niedziela, 30 grudnia 2012

Nieco inny ranking


W sezonie zamęczania czytelników muzycznymi podsumowaniami roku czy nominacjami do gówno-dziś-wartych nagród Grammy zapraszam na nieco inne zestawienie. Postanowiłem wybrać spośród tegorocznych kampanii społecznych te, które a) są ciekawe b) siłę przekazu opierają na muzyce. Miłego słuchania i oglądania. Kolejność nieprzypadkowa.

1. Dumb Ways to Die - kampania Australian Metrotrains


Pogodna melodia, obłędnie zabawny tekst i animacja w stylu Happy Tree Friends. Skutecznie ostrzega przed głupią śmiercią w towarzystwie pociągów.

2. Girls going wild in red light district


Temat i forma zupełnie inne. Więcej zdradzić nie mogę, by nie popsuć finalnego efektu zaskoczenia i oszołomienia.

3. The Lost Choir - Mad World


Uwielbiana przeze mnie piosenka w dającej do myślenia interpretacji. Ten film to dowód na to, że można zrobić wstrząsający spot bez krwi, flaków i łez.

4. Requiem 2019


Ten klip to w zasadzie krótkometrażowy film. Rok 2019, ostatni żywy Płetwal błękitny staje oko w oko ze swoim prześladowcą - człowiekiem. Piękna muzyka Jane Blue nadaje tej mistrzowskiej animacji niezwykłego dramatyzmu. Chapeau bas!

piątek, 28 grudnia 2012

Armagejdon.


Z pewnymi rzeczami po prostu nie powinno się mieć związku - decydującym kryterium jest tzw. "poczucie obciachu". Kiedyś program Fifth Gear pod tym względem testował "obciachową" Skodę Superb, która z zaklejonym znaczkiem była przez przechodniów londyńskiego City identyfikowana jako auto klasy premium.  Analogicznie potraktuję "Life in Cartoon Motion". Jakie "Take It Easy" ? Jaki obciach?

Już od pierwszych dźwięków "Grace Kelly" myślimy: ktoś tu się porządnie nasłuchał Queen i  Eltona Johna z najlepszych lat. Od Mercury'ego i spółki różni się tylko ciężar gatunkowy. Mika wbrew idiotycznym zarzutom krytyki nie "poszedł na komercję". To nie brodaty bard, lecz artysta pop, świadomy ram gatunkowych w których zdecydował się tworzyć. Feeria falsetowych wokali oraz oparta na dźwiękach pianina aranżacja to główne atuty otwierającej kompozycji. Jest świeżo, ciekawie, dynamicznie. Punkt dla Miki.

Numer drugi z powodu zbyt dużej zawartości lukru dla wielu słuchaczy jest zwyczajnie niestrawny. "Lollipop" to moim zdaniem zgrabne nawiązanie do naiwnych zarówno tekstowo jak i muzycznie piosenek z lat 50. i 60. Poza popisem wokalnym warto zwrócić uwagę na wprowadzenie do aranżacji trąbki - kto dziś jeszcze w muzyce pop używa instrumentów dętych? Po koszmarnie miałkim numerze trzecim docieramy do utworu w którym po raz pierwszy naprawdę słychać, że głos Miki ma rozpiętość 5 oktaw. "Love Today" jest oczywiście zgrabną piosenką o niczym, ale czy wielu słuchaczy oczekuje po tej płycie przemyśleń godnych Pana Cogito?

