sobota, 31 grudnia 2011

Ben Howard - Every Kingdom


Ben Howard - Every Kingdom (2011)

  1. Old Pine
  2. Diamonds
  3. The Wolves
  4. Everything
  5. Only Love
  6. The Fear
  7. Keep Your Head Up
  8. Black Flies
  9. Gracious
  10. Promise
W dniu dzisiejszym ciężko uciec od jakichkolwiek rankingów czy podsumowań. W najłagodniejszym wydaniu wystąpi to u mnie: dziś moim zdaniem najlepszy wydany w tym roku album. "Every Kingdom", płytowy debiut Bena Howarda (o którym zaledwie wspominaliśmy wcześniej) to 50 minut akustycznego folku; od premiery upłynęły zaledwie 3 miesiące, jednakże nawet z tak krótkiej perspektywy czasowej można docenić wartość tego krążka. 

Aż ciśnie się na usta pytanie: cóż ciekawego może być w kolejnym "chłopcu z gitarą"? Czyż mało jest podobnych wykonawców? Nie trzeba być kosmicznie osłuchanym, by muzyce Bena Howarda odnaleźć wpływy Joni Mitchell, Boba Dylana czy Nicka Drake'a. Nie o to jednak chodzi- wielką zaletą tej płyty jest natłok pięknych i świeżych melodii. Zdecydowanie dobrze się stało, że Ben Howard porzucił dziennikarstwo i zajął się muzyką. Znalazł do tego znakomitych kompanów: (nie zawsze) perkusistę Chrisa Bonda i basistkę oraz wiolonczelistkę Indię Bourne. Trio to raczy nas naprawdę ujmującymi dźwiękami; ja pokochałem "Every Kingdom" już od pierwszych akordów "Old Pine". Nie mniej przebojowe są "Diamonds" z grupowym śpiewem w refrenie czy "The Wolves", gdzie urzeka zwłaszcza głos Howarda. Dźwięki elektrycznej gitary pojawiają się w "Only Love", moim faworycie z płyty (ciekawym także w wersji koncertowej). Ten krążek właściwie nie ma słabej piosenki: zarówno "The Fear" jak i "Keep Your Head Up" mimo folkowej stylistyki mają przebojowy potencjał, jednocześnie emanując niesamowitym ciepłem. Diametralnie inny od reszty utworów jest "Black Flies", swoisty punkt kulminacyjny płyty. Dwie ostatnie kompozycje to spokojne, przynoszące ukojenie ballady. 

Frank Zappa powiedział kiedyś, że pisanie na temat muzyki jest jak tańczenie na temat architektury. Zdanie to nabiera szczególnego sensu zwłaszcza w przypadku takich płyt jak "Every Kingdom", posiadających nieprzekładalny na słowa urok. Zatem gdy wywietrzeją ostatnie procenty zachęcam do zapoznania się z twórczością Bena Howarda; niech cały nowy rok będzie pełen równie dobrych płyt.

piątek, 30 grudnia 2011

Wynton Marsalis & Eric Clapton - Play The Blues


Play The Blues (2011)

  1. Ice Cream
  2. Forty-Four
  3. Joe Turner's Blues
  4. The Last Time
  5. Careless Blues
  6. Kidman Blues
  7. Layla
  8. Joliet Bound
  9. Just A Closer Walk With Thee
  10. Corrine, Corrina
W przedostatnie popołudnie 2011 roku zapraszam na prawdziwą muzyczną ucztę. Jest to jedna z niewielu godnych uwagi płyt wydanych w tym roku i mimo że większość zawartych na niej kompozycji to dwunastotaktowe standardy zaaranżowane w konwencji nowoorleańskiego jazzu, warto mieć "Play The Blues" na swojej półce. 

Powodów po temu jest kilka. Po pierwsze- ten album to ciekawa kooperacja dwóch wybitnych postaci. Eric Clapton jest jedną z ikon rocka, gitarzystą twórczo czerpiącym z tradycji bluesowej, który w swojej długiej karierze osiągnął niemal wszystko; Wynton Marsalis to niezwykle utalentowany bandleader, występujący od najmłodszych lat z tuzami światowego jazzu. Co ważne, żaden z nich nie sili się na czcze popisy. Clapton przede wszystkim urzeka głosem, który z upływem lat obniżył się i stał się bardziej zachrypnięty; można go nieco żartobliwie nazwać "najczarniejszym z białych murzynów". Jego partie gitarowe są stonowane, nie zawsze na pierwszym planie. Jednakże to zupełnie naturalne, gdyż...

...pierwsze skrzypce zdecydowanie gra orkiestra. Często nie znamy ich wszystkich z imienia i nazwiska, a szkoda- towarzyszący Claptonowi i Marsalisowi sidemani to naprawdę znakomici instrumentaliści. Dan Nimmer na fortepianie, Victor Goines na klarencie, Marcus Printup na trąbce, Chris Cranshaw na puzonie, Don Vappie na banjo, Chris Stainton na instrumentach klawiszowych, Carloz Henriquez na kontrabasie oraz Ali Jackson na perkusji- to ich wielką zasługą jest swobodny, rozimprowizowany nastrój tego albumu. Liczne solówki mają nie tylko dwaj prowodyrzy całego zamieszania, ale także wszyscy niemal członkowie orkiestry. Sprawia to, że płyta pomimo jednorodnej stylistycznie aranżacji ciągle przykuwa uwagę.

Po trzecie- gościnnie na płycie wystąpił Taj Mahal. Kto nie zna, niech poluje na trudno dostępne w Polsce albumy tego artysty. Jest to jeden z moich ulubionych bluesowych głosów, dlatego niezmiernie ucieszyłem się z jego pojawienia się na tym niezwykłym koncercie. Zainteresowanych odsyłam gdziekolwiek, choćby tu czy tu.

Płyta warta przesłuchania. Dla miłośników tradycyjnego jazzu to prawdziwa gratka, dla wielbicieli Claptona na pewno spore zaskoczenie. Mnie cieszy, że w wieku prawie 70 lat można ciągle próbować swoich sił w nowych przedsięwzięciach. Był już blues, rock, pop, muzyka elektroniczna...co po jazzie, Eric?

czwartek, 29 grudnia 2011

Fink - Perfect Darkness


Fink - Perfect Darkness (2011)

  1. Perfect Darkness
  2. Fear Is Like Fire
  3. Yesterday Was Hard On All Of Us
  4. Honesty
  5. Wheels
  6. Warm Shadow
  7. Save It For Somebody Else
  8. Who Says
  9. Foot  In The Door
  10. Berlin Sunrise
Wielkimi krokami zbliża się sylwester. Postanowiłem zatem, że zanim odkorkuję szampana i zupełnie obojętnie popatrzę na fajerwerki przedstawię jakiś porządny album z kończącego się 2011 roku. Powstrzymam się jeszcze od ostatecznych sądów odnośnie płyt Coldplay, RHCP, Florence & the Machine czy komercyjnie wskrzeszonej Amy Winehouse- skupię się na pozytywach. Na dziś Fink i jego ostatnie dzieło, kolejne niespodzianki jutro i pojutrze. 

Fin Greenal to jedyna postać w Ninja Tune, która nie pasuje do profilu muzycznego wytwórni- nie gra downtempo, nu-jazzu  czy przedziwnych kombinacji hip-hopu ze wszystkimi innymi gatunkami muzycznymi. To po prostu ciepły, charakterystyczny głos i gitara. Tylko tyle i aż tyle. "Perfect Darkness" to zbiór 10 naprawdę dobrych kompozycji, stylistycznie utrzymanych na pograniczu bluesa i brytyjskiego folku; co najważniejsze w przeciwieństwie do poprzednich płyt Brytyjczyka całość nie nudzi i nie nuży. 

Najpiękniejszą melodią na albumie jest zdecydowanie utwór tytułowy- można go słuchać nieskończoną ilość razy, za każdym odkrywając coś nowego w bogatej i pomysłowej aranżacji. Po okraszonym brzmieniem elektrycznej gitary "Fear Is Like Fire" następuje surowe w aranżacji "Yesterday Was Hard On All Of Us" z bardzo refleksyjnym tekstem. Niemalże bluesowe jest "Wheels", w podobnym klimacie utrzymana jest także następna, bogatsza aranżacyjnie kompozycja, czyli "Warm Shadow". Istną krainą łagodności jest "Save It For Somebody Else", pozwalające naprawdę zachwycić się barwą głosu Finka. "Who Says" to najbardziej niepokojący utwór na płycie, narastające napięcie znajduje ujście w dynamicznej końcówce. "Foot In The Door" przywodzi nieco na myśl The Cinematic Orchestra; to naprawdę piękna ballada, po "Perfect Darkness" druga wybitnie zapadająca w pamięć piosenka z płyty. Moim zdaniem tu właśnie powinna się ona zakończyć- "Berlin Sunrise" zwyczajnie nie pasuje mi jako ostatni utwór. Jednakże poprzestanie na takim wyliczeniu jest bardzo krzywdzące. Dlaczego? 

Bo "Perfect Darkness" to przede wszystkim album stanowiący zaplanowaną, mającą swoją dramaturgię całość. Nie ma mowy o wyrzucaniu poszczególnych utworów z playlisty- aby w pełni docenić tą płytę należy ją z uwagą przesłuchać "od deski do deski". Niezmiernie cieszy fakt, że z płyty na płytę Fink prezentuje coraz ciekawszy materiał. "Perfect Darkness"  nie lubi opuszczać odtwarzacza, w pełni zrekompensowała mi tegoroczne zawody związane z albumami kilku moich ulubieńców. Płyta na długie wieczory pełne pięknych dźwięków. 

środa, 28 grudnia 2011

Utwór: Joe Cocker - Never Tear Us Apart


1. Never Tear Us Apart (Respect Yourself, 2002)

Nie lubię coverów. Najczęściej jest to próba wybicia się na czyimś talencie kompozytorskim, kojarzy mi się z talent-show i miernotami w stylu .... (kropki zastąpić dowolnie wybranymi nazwiskami laureatów większości programów pokroju Nie-Mam-Talentu; w przypadku nieznajomości żadnego można wpisać nazwę ptaków- Szpak na przykład). Na szczęście, od każdej reguły są wyjątki: Jeff Buckley ("Hallelujah" to przecież utwór Leonarda Cohena), Jimi Hendrix (ożywił Dylanowskie "All Along The Watchtower"), czy Joe Cocker właśnie potrafili twórczo odczytać niekoniecznie swoje kompozycje. Bohater dzisiejszego odcinka to posiadacz jednego z najwspanialszych głosów w historii muzyki- pozwala mu to na niesamowite interpretacje bez zbytniej ingerencji w aranżację czy strukturę utworu. Pomimo sporej ilości autorskiej muzyki będzie na zawsze kojarzony z woodstockowym wykonaniem "With A Little Help From My Friends" Beatlesów i (mam nadzieję) "Never Tear Us Apart" INXS. Zaśpiewana przez Cockera piosenka nabiera niesamowitej siły rażenia, a dodatkowym smaczkiem jest krótkie, lecz piękne gitarowe solo. 

poniedziałek, 26 grudnia 2011

Utwór: Gnarls Barkley - Who's Gonna Save My Soul (live at Abbey Road)


  1. Who's Gonna Save My Soul (live at Abbey Road, 2008)
Na dziś kolejna piosenka tego urzekającego duetu. Tym razem znów mała wolta w stosunku do wersji albumowej- kameralnie, klimatycznie, niemal bluesowo. Wielkie brawa dla Josha Klinghoffera (któremu i tak mówię "nie!" w RHCP) za świetny dobór brzmień i subtelną, nie narzucającą się grę. Warto posłuchać.








niedziela, 25 grudnia 2011

Queen - Greatest Hits I


Queen - Greatest Hits I (1981)

  1. Bohemian Rhapsody
  2. Another One Bites The Dust
  3. Killer Queen
  4. Fat Bottomed Girls
  5. Bicycle Race
  6. You're My Best Friend
  7. Don't Stop Me Now
  8. Save Me
  9. Crazy Little Thing Called Love
  10. Somebody To Love
  11. Now I'm Here
  12. Good Old-Fashioned Lover Boy
  13. Play The Game
  14. Flash
  15. Seven Seas Of Rhye
  16. We Will Rock You
  17. We Are The Champions
Po raz kolejny wiadomości ze świata mają dość przygnębiający charakter. Wpisując w tfu, youtube.com "Somebody To Love" jako pierwszego odnajdujemy Justina Biebera; dowiadujemy się też, że Brian May chce znów wykorzystać logo Queen do zarobienia kilku dolarów więcej... Jednakże na czas Świąt i nie tylko warto skupić się na rzeczach pozytywnych- zatem na dziś prawdziwy prezent od losu.

"Greatest Hits I" to kolejna moja płyta dzieciństwa, odtwarzana podobnie jak "Live April 1987" aż do zdarcia igły w gramofonie. Zawartość krążka została wyznaczona przez żelazne zasady matematyki- to po prostu najlepiej sprzedające się single Queen z lat 1973-81. Co dziwne, pomimo dość dużej różnorodności stylistycznej poszczególnych utworów płyta jest spójna i tworzy logiczną całość, której świetnie się słucha. Okres reprezentowany przez tą kompilację najogólniej można scharakteryzować jako rockowy- brak tu często spotykanego na późniejszych albumach syntezatorowego brzmienia. Osobnym bytem jest "Bohemian Rhapsody", natomiast poza tym utworem warto wspomnieć chociażby o "Another One Bites The Dust"- jednym z pierwszych utworów disco-funkowych skomponowanych przez białego człowieka regularnie granym przez "czarne" rozgłośnie radiowe. W zasadzie jest to autorskie dzieło Johna Deacona; co ciekawe- przy nagrywaniu piosenki w ogóle nie użyto syntezatorów. Czystym szaleństwem jest "Bicycle Race", z oryginalną strukturą akordową i genialnymi partiami wokalnymi oraz gitarowymi. "Don't Stop Me Now" to jeden z tych utworów, które udowadniają wprost dlaczego Freddie Mercury był  i pozostaje niezastąpiony. Piosenka jest niesamowicie dynamiczna, pomimo braku rytmicznych partii gitarowych i niezbyt wyeksponowanego basu- cały dynamit kryje się w pianinie i głosie frontmana Queen. Moim ulubionym utworem Królowej jest "Somebody To Love"- przede wszystkim ujęły mnie inspirowane muzyką gospel harmonie wokalne (100 osobowy chór śpiewający w tym utworze to głosy Mercury'ego, May'a i Taylora nagrane metodą multitrackingu), wspaniała figura kompozycyjna i oczywiście Freddie Mercury po raz kolejny (rozpiętość dźwięków w całej piosence to od F2 aż do Ab5!!!)

W przypadku tej płyty pojawia się najprzyjemniejszy z problemów- obfitość dobrych utworów. Każdy z nich jest starannie wyprodukowany, nie ma miejsca na najmniejsze niedoróbki. Queen to prawdziwi bogowie studia, o czym wspomnę przy najbliższej okazji. Życząc zdrowych i pogodnych Świąt Bożego Narodzenia zachęcam do rozpoczęcia przygody z Królową właśnie tym krążkiem. 

piątek, 16 grudnia 2011

Utwór: Funkadelic - Maggot Brain


1. Maggot Brain (Maggot Brain, 1971)

Funkadelic to wesoła kompania guru muzyki funk- George'a Clintona. Pewnego razu, po sporej dawce LSD namówił on Eddiego Hazela na wyobrażenie sobie takowej sytuacji: gitarzysta Funkadelic miał się dowiedzieć o śmierci swojej matki, a potem przekonać się, że to nieprawdziwa pogłoska. Rezultatem tak pokręconego eksperymentu jest jedna z najbardziej poruszających gitarowych solówek w historii. Pierwotnie utwór ten miał zawierać także partie innych instrumentów i część wokalną, jednak gdy George Clinton zorientował się jak wspaniale zagrał Hazel, postanowił niemal wyciszyć resztę zespołu i pozostawić nagraną za jednym podejściem solówkę w niezmienionej formie, znanej do dziś jako Maggot Brain.

czwartek, 15 grudnia 2011

Kings of Leon - Because of the Times


Co wyjdzie z połączenia bluesowych tradycji, southern rockowych naleciałości i brytyjskiego przestrzennego brzemienia? Jak może domyślić się każdy- wydana w 2007 roku trzecia długogrająca płyta Kings of Leon. Zespół braci Followillów prezentuje tu pełnię swoich możliwości, które zwiastowała już poprzednia "Aha Shake Hearbreak", a które dopiero na "Because of the Times" przełożyły się na naprawdę dobre kompozycje.

Ten krążek to 52 minuty naprawdę ciekawej muzyki, w dodatku ułożonej w nieprzypadkowej kolejności. Zaczyna się dość niepozornie- "Knocked Up" to wspaniale rozwijający się utwór, pełen przestrzeni w brzmieniu, świetnego śpiewu Caleba Followilla i prostej, acz kunsztownej gry perkusji. "Charmer" poraża niespokojnym klimatem, tworzonym przez agresywny bas i histeryczny śpiew; natomiast singlowe "On Call" to zgrabnie skomponowana piosenka o bardzo nośnej melodii. Już na przykładzie trzech pierwszych utworów widzimy, że ten krążek to ciągła żonglerka nastrojami i emocjami; na szczęście kwartet z Nashville to sprawni kuglarze i ta zabawa nie nuży, a intryguje. Riff "Black Thumbnail" oparto na frapującej zabawie z rytmem, a naprawdę świeżo wypada gra gitar. Niemalże funkujące jest "My Party", w dodatku melodia refrenu ma niemalże radiową przebojowość. Jednym z najlepszych momentów na płycie jest "True Love Way"- kompozycja stopniowo narasta, by osiągnąć punkt kulminacyjny w naprawdę ujmującej części instrumentalnej.  Piosenką bardzo osadzoną w amerykańskiej tradycji jest "The Runner"; pozbawiony nieco singlowego potencjału, zawiera jednocześnie wielki ładunek emocji. Podobna sytuacja ma miejsce w przypadku "Trunk"- piosenki, której tajemniczych zwrotek i kojących refrenów można słuchać godzinami. "Camaro" dla kontrastu to porcja przebojowego rock'n'rolla, który poprzedza przystanek końcowy, moim zdaniem swoistą wisienkę na torcie. "Arizona" to najlepszy bez wątpienia utwór z tego albumu, posiada wszystkie cechy utworu kultowego, w tym tą najważniejszą: nie da się tej piosenki opisać słowami.

Na przykładzie "Because of the Times" widać wyraźnie, że twórcze nawiązywanie do dokonań poprzednich pokoleń ma sens; pozytywne przyjęcie krytyki i publiczności jest na to najlepszym dowodem. Kings of Leon w swojej muzyce łączą dwie bardzo różne tradycje, amerykańską i brytyjską, co na tej płycie wyszło im znakomicie. 


Kings of Leon - Because of the Times (2007)
  1. Knocked Up
  2. Charmer
  3. On Call
  4. McFearless
  5. Black Thumbnail
  6. My Party
  7. True Love Way
  8. Ragoo
  9. Fans 
  10. The Runner
  11. Trunk
  12. Camaro 
  13. Arizona

wtorek, 13 grudnia 2011

Utwór: Doyle Bramhall II - Outside Woman Blues


1. Outside Woman Blues (Crossroads Guitar Festival 2007)

Dziś jedna z wielu wersji bluesowego klasyka Blind Joe Reynoldsa spopularyzowanego przez Cream i Erica Claptona. Jednak moje ulubione wykonanie to występ Doyla Bramhalla II na Crossroads Guitar Festival. Cieszcie się i radujcie:


PS. Warto zwrócić uwagę na bardzo specyficzne położenie strun i sposób gry Doyla Bramhalla II; zaintrygowanych odsyłam tu.

poniedziałek, 12 grudnia 2011

Black Sabbath - Master of Reality


Black Sabbath - Master of Reality (1971)

  1. Sweet Leaf
  2. After Forever
  3. Embryo
  4. Children of the Grave
  5. Orchid
  6. Lord of This World
  7. Solitude
  8. Into the Void
Dziś kolejny klasyk heavy metalu (jakże mylące określenie!), trzecia długogrająca płyta Black Sabbath. Nie obfituje w przeboje, ale zaciekawia ze zgoła z innych powodów- mianowicie przez wielu krytyków jest uznawana za pierwszą w historii płytę stoner rockową. W obliczu niemałej popularności QOTSA i Josha Homme'a warto zakrzyknąć "Ad fontes!" i odbyć małą podróż w czasie.

Jak głosi legenda: gitarzysta zespołu, Tony Iommi stracił w wypadku opuszki palców, co zmusiło go do obniżenia napięcia strun (a co za tym idzie, stroju)- to właśnie to zdarzenie losowe odpowiada za specyficzne brzmienie dwóch pierwszych krążków Black Sabbath. W roku 1971 Iommi postanowił ponownie obniżyć strój, w C# gra także bass Geezera Butlera; właśnie dlatego utwory z "Master of Reality" brzmią tak potężnie.  Rozwiązanie to będą później z powodzeniem stosować zespoły grunge'owe i stoner rockowe właśnie. Pierwszy efekt tych zabiegów to "Sweet Leaf" - swoisty hymn na cześć marihuany; abstrahując od tekstu i początku utworu (kaszel Tony'ego Iommi'ego po zaciągnięciu się skrętem...)- jest to jeden z najlepszych riffów w historii rocka. Natomiast pozostałe, solidnie zagrane i skomponowane utwory poruszają głównie tematykę...chrześcijańską. Wyjątkiem jest "Children of the Grave", który ma pacyfistyczną wymowę. Album zawiera dwie gitarowe miniatury- "Embryo" i "Orchid"; oddzielają one ciężkie, riffowe kompozycje i zaskakują słuchacza oczekującego tylko mocno przesterowanych brzmień. Natomiast najwspanialszym punktem płyty, pozycją absolutnie obowiązkową jest "Solitude". Każdy kto uważa, że Ozzy Osbourne nie potrafi śpiewać, powinien posłuchać tego utworu. Jest to jednak teatr dwóch aktorów: oprócz naprawdę poruszającego wokalu Osbourne'a, błyszczy Tony Iommi- gra na gitarze, pianinie oraz flecie. Naprawdę bardzo nietypowy utwór jak na "heavy metalowy" zespół.

Płyta w okresie powstania była prawdziwym "wypięciem się" na oczekiwania rynku i krytyków; z perspektywy czasu nie oszałamia, ale ciągle intryguje. Ciekawy jest zwłaszcza kontrast pomiędzy muzyką z tej płyty a mrocznym image'm zespołu, utrwalonym w powszechnej świadomości. Z pewnością jest to dysonans wart poznania. 

środa, 7 grudnia 2011

Utwór: Band of Horses - The Funeral


1. The Funeral (Everything All The Time, 2006)

Dziś krótka refleksja na temat przypadku w życiu, na przykładzie prozaicznej historii. Dawno, dawno temu Ktoś pokazał mi filmik z pewnym opętanym człowiekiem jeżdżącym na bmxie i wyczyniającym niestworzone rzeczy. Traf chciał, że w tle usłyszałem świetną muzykę, która towarzyszy mi do dziś. Wzruszających historyjek dość, czas na rzeczone wideo


...i na szersze spojrzenie: niemal wszystkie filmiki z udziałem Danny'ego McAskilla mają arcyciekawe ścieżki dźwiękowe, warte uwagi i śledzenia.

1. Dość mało znani w naszym kraju Loch Lomond i The Jezabels;
2. Świetny nie tylko w tym utworze Ben Howard;
3. Gino Riccitelli (nieco przypominający Johna Mayera).   

poniedziałek, 5 grudnia 2011

The White Stripes - Elephant


The White Stripes- Elephant (2003)

  1. Seven Nation Army
  2. Black Match
  3. There's No Home for You Here
  4. I Just Don't Know What to Do with Myself
  5. In the Cold, Cold Night
  6. I Want to Be the Boy to Warm Your Mother's Heart
  7. You've Got Her in Your Pocket
  8. Ball and Biscuit
  9. The Hardest Button to Button
  10. Little Acorns
  11. Hypnotize
  12. The Air Near My Fingers
  13. Girl, You Have No Faith in Medicine
  14. Well It's True That We Love One Another
Dziś proste i smakowite danie- The White Stripes, czyli wcielenie Jacka White'a numer jeden . Piosenki duetu to tak naprawdę współczesna interpretacja idei bluesa z wpływami muzyki punk- są proste, surowe, ale obdarzone sporym ładunkiem emocji. Brak tu wirtuozerii, pozostaje czysta energia. Płyta została zarejestrowana na analogowym, pochodzącym sprzed 1960 roku sprzęcie, a w całym procesie komponowania, nagrywania i miksowania nie użyto komputera. Album jest bardzo równy, żadna kompozycja nie sprawia wrażenia przypadkowej. Co warto wyróżnić poza znanym każdemu "Seven Nation Army"? 

Utwór numer trzy. "Theres No Home for You Here" to dobry riff, urozmaicony dźwiękami pianina oraz partiami solowymi przepięknie jazgotliwej gitary. Jack White to jeden z niewielu współczesnych gitarzystów posiadających charakterystyczne brzmienie, oparte na efekcie Whammy i tonach fuzzu. Wart uwagi jest również "I Just Don't Know What to Do with Myself"- jedyny na płycie cover, idealnie pasujący do struktury albumu. Porywa wręcz (zwłaszcza w refrenie) śpiew Jack'a White'a, zaciekawia kontrast pomiędzy subtelną zwrotką i dynamicznym refrenem. W "In the Cold, Cold Night" w roli wokalistki występuje Meg White; instrumentalny minimalizm (słyszymy dźwięki jedynie gitary i organów Hammonda) i chwytliwa melodia dały wyśmienity efekt. Kolejny utwór przynosi dźwięki pianina, i chyba najwspanialszej na płycie solówki- tym razem zagranej w stylu slide. "You've Got Her in Your Pocket" ukazuje folkowe inspiracje duetu; zestawienie prostych akordów dało naprawdę piękny efekt. "Ball and Biscuit" to blues-rockowa jazda, naznaczona silnie wyrazistą gitarową osobowością White'a. Mocnym akcentem w końcówce albumu jest "The Air Near My Fingers"- dynamiczne riffy, zwrotki oparte na partiach elektrycznego pianina, i niesamowita lekkość kompozycji sprawia, że do piosenki chce się wracać. Z niewiadomych powodów przepadam za ostatnim utworem, będącym swojego rodzaju żartem zaśpiewanym z gościnnym udziałem Holly Golightly. 

Na czym polega geniusz tej płyty? Przede wszystkim na powrocie do prostoty dźwięków i na odnalezieniu bluesowych oraz folkowych korzeni rocka. Niewygładzona produkcja nadaje zawartym na krążku utworom autentyczności, a każda piosenka nosi znamię wyrazistej i intrygującej osobowości Jacka White'a. Ciąg dalszy na pewno nastąpi.

niedziela, 4 grudnia 2011

Utwór: Zakk Wylde - Sold My Soul


  1. Sold My Soul (Book of Shadows, 1996)
Wspomnijmy dziś piękne czasy, gdy gdzieś pomiędzy Pride& Glory a Black Label Society powstała ta piosenka. Pochodzi z dość nierównego albumu "Book of Shadows", ale zawiera wszystko to, za co kocham Zakka: potężny głos o niesamowitej barwie, ciekawą kompozycję i oszałamiające solo gitarowe. Polecam najpierw posłuchać utworu, a później obejrzeć to.

sobota, 3 grudnia 2011

The Beatles - Help!


The Beatles - Help (1965)
  1. Help!
  2. The Night Before
  3. You've Got To Hide Your Love Away
  4. I Need You
  5. Another Girl
  6. You're Going To Lose That Girl
  7. Ticket To Ride
  8. Act Naturally
  9. It's Only Love
  10. You  Like Me Too Much
  11. Tell Me What You See
  12. I've Just Seen a Face
  13. Yesterday
  14. Dizzy Miss Lizzy
Ostatnimi czasy moim nowym hobby jest chorowanie, stąd też znalazłem czas na ponowne obejrzenie jednego z moich ulubionych filmów- beatlesowskiego "Help!". Cudownie absurdalna fabuła okraszona jest naprawdę dobrymi dźwiękami; z tej okazji zapraszam na album-soundtrack, moim zdaniem najciekawszy z początkowego etapu twórczości The Beatles.

Album otwiera "Help!"- skomponowana przez Johna Lennona rock'n'rollowa piosenka opowiadająca o jego problemach psychicznych związanych z nagłym sukcesem zespołu. W wywiadzie dla magazynu Rolling Stone udzielonym w 1970 roku Lennon wyznał, że "Help!" jest jedną z jego ulubionych piosenek The Beatles, jednakże żałuje, że nie została nagrana w wolniejszym tempie. "The Night Before" utrzymana jest w konwencji 'call and response' pomiędzy prowadzącym wokalem Paula McCartney'a a chórkiem złożonym z Lennona i Harrisona. Co ciekawe, solo gitarowe w tej piosence zagrał McCartney. Kolejny utwór jest folkową balladą, z pierwszym gościnnym występem w historii zespołu- partię fletu w "You've Got To Hide Your Love Away" zagrał John Scott. Jak powiedział po latach Paul McCartney "ta piosenka to po prostu Lennon grający Dylana", wpływ twórczości amerykańskiego barda jest tu bardzo wyraźny. "I Need You" to   pierwsza na płycie i druga w ogóle wydana przez zespół kompozycja George'a Harrisona. Kolejny utwór został napisany przez Paula McCartney'a, który zagrał też partię gitary solowej; warto zwrócić uwagę na ulubione przez tego kompozytora tempo i rytmikę, charakterystyczną dla muzyki skiffle. "You're Going To Lose That Girl" jest piosenką zbudowaną ponownie w konwencji 'call and response', jednakże tym razem główny wokal przypadł Johnowi Lennonowi. Smaczku utworowi dodaje podwojona partia pianina; co ciekawe kompozycja w strukturze akordowej przypomina poprzedzającą ją "Another Girl". Kolejna piosenka autorstwa duetu Lennon/McCartney to "Ticket To Ride"; obaj panowie podają jednakże różne źródła inspiracji do powstania utworu. Według Paula chodziło o bilety do miasteczka Ryde na wyspie Wight; zdaniem Johna tytułowy "ticket to ride" to zaświadczenia o dobrym stanie zdrowia trzymane przez hamburskie prostytutki... Wolny od podobnych kontrowersji jest zaśpiewany przez Ringo Starra "Act Naturally"; "It's Only Love" to jedna z mniej udanych kompozycji zespołu w ogóle- John Lennon powiedział, że zawsze nienawidził tej piosenki, a Paul McCartney przyznawał, że to "piosenka-wypełniacz". Lepiej prezentuje się  "You Like Me Too Much", druga kompozycja autorstwa Harrisona na krążku. "Tell Me What You See" zaciekawia użyciem nietypowych instrumentów perkusyjnych (m.in. Güiro); natomiast "I've Just Seen a Face" to praktycznie piosenka country. Najbardziej znanym utworem z płyty jest numer 13 - zaaranżowane na akustyczną gitarę i kwartet smyczkowy "Yesterday"; abstrahując od znanej opowieści o tym, jak melodia piosenki przyśniła się McCartney'owi, warto wspomnieć o pierwotnej wersji tekstu. Zamiast dobrze znanego liryku "Yesterday/All my troubles seemed so far away" McCartney roboczo śpiewał "Scrambled Eggs/Oh, my baby how I love your legs". Płytę kończy dynamiczne "Dizzy Miss Lizzy", jedyny na krążku cover. 

"Help!" to album dobrze podsumowujący pierwszy okres twórczości The Beatles. Przebojowe piosenki z dobrymi melodiami i harmoniami wokalnymi stały się wręcz definicją popu pierwszej połowy lat 60. Na tym krążku widać jednak zalążki Beatlesów z okresu studyjnego, pełnego dźwiękowych eksperymentów; jednak to już zupełnie inna beczka.