oświecać oświeconych, przekonywać, że 2+2=4, itp., itd.. Jednakże po chwili zastanowienia uświadomiłem sobie, że wiele osób nie zna muzyki starszej niż disco polo, postanowiłem zatem trochę wbrew sobie sięgać do płyt sprzed lat. Przy Pink Floyd miałem maksymalnie mieszane uczucia. Przecież to zespół-legenda, prekursorzy muzyki progresywnej; aż narzuca się założenie, że z ich muzyką choć trochę zapoznał się każdy świadomy słuchacz. Rzeczywistość przynosi jednak zgoła inny obraz- dokonania formacji w powszechnym mniemaniu to "Another Brick In the Wall" już nawet w wersji disco (ostatnio usłyszałem takowy koszmarek!) i wspaniałe solo w "Comfortably Numb". Postaram się zatem stopniowo wprowadzić muzykę Pink Floyd na łamy tej strony.

"Meddle" to świetny album na początek przygody z zespołem. Powstał w pierwszej połowie 1971 roku i jest płytą poniekąd "graniczną"- pomiędzy okresem psychodelicznym a progresywnym w historii formacji. Album ten, a w szczególności główny temat płyty- "Echoes", powstał na drodze eksperymentów. Po powrocie z trasy promującej "Atom Heart Mother" Waters, Gilmour, Mason i Wright zamknęli się w Abbey Road i rozpoczęli komponowanie premierowego materiału. Z powodu niewystarczających możliwości studia przenieśli się do AIR and Morgan Studios w West Hampstead, które posiadało 16- ścieżkowy system rejestracji. Wspominam o tym, gdyż technologia przyczyniła się do skomponowania części materiału. Członkowie zespołu zaczęli eksperymenty od grania "razem, ale osobno"- każdy muzyk nagrywał na osobnym śladzie, nie słysząc reszty zespołu. Podczas kolejnych sesji próbowano m.in. grać na różnych domowych sprzętach i łączyć uzyskane dźwięki z odgłosami otoczenia. Prace nad albumem przeciągały się, nikt z wytwórni nie sprawował kontroli nad przebiegiem procesu twórczego, a sesje nagraniowe były w większości bezproduktywne. Jednak w bólach zrodziła się bardzo udana płyta.

Otwierający krążek "One of These Days" rozpoczyna się dźwiękiem szalejącego wiatru, po którym rozbrzmiewa basowy riff, zagrany na dwóch gitarach i dodatkowo zarejestrowany z zastosowaniem kamery pogłosowej. Utwór stopniowo narasta, by po wypowiedzianych przez  Nicka Masona słowach "One of these days I'm going to cut you into little pieces" wybuchnąć dość agresywnym solem gitary. Inspiracją dla wypowiedzianej kwestii był pewien nieprzychylny Pink Floyd krytyk muzyczny. "A Pillow of Winds" to spokojna ballada, oparta na dźwiękach gitar akustycznej i hawajskiej oraz organów Hammonda; tytuł piosenki jest zainspirowany grą Mahjong, w którą Roger Waters i Nick Mason grali podczas swojego pobytu na południu Francji. "Fearless" jest bardzo ciekawym utworem, który kończy się (dość niespodziewanie) hymnem kibiców F.C. Liverpool "You'll Never Walk Alone". Pop-jazzowym, lekkim utworem jest "San Tropez", zainspirowany podróżą zespołu na południe Francji w 1970 roku; ciekawym urozmaiceniem jest klawiszowe solo Ricka Wrighta. "Seamus" to żartobliwa miniatura bluesowa, w której rolę współwokalisty pełni pies Steve'a Marriota, Seamus. Płytę wieńczy "Echoes"- ponad 20 minutowa rozbudowana kompozycja, która zaczęła się od eksperymentu Ricka Wrighta. Zarejestrował on dźwięk pianina przetworzony przez obrotowy głośnik Leslie, co dało charakterystyczny odgłos otwierający utwór. Potem dochodzą do niego poszczególne instrumenty: organy, gitara, nareszcie perkusja i preparowane pianino. Po dwóch zwrotkach rozpoczyna się arcyciekawa, trwająca prawie 15 minut część instrumentalna bogata zwłaszcza w przepiękne partie klawiszowe. Zwieńczeniem utworu jest trzecia zwrotka i subtelne outro, które przechodzi w szum wiatru. "Echoes" uważam za jeden z najlepszych utworów Pink Floyd; bardzo ciekawym wykonaniem live jest to ze słynnego koncertu w Pompejach- polecam obejrzeć i posłuchać.

Trzeba to otwarcie powiedzieć- nie jest to arcydzieło na miarę następnych krążków. To po prostu bardzo udana płyta, która zwiastuje przyszłą wielkość zespołu. Utwory z "Meddle" brzmią ciekawiej w wersjach koncertowych, a pozycją obowiązkową jest koncert "Live at Pompeii", który pozwala docenić w pełni geniusz takich kompozycji jak "Echoes" czy "One of These Days". 




wtorek, 8 listopada 2011

Utwór: Kings of Leon - Milk


1. Milk (Aha Shake Heartbreak, 2004/2005)

Kings of Leon stali się koszmarnie znani głównie za sprawą wyśmienitego krążka "Only by the Night" z 2008 roku, jednak już wcześniej tworzyli świetne piosenki; dziś mała próbka pochodząca z ich drugiego studyjnego albumu. Początek utworu to niesamowity, przeszywający śpiew Caleba Folowilla z delikatnym akompaniamentem klasycznej gitary i pobrzmiewającym w tle syntezatorem. Refren przynosi dźwięki perkusji i elektrycznej gitary; jednakże prawdziwym mistrzostwem jest gitarowy motyw rozpoczynający się od około trzeciej minuty. Absolutnie kupili mnie tym detalem, głównie dlatego zachwycam się tą piosenką kolejny już rok. Tekst utworu dedykuję wszystkim, którzy muszą wiedzieć "co poeta miał na myśli". 

poniedziałek, 7 listopada 2011

Joe Satriani - Black Swans & Wormhole Wizards


Joe Satriani- Black Swans & Wormhole Wizards (2010)
  1. Premonition
  2. Dream Song
  3. Pyrrhic Victoria
  4. Light Years Away
  5. Solitude
  6. Littleworth Lane
  7. The Golden Room
  8. Two Sides to Every Story
  9. Wormhole Wizards
  10. Wind In The Trees
  11. God Is Crying
Wczoraj Joe Satriani pojawił się przy okazji procesu o prawa autorskie z zespołem Coldplay; dziś postaram się przybliżyć jego najnowsze muzyczne dokonanie. Satch jest jednym z niewielu solowych wymiataczy, którzy sprawnie balansują na granicy gitarowego onanizmu- w jego muzyce poza wirtuozerią pojawiają się też ciekawe melodie, co sprawia że słuchają go nie tylko zapatrzeni w jego palce fani.

W przypadku nieomal doskonałych technicznie gitarzystów takich jak Steve Vai, Yngwie Malmsteen czy Paul Gilbert problemem jest odsłuchanie całej płyty z powodu przeładowania ich ultraszybkimi pasażami i szaleńczym tappingiem. Zupełnie inaczej wygląda twórczość Satch'a. Krążek otwiera "Premonition"- energetyczna, ale bardzo melodyjna kompozycja z subtelnym frazowaniem w zwrotce i świetnym solem. Utwór numer dwa rozpoczyna się od zagranego z użyciem "kaczki" funkującego motywu; gra Satrianiego w zwrotce jest delikatna, ale nie nudna. Refren przynosi harmonizowane partie gitar, a druga zwrotka to czas na instrumentalne popisy. "Pyrrhic Victoria" przypomina brzmieniowo poprzednie płyty- "Super Colossal" czy "Professor Satchafunkilus", natomiast w "Light Years Away" pobrzmiewają echa twórczości Chickenfoot. Ciekawą pozycją jest "Solitude"- dźwięki gitary z odrobiną pogłosu i delay'a wystarczają do zbudowania magicznego klimatu. Utwór miał mieć swoją rozbudowaną postać, lecz wersja demo tak zauroczyła wszystkich muzyków uczestniczących w sesji, że pozostawiono ją bez zmian, w formie miniatury. "Littleworth Lane" to w zasadzie blues- w tle pobrzmiewają organy Hammonda, a progresję akordów możemy uznać za oczywistość . Wielki szacunek budzi sposób gry Satrianiego, nacechowany olbrzymim feelingiem. Dla kontrastu w "The Golden Room" brzmią melodie inspirowane muzyką orientalną. W "Two Sides to Every Story" wyróżnia się partia klawiszy; natomiast "Wormhole Wizards" to moim zdaniem najsłabszy utwór na płycie. "Wind In The Trees" to moja ulubiona kompozycja Satrianiego: przede wszystkim intryguje brzmienie gitary, które jest wręcz niewiarygodne. Satch jest też dobrym klawiszowcem i w tym utworze raczy nas rozbudowanym klawiszowym solem. Finał płyty to "God Is Crying", szalenie energetyczny utwór będący wspaniałą pointą dźwięków zawartych w dziesięciu poprzednich kompozycjach.

Jeden z najlepszych albumów w bogatym dorobku tego wirtuoza gitary. Płyta do wielokrotnego słuchania, pomimo ogromnego arsenału zastosowanych technik gitarowych nie męczy, a z każdym odtworzeniem coraz bardziej wciąga. 



niedziela, 6 listopada 2011

Coldplay - Viva la Vida or Death and All His Friends


Coldplay- Viva la Vida or Death and All His Friends (2008)
  1. Life in Technicolor
  2. Cemeteries of London
  3. Lost!
  4. 42
  5. Lovers in Japan/ Reign of Love
  6. Yes
  7. Viva la Vida
  8. Violet Hill
  9. Strawberry Swing
  10. Death and All His Friends
W związku z premierą 'Mylo Xyloto', czyli piątego dziecka Colplay postanowiłem przybliżyć ich dziecko numer cztery. Na początek cytat z jakiejś idiotycznej "komedii":
- Skąd wiem, że jesteś gejem? Bo nie sypiasz już z kobietami? Skąd wiem, że jesteś gejem? Skąd? Bo jesteś gejem i umiesz poznać swojego? Nie, jesteś gejem, bo słuchasz Coldplay.
Cóż, pomimo tak wielkiego ryzyka warto zapoznać się z tym albumem. Lubiłem Colplay z pierwszych dwóch płyt, pomimo faktu że w pełni zasługiwał na takie opinie, zapewne przez nieco naiwne piosenki w stylu 'Yellow'. Natomiast od 'X&Y' rozpoczęła się mała rewolucja w muzyce Chrisa Martina i spółki. Przy 'Viva la Vida...' wspomógł ich jeszcze Brian Eno i tak otrzymujemy jedną z ciekawszych płyt ostatnich lat.

W 'Life in Technicolor' od pierwszych dźwięków czuć rękę i ucho byłego członka Roxy Music i pioniera muzyki ambient. Jednakże utwór numer dwa (notabene mój ulubiony z płyty) to już Colplay w najlepszym, piosenkowym wydaniu. Melodia przypomina mi troszeczkę 'Scarborough Fair', a brzmienie gitary U2, jednakże całość brzmi cudownie. Mocnym punktem płyty jest '42'. Pomimo iż zaczyna się bardzo subtelnie wokalem Chrisa Martina i pianinem, przechodzi w połamany rytm i partie gitarowo-orkiestrowe przywodzące na myśl Zeppelinowy 'Kashmir'. Warto wspomnieć o zamieszaniu wokół 'Viva la Vida', jest to mianowicie utwór, który przysporzył zespołowi sporo kłopotów. Joe Satriani (o którym także kiedyś tu napiszę) doszukał się w tej piosence plagiatu swojego utworu 'If I could fly' i cała sprawa miała swój finał w sądzie. Z przyczyn czysto muzycznych chcę natomiast wyróżnić 'Death and All His Friends'- jest to po prostu świetnie skomponowany utwór. Rozpoczyna się miniaturką wokalu i pianina, która sprawia wrażenie łagodnego zakończenia krążka. Jednakże kompozycja ewoluuje w kierunku rockowego finału zaśpiewanego przez cały zespół. Piosenkę i całą płytę wieńczy łagodne elektroniczne outro, przypominające 'Life in Technicolor'.

Coldplay jest dla mnie fenomenem. Przede wszystkim z powodu sukcesu komercyjnego połączonego z sukcesem artystycznym. 'Viva la Vida...' pokazuje, że możliwe jest połączenie pięknych melodii, niebanalnych aranżacji i twórczych poszukiwań z pojawianiem się w radiu, telewizji i zapełnianiem stadionów. W rzeczywistości koszmarnego elektro popu Coldplay jest dla mnie światełkiem w tunelu; oby to światełko prędko nie zgasło. 

środa, 2 listopada 2011

Black Sabbath - Black Sabbath


Black Sabbath- Black Sabbath (1970)
  1. Black Sabbath
  2. The Wizard
  3. Behind The Wall Of Sleep
  4. N.I.B.
  5. Evil Woman
  6. Sleeping Village
  7. The Warning
  8. Wicked World
Za nami listopadowe dni zadumy związane z wspomnieniem Wszystkich Świętych i Dniem Zadusznym. Niestety, jest to okazja nie tylko do refleksji egzystencjalnej, lecz także do podróży kosmicznie zatłoczonymi środkami komunikacji miejskiej, gdzie miałem rzadką okazję posłuchać radiowych szlagierów. Przeraziła mnie więc miałkość godna poczciwego mielonego i naturalność zbliżona do silikonowych biustów; mój skatowany słuch aż zapragnął odtrutki. I mamy Black Sabbath...

Album powszechnie uznawany za pionierski dla heavy metalu, która to etykieta nieco nie przystaje do dzisiejszych wyobrażeń- dziś takie określenie kojarzy nam się z siarczystym przesterem, zabójczym tempem i wokalem godnym Nergala. Cóż, w 1970 roku do zbudowania klimatu wystarczały prostsze środki. Oddajmy głos Ozzy'emu Osbourne'owi:
Wybieraliśmy się na koncert w Zurychu (...), ale mieliśmy dzień zapasu przed wyjazdem i nagraliśmy wtedy w ciągu dwunastu godzin nasz pierwszy album. Potem wskoczyliśmy do naszej furgonetki i pojechaliśmy do Szwajcarii. Nagrywaliśmy całość na magnetofonach czterośladowych- praktycznie na żywo, z paroma nakładkami. Kosztowało to około dwóch tysiaków, a sprzedaje się do dzisiaj.

Słowa te mają rzeczywiście odzwierciedlenie w muzyce. Utwór tytułowy zbudowany jest w zasadzie na trzech dźwiękach i histerycznym wokalu Ozzy'ego. Słychać tu małe niedociągnięcia w solowej partii gitary, lecz moim zdaniem dodaje to płycie autentyzmu. Mroczna atmosfera potęgowana przez odgłosy padającego deszczu i bijącego dzwonu spowodowała, że zespół posądzano o okultyzm. Oddajmy ponownie głos Ozzy'emu:
Kiedy robiliśmy pierwszy album, nie siedzieliśmy, kurwa, przy żadnym pieprzonym ognisku, na którym smażyły się dziewice. Nic z tych rzeczy.

Kolejny utwór to "The Wizard", rozpoczynający się dźwiękami harmonijki ustnej, po której następuje świetny riff autorstwa Tony'ego Iommi'ego. Kolejny utwór to znów ciekawy riff i zaskakujący podział rytmiczny. Warto posłuchać wczesnych koncertów Black Sabbath, zwłaszcza śpiewającego pełnym głosem Osbourne'a i grającego szalone metra Bill'a Ward'a.  "N.I.B." rozpoczyna się dźwiękiami basu Geezer'a Butler'a, które poprzedzają jeden z najlepszych riffów w historii rocka. Tekst traktuje o zakochanym diable, lecz przez wielu krytyków zespołu był odczytywany jako okultystyczny w wymowie. "Evil Woman" to cover zespołu Crow; "Sleeping Village" rozpoczyna się akustycznie, lecz po niespełna minucie przechodzi w elektryczną część instrumentalną. "The Warning" to najdłuższy, ponad 10- minutowy, utwór na płycie. Zbudowany jest według schematu pieśni trzyczęściowej: po pierwszej wokalno- riffowej części następuje druga- instrumentalna; utwór wieńczy krótka koda, będąca niemalże powtórzeniem części pierwszej. "Wicked World" skomponowano według tej samej zasady. 

Album dość nieoczekiwanie stał się przebojem. Nie mogę odmówić sobie przytoczenia kolejnej wypowiedzi wokalisty:
Nagraliśmy pierwszą płytę w ciągu dwunastu godzin na dwóch czterośladach, a potem przez półtora miesiąca zapierdalaliśmy w Szwajcarii, gdzie graliśmy do kotleta. I nagle staliśmy się megagwiazdami. To było jak grom z jasnego nieba.

Czas na podsumowanie, znów słowami Ozzy'ego:
Pamiętam, że kiedy wyszła pierwsza płyta, pomyślałem sobie "Super. Pokażę ją staremu." Położyłem krążek na starym radiogramofonie i pamiętam, że zakłopotany tatko popatrzył na mamę, potem na mnie i powiedział: "Synu, ty aby na pewno nie pijesz za dużo piwa?"



Wszystkie cytowane wypowiedzi pochodzą z książki "Mówi Ozzy" pod redakcją Harry'ego Shaw'a, wyd In Rock, Poznań 2003