Skatowany do granic możliwości przez wszystkie stacje radiowe numer piąty rozważnie pominę. Warto go jednak posłuchać w kontekście albumu - tym ciekawiej wypadnie wyraźnie kontrastujący "Any Other World", kojarzący mi się z "Elanor Rigby" Beatlesów. Skojarzenia z Wielką Czwórką odżywają przy kolejnej piosence. Piękna aranżacja na pianino i sekcje dętą dobrze uzupełnia się z falsetem Miki. "Big Girls" to lekka i zgrabna piosenka, będąca zarazem kolejną nicią łączącą Libańczyka z Freddiem Mercurym. Obaj panowie nie tylko mieli egzotyczne pochodzenie, śpiewali falsetem, grali na pianinie ale także śpiewali o krągłych damach (por. Fat Bottomed Girls). Piano pop najwyższej próby i ponownie pachnąca latami 70. aranżacja to "Stuck in the Middle". Ciekawa wokalnie jest ostatnia na liście pozycja. "Happy Ending" mimo kompozycyjnego banału dobrze oddaje głosowe możliwości Miki: początek w stylu wczesnego Michaela Jacksona, środek pomiędzy Mercurym a Bono, końcówka w stylu gospel. Gorzej, jeżeli odkryjemy że to tylko 4 podstawowe akordy...

Dlaczego na początku wspomniałem o kryterium obciachu? Bo to cholernie infantylna, pozbawiona głębszych treści muzyka. Właśnie dlatego uważam ją za doskonały pop - Mika nie udaje, że jest kimś więcej niż gwarantującym nam trzy kwadranse dobrej zabawy szansonistą. Muzycznie jest to album ciekawy, Libańczyk adaptuje sprawdzone patenty i schematy z naturalnym wdziękiem. Na koniec smaczek: ukryta ścieżka, która klimatem zupełnie różni się od pozostałych utworów z krążka. Gdyby zmienić nazwę wykonawcy na Radiohead, 80% hipsterskiej populacji udostępniałoby w nieskończoność.






Mika - Life in Cartoon Motion (2007)
  1. Grace Kelly
  2. Lollipop
  3. My Interpretation
  4. Love Today
  5. Relax (Take It Easy)
  6. Any Other World
  7. Billy Brown
  8. Big Girl (You Are Beautiful)
  9. Stuck in the Middle
  10. Happy Ending

niedziela, 23 grudnia 2012

Tam, gdzie nie zamyka się pubów.


Irlandia to mekka niejednego miłośnika piwa - wielu pubów po prostu się nie zamyka. Oprócz sączenia stereotypowego Guinessa Irlandczycy obowiązkowo tupią nogą w rytm skocznych, folkowych melodii. A mają do czego przytupywać - dziś zapraszam na spopularyzowaną przez "Sherlocka Holmesa" w reżyserii Guya Ritchiego oraz przez EURO 2012 XIX wieczną piosenkę "Rocky Road to Dublin". Poniżej wersje: albumowa, koncertowa i specjalna, przygotowana na futbolowe Mistrzostwa Europy w Polsce i Ukrainie, szerzej znana jako "You'll Never Beat the Irish".





1. The Dubliners - Rocky Road to Dublin (The Dubliners with Luke Kelly, 1964)

wtorek, 18 grudnia 2012

Utwór: John Mayer - Ain't No Sunshine


Wychwalany TU, TU, TU, oraz TU artysta i podrywacz dokonał rzeczy niemal niemożliwej - wykonał cover, który podoba mi się bardziej niż oryginał. "Ain't No Sunshine" w interpretacji Mayera sprytnie ślizga się między gatunkami. Początkowo jazzowa gra gitary ewoluuje w kierunku bluesa, by dojść aż do mocno rockowych rejonów. Niezmiennie doskonała jest za to sekcja rytmiczna Jordan/Palladino, która idealnie wyczuwa intencje lidera. Replay wielokrotny.



John Mayer Trio - Ain't No Sunshine (Live Crossroads Guitar Festival 2010)

poniedziałek, 17 grudnia 2012

David Dietrich


Gdy dowiedziałem się od Eweliny jaki album zostanie moją "pracą domową" na kolejny z serii łączonych postów lekko spanikowałem. Pierwsza myśl która pojawiła się w mojej głowie to cytat z  99% amerykańskich seriali -  goddammit! David Bowie w mojej świadomości był jedynie Ziggym Stardustem, a znajomość jego twórczości ograniczała się do jednej płyty. Kiepski to początek...

"Ogarniętość to doskonałość", jak mawia Jakub Dębski. Mamy XXI wiek i google - jakoś dam radę. Ups. Polski internet niemal milczy na temat "Hunky Dory". Łapię się więc znajomych mi drobin, wręcz okruszków informacji, które mogą odsłonić proces powstawania tej płyty. Jest! Rick Wakeman, klawiszowiec Yes wziął udział w nagraniu trzech kompozycji na początku albumu - to już jakiś trop. Utwór pierwszy to zgrabny piano pop z dobrą aranżacją. "Oh! You Pretty Things" brzmi jak numer z późnego okresu The Beatles, różnicę robi jedynie śpiew Bowiego. Piosenka skrywająca się pod numerem trzecim to piękny dialog wokalu i bluesującej gitary na tle subtelnych akordów pianina. Wakeman może wykazać się dopiero w rozbudowanej i wielowątkowej kompozycji "Life On Mars".  Tu trop się urywa. Jednak wiedza faktograficzna okazuje się zbędna - płyty po prostu dobrze się słucha. Godnym szczególnej uwagi utworem jest przepięknie zaaranżowane "Fill Your Heart" - dźwięki pianina, smyczków, sekcji dętej i jazzowej perkusji tworzą lekką i zgrabną całość. Najbardziej przebojową piosenką z krążka jest "Andy Warhol" - mimo skromnego instrumentarium Bowie właściwie samym wokalem wyczarowuje niesamowity klimat, a linia melodyczna uparcie zamieszkuje w głowie na okres conajmniej tygodnia. Niestety, końcówka płyty jest zwyczajnie bezbarwna. Trzy ostatnie kompozycje zlewają się w jeden, nie wart zapamiętania twór.

Jak potraktować "Hunky Dory"? Dla mnie to jedna z tych płyt, które wymagają od słuchacza całkowitego zaangażowania. Dopiero przy pełnym skupieniu możemy dostrzec wartość trudnej do jednoznacznego sklasyfikowania twórczości Bowiego. Warto się z "Hunky Dory" zmierzyć, ale uwaga - Results May Vary.


David Bowie - Hunky Dory (1971)
  1. Changes
  2. Oh! You Pretty Things
  3. Eight Line Poem
  4. Life On Mars
  5. Kooks
  6. Quicksand
  7. Fill Your Heart
  8. Andy Warhol
  9. Song for Bob Dylan
  10. Queen Bitch
  11. The Bewlay Brothers

sobota, 15 grudnia 2012

Woodkid - Iron EP


Woodkid czyli Yoann Lemoine to nie tylko utalentowany reżyser wideoklipów Lany Del Rey, Rihanny, Moby'ego czy Katy Perry. To także jedno z muzycznych objawień 2011 roku, któremu wybaczę nawet koszmarny format EP. "Iron" to czteroelementowe, kompletne dzieło. 

Z powodu wyśmienitego klipu i wykorzystania "Iron" w trailerze gry, w dość krótkim czasie utwór stał się prawdziwym przebojem. Głos Woodkida silnie kojarzy mi się z Finkiem, jednak zupełnie inaczej prezentuje się warstwa instrumentalna. Nisko strojone kotły i różnorodne perkusjonalia oraz majestatyczna sekcja dęta budują pełen  patosu nastrój. Na takim tle tym ciekawiej brzmi ciepły wokal Lemoine'a. Numer drugi to oaza spokoju: podstawę kompozycji stanowi akustyczna gitara i pianino. Dęciaki zostały schowane, ale swoim brzmieniem nadają kompozycji szlachetnego rysu. Trzy minuty mijają w mgnieniu ucha i zanim zdążymy się pozbierać błyskawicznie przechodzimy do "Baltimore's Fireflies". Ta kompozycja od pierwszego przesłuchania wzbudziła we mnie filmowe skojarzenia - byłaby idealną ilustracją dla finałowej sceny w niejednym obrazie. Dynamiczne pianino, tym razem znów majestatyczna sekcja dęta i dźwięki elektrycznej gitary świetnie komponują się z ciepłym głosem Woodkida. "Wasteland" przynosi zupełnie inną rytmikę i strukturę kompozycji. Utwór powoli narasta - do dźwięków pianina i smyczków stopniowo dołączają poszczególne instrumenty dęte. Finał ponownie przenosi nas w świat muzyki filmowej, zachwyca dramatyzmem i rozmachem, by w pewnym momencie po prostu się urwać.

Do podstawowego zestawu czterech utworów dorzucono dwa remixy, które traktować należy jako ciekawostkę. EP-ka pozostawia słuchacza z uczuciem niedosytu: 14 minut znakomitej muzyki to po prostu za mało. Na całe szczęście artysta na tym mini-albumie nie poprzestał, o czym napiszę w jednym z kolejnych odcinków.





Woodkid - Iron EP (2011)
  1. Iron
  2. Brooklyn
  3. Baltimore's Fireflies
  4. Wasteland
  5. Iron (remix by Mystery Jets)
  6. Iron (remix by Gucci Vump)

czwartek, 13 grudnia 2012

Utwór: Red Hot Chili Peppers - Aeroplane


Czas urzędowania Dave'a Navarro w RHCP nie należy do moich ulubionych rozdziałów w historii papryczek. Okres ten miał jeden plus - wiodącą rolę w kompozycjach z "One Hot Minute" pełni bas. "Aeroplane" to prawdziwy popis Flea, w bardzo skąpym wymiarze uzupełniany przez dźwięki gitary. To jeden z tych utworów, które dzielnie opierają się upływowi czasu, do dziś brzmiąc świeżo i zadziornie. ♪ ♩ ♫ is my ✈ !




1. Red Hot Chili Peppers - Aeroplane (One Hot Minute, 1995)

poniedziałek, 10 grudnia 2012

Utwór: Black Rebel Motorcycle Club - Rifles


Uwielbiani przez autora TUTAJ i TUTAJ buntownicy goszczą dziś na łamach bloga z okazji chodzącego mi od tygodnia po głowie utworu z debiutanckiej płyty. "Rifles" to klasyczny rock, zbudowany na przestrzennym motywie gitar i naprawdę doskonałej grze gitary basowej. Uwaga: uzależnia!



Black Rebel Motorcycle Club - Rifles (B.R.M.C., 2001)

niedziela, 9 grudnia 2012

Illusion - IV: Bolilol Tour


Lata 90. przywykłem postrzegać jako najsmutniejszy okres w historii muzyki popularnej. Na  pustawym, ciemnym niebie świeci jednak kilka gwiazd, a Illusion jest najjaśniejszą w polskiej części firmamentu. Bohaterem dzisiejszego wpisu jest koncert zarejestrowany m.in. w Elblągu, w nieistniejącym już klubie Kazamaty. Na uwagę zasługuje nie tylko muzyka, ale też niesamowita atmosfera krążka.

Płyta zaczyna się ciężkim pochodem nisko strojonych gitar, które przechodzą w "Nóż". Riff jednego z największych przebojów grupy w wersji live po prostu miażdży słuchacza. Mocny przester, zachrypnięty i potężny wokal Lipy oraz brutalny tekst na długo pozostają w pamięci, podobnie jak absurdalne zapowiedzi lidera. 
"Kur**, jak ja tutaj kur** lubię grać! To jest najlepsze miejsce na świecie i choćbym się zesrał tak będzie! Następna piosenka jest... młodzieżowa!" 
"Fame" to również mocarna rifferka, zwieńczona kolejną piękną wypowiedzią ("Następna piosenka jest... następną piosenką!"). Spore wrażenie robi "W słomę rąk". Mocne brzmienie sekcji rytmicznej sąsiaduje z brutalnymi gitarami i świetnymi partiami solowymi. Lipa nie byłby sobą, gdyby nie popełnił kolejnego cudownego tekstu- zapowiedź do "BTS" pozostawiam jednak w zakresie indywidualnej ciekawości badawczej czytelników. Sam utwór to absolutny majstersztyk, niesamowicie brzmi duet przenikających się gitar i pulsujący, lekko przesterowany bas. Wokalista nie musi śpiewać - z powodzeniem robi to za niego publiczność. Na koniec utworu pojawia się jedna z tajemnic wszechświata- Lipa na cały głos krzyczy "Kiszczak!"... taki właśnie jest to koncert. Skąpany w oparach absurdu, z fanatyczną, znającą wszystkie teksty publicznością.
"To co ma nadejść" zasługuje na osobny akapit - utwór ten skupia w sobie wszystkie najlepsze cechy zespołu. Potężny riff, dobra sekcja rytmiczna i charakterystyczny wokal Lipnickiego na nowo definiują rockową balladę. Wartość dodaną stanowią gitarowe detale - flażolety, sprzężenia i kapitalne solo. 
"Następna piosenka wiadomo jest jaka - szybka po prostu. Po wolnej musi być szybka. Takie są zasady muzykowania"
Fakt - "Vendetta" to zupełnie inny klimat i tempo. "140" przerywa ciekawy incydent - awarii ulega mikrofon. Większość zespołów wycięłaby taką wpadkę z płyty, ale nie Illusion - wszystko musi być do bólu autentyczne. Po porcji sprzężeń i pisków zespół raz jeszcze odpala dynamiczną riffową maszynę. W dalszej części koncertu ma miejsce kolejna niecodzienna sytuacja - z powodu bójki przed klubem koncert zostaje przerwany (wszystko oczywiście jest dalej rejestrowane). Żeby było jeszcze ciekawiej:
"Chciałem powiedzieć, że ktoś kto ma malucha z takimi rejestracjami: GKO 5661 został właśnie skrojony. I stoi glina, ktoś po prostu się wjeb** do tego malucha, więc niech ktoś tam idzie to załatwi. No właśnie poj**y jakieś, palanty. (..) Kur**, powinni obcinać ręce."

Jak więc potraktować tę płytę? Na pewno jest to materiał o niesamowitej wartości dokumentalnej. Absurdalny klimat połowy lat 90. został tu bardzo wiernie oddany, niekonwencjonalne poczucie humoru zespołu bawi do dziś. Muzycznie krążek to porcja naprawdę wyśmienitego, mocno rockowego riffowania, które nie ma terminu ważności. Dla mnie to polska hard rockowa płyta numer jeden.


Illusion - IV: Bolilol Tour (1996)
  1. Intro
  2. Nóż
  3. Fame
  4. W słomę rok
  5. BTS
  6. Big Black Hole
  7. Nikt
  8. To co ma nadejść
  9. Vendetta
  10. 140
  11. Keff
  12. Kły
  13. Wojtek
  14. Don't Creep
  15. Na luzie
  16. Tylko

czwartek, 6 grudnia 2012

Hear The Hope - Holy XII


Panie i Panowie! Bardzo rzadko zdarza mi się omawiać wydawnictwa świeże bądź dopiero powstające. Dziś małe odstępstwo od reguły - debiutancka EP-ka Hear The Hope ujrzy światło dzienne 12 grudnia. Każdy użytkownik więcej niż dwóch szarych komórek zapyta - dlaczego opisuję dzieło, którego jeszcze nie ma? Raz, że z jego ogarnięciem warto zdążyć przed końcem świata, dwa - że po prostu znam tę muzykę z koncertów. HTH to nietypowe metalowe hałasowanie - skomplikowana rytmika, bogaty przekrój gitarowych technik i niegłupi tekst raczej nie przypadnie do gustu miłośnikom muzyki "trzy akordy/darcie mordy". W wersji live brzmi świetnie, warto zapolować na koncert choć uprzedzam - nie jest to rozrywka dla przeciętnego Kowalskiego. Polecam ogarnąć stronę bandu - http://hearthehope.bandcamp.com/ i niecierpliwie wypatrywać epki przez specjalne wydarzenie na FB


środa, 5 grudnia 2012

Utwór: AC/DC - It's A Long Way To The Top


AC/DC (czytaj: ace piorun dece) nigdy nie należało do moich ulubionych zespołów. W przypadku tego utworu zauroczył mnie klip - jadąca przez Melbourne odkryta ciężarówka z grającym zespołem to fenomenalny motyw. Niespotykanym detalem jest grający na dudach pierwszy wokalista grupy, Bon Scott, który urodził się i wychował w  Szkocji. Świetnie brzmi partia solowa, gdzie dźwięki dud i gitar uzupełniają się, prowadząc ciekawy dialog.  



1. AC/DC - It's A Long Way To The Top (T.N.T., 1975)

niedziela, 2 grudnia 2012

Utwór: Oasis - Wonderwall


Piosenka została napisana przez Noela Gallaghera i opowiadała o jego ówczesnej dziewczynie, Meg Matthews. Niestety, od rozstania pary w 2001 roku, opowiada już o czymś innym. Uciekając od tej dość absurdalnej sytuacji, to kawałek przedniego britpopu. Do takiej muzyki w radio, gdy śniadanie - tęskno mi Panie. 



1. Oasis - Wonderwall ( (What's the Story) Morning Glory, 1995)

środa, 28 listopada 2012

Sistars - A.E.I.O.U.


"Druga zwrotka, bo zawsze chciałem zacząć od środka" - rapował kiedyś Abradaab. Podobną logikę obrałem przy omawianiu płyt Sistars - drugi longplay formacji postanowiłem przybliżyć Wam w pierwszej kolejności. Uciekając od nadmiaru matematyczno- chronologicznych zawiłości szybko przejdźmy do bogatej w dobre dźwięki zawartości krążka. 

Rozpoczynający płytę utwór tytułowy to prawdziwy dynamit - pięknie brzmiąca perkusja z wyrazistym werblem napędza całą piosenkę, wtóruje jej plumkanie basu i syntezatorów, tworzące ciekawe tło dla świetnego wokalu sióstr Przybysz. Energetyczne dwie i pół minuty mija w mgnieniu ucha, by ustąpić miejsca rasowemu funkowi - świetne analogowe syntezatory, fenderowy clean i elektryczne pianino to Listen To Your Heart. Na największe uznanie w tym utworze zasługuje basista - urozmaicona wieloma technikami gra sprawia, że serce roście. Równie ciekawie prezentuje się Boogie Man, oparty na frapującej sekcji rytmicznej i dźwiękach elektrycznego pianina. Subtelniejsze brzmienia przynosi utwór czwarty i prezentujący pełen zakres wokalnego talentu Natalii Przybysz Inspirations. Balladę opartą na dźwiękach pianina i sekcji smyczkowej wieńczy rockowy finał, który pozytywnie mnie zaskoczył. Kolejnym wyśmienitym utworem jest zaczynający się dość złowieszczo Keep On Fallin'. Łagodne dźwięki organów, gitary akustycznej oraz głosy Sióstr kapitalnie współbrzmią w ramach ciekawej progresji akordowej. Numer ósmy oparto o żywą rytmikę, pianino oraz sekcje smyczkową, końcówkę wzbogacają samplowane dźwięki chóru. Skąd ja Cię mam i Dobranocka nie do końca trafiły w moje gusta; zupełnie inaczej postrzegam Na dwa. W przypadku tego utworu lekko ironiczny tekst nie ma zbytniego znaczenia - liczy się taneczna energia, która porywa do zabawy. Świetnym zwieńczeniem krążka jest My music, w którym na uwagę zasługują ciekawa aranżacja i wielogłosowe partie wokalne.

Być może w tym miejscu powinienem wymienić długą listę nagród zdobytych przez ten album i wspomnieć o znakomitej produkcji Bartka Królika i Marka Piotrowskiego. Nie to jednak w tej płycie jest najważniejsze. Pionierzy polskiego R'n'B stworzyli niemal godzinę kompozycji pełnych pozytywnej energii; co ważne, jest to muzyka na światowym poziomie. Całe szczęście, że zespół po kilkuletniej przerwie wznowił działalność - tak znakomity skład nie zasługuje na zapomnienie.





Sistars - A.E.I.O.U. (2005)
  1. A.E.I.O.U.
  2. Listen To Your Heart
  3. Boogie Man
  4. Life Line
  5. Inspirations
  6. Keep On Fallin'
  7. Pure Game
  8. U R Free
  9. Skąd ja Cię mam
  10. Dobranocka
  11. I'm Sorry
  12. Intovision
  13. Na dwa
  14. My Music

niedziela, 25 listopada 2012

Utwór: Black Label Society - Rust


Dziś coś z zupełnie innej beczki. Wspominany już kilkukrotnie Mojżesz z gitarą znów gości na łamach bloga, tym razem pod szyldem Black Label Society. Rust tekstowo okazuje się być kolejną wariacją na temat Koheleta. Muzycznie jest ciekawiej - klasyczna gitara i prosta perkusja tworzą spójne tło dla zachrypniętego wokalu Zakka Wylde'a. Największe wrażenie robią jednak high gainowe partie gitary, zwłaszcza nagrane w harmonii solo. Klimat posępny i mroczny aż miło.



1. Black Label Society - Rust (Stronger Than Death, 1998)

czwartek, 22 listopada 2012

Utwór: Cee Lo Green - F**K YOU/Forget You


Niepowtarzalny i jedyny w swoim rodzaju głos wspominanego TU, TU i TU duetu Gnarls Barkley od 2010 kontynuuje solową karierę. Cee Lo Green, bo o nim mowa, to sprytny prowokator - pod kontrowersyjnym tytułem sprzedaje nam niemal wyjęty z lat 60. chwytliwy soulowy kawałek. Skojarzenia z brzmieniem wytwórni Motown są zupełnie na miejscu.



1. Cee Lo Green - F**K YOU! (The Lady Killer, 2010)


Radiowa edycja singla, pozbawiona uroczego wyrażenia tłumaczonego w listach dialogowych jako "motyla noga" lub "kurczę pieczone".



2. Cee Lo Green - Forget You (The Lady Killer, 2010)

Wersja - ciekawostka: zespół wokalisty tworzą same urocze... Panie. 



3. Cee Lo Gren - Fuck You ( Live at Later With Jools Holland, 2010)

sobota, 17 listopada 2012

Jimi Hendrix - Band of Gypsys


Dobra recenzja powinna być obiektywna. Dzisiejszy wpis będzie więc bardzo złą recenzją. Do tej płyty po prostu nie umiem podejść obiektywnie. Nie wiem, czy istnieje taka możliwość - gitarowy geniusz Hendrixa i najpełniej brzmiąca sekcja rytmiczna jaką znam sprawiają, że zupełnie mimowolnie stawiam tej płycie pomnik.

Band of Gypsys zagrał jedynie pięć koncertów - cztery w Filmore East i jeden w Madison Square Garden. Jak widać, tyle wystarczy by stworzyć rockowe arcydzieło. Nie jest to wyłącznie zasługa Jimiego Hendrixa. Buddy Miles na perkusji i wokalu oraz Billy Cox na gitarze basowej wnieśli coś, czego brakowało "białej" sekcji The Jimi Hendrix Experience - soulową ekspresję i improwizacyjną swobodę. Włączmy utwór pierwszy - Who Knows to tak naprawdę jeden riff i przekrój możliwości tria - gitarowa maestria, soulowa wokaliza Milesa i psychodeliczna końcówka. Machine Gun jest jednym z najlepszych instrumentalnie protest songów. Zamiast smęcącego barda z akustyczną gitarą atakuje nas arsenał bluesowych zagrywek, przeradzających się w dziką feerię dźwięków imitujących spadające bomby i karabiny maszynowe. Ten utwór to chyba jedyny pozytywny skutek wojny w Wietnamie - tych niemal trzynastu minut mogę słuchać w nieskończoność. Bardziej żwawe Changes to solidna pozycja, blednąca jednak przy kompozycji czwartej. Już od pierwszych dźwięków byłem "kupiony". Ciepły crunch po kilku taktach zmienia się w ostro zniekształcone przez wah-wah i fuzz solo, wybrzmiewające na tle fenomenalnego basowego riffu. W języku polskim nie ma odpowiednika słowa groove -  nie ośmielę się być słowotwórcą, ale moim zdaniem Power to Love najlepiej oddaje ideę doskonałej współpracy między basistą a perkusistą. Szaloną improwizacją jest  Message To Love - Hendrix osiąga tu apogeum swoich technicznych możliwości. Inaczej przedstawia się utwór ostatni - nasycony soulem i niesamowitym feelingiem po prostu urzeka. 

Śmiało można nazwać Band of Gypsys najlepszą koncertową płytą w historii rocka. To zapis czystego geniuszu, błysku talentu i improwizacyjnej fantazji. Okazuje się, że aby stworzyć niezapomniany show nie potrzeba wyreżyserowanego w każdym detalu, pełnego fajerwerków spektaklu. Wystarczy dobra muzyka.

PS. Zupełnie nieprzypadkiem recenzja pojawiła się też na blogu Eweliny.


Jimi Hendrix - Band of Gypsys (1970)
  1. Who Knows
  2. Machine Gun
  3. Changes
  4. Power To Love
  5. Message To Love
  6. We Gotta Live Together

piątek, 16 listopada 2012

Utwór: Antoine Dufour - Memories of the Future


Goszczący już na łamach bloga kanadyjski gitarzysta to niesamowicie ciekawa postać. Do gry na gitarze używa...tipsów. W zasadzie czegoś na kształt tipsów. Tak naprawdę...nie wiem jak nazwać przyklejone do paznokci prawej ręki gitarowe kostki spiłowane tak, by wygodnie trącać nimi struny. Ciekawy jest również rezultat tych zabiegów - kompozycje skrzące się od wirtuozerii, pełne flażoletów i perkusyjnych zagrywek. Antoine Dufour z pewnością jeszcze nie raz umili nam wieczór. 



1. Antoine Dufour - Memories of the Future (Development, 2007)

poniedziałek, 12 listopada 2012

Utwór: Ozzy Osbourne - Crazy Train



Jeden z najbardziej charakterystycznych głosów rocka miał niesamowite szczęście do wybitnych gitarzystów.  Najpierw ponad dekada spędzona z mistrzem metalowych riffów, Tonym Iommim, następnie przerwana tragicznym wypadkiem współpraca z Randy'm Rhoadsem, później obfita w świetne kompozycje przygoda z Zakkiem Wylde'm. Piosenka na dziś to wspólne dzieło Osbourne'a i Rhoadsa. Dynamiczny riff, melodyjne zwrotki i wspaniałe gitarowe solo to cechy charakterystyczne kompozycji; wpływ muzyki klasycznej na grę Rhoadsa aż "rzuca się w uszy". Poniżej oraz dwie wersje koncertowe: z Randym i Zakkiem Wylde'm, który dorzucił swoje muzyczne trzy grosze do tej kompozycji (flażolety!). 




1. Ozzy Osbourne - Crazy Train (live After Hours TV Show, 1981)
2. Ozzy Osbourne - Crazy Train (Live at Budokan, 2002)

The White Stripes - Icky Thump


Cztery lata po bestsellerowym Elephant światło dzienne ujrzało Icky Thump.  Pochodzące z okolic Lancashire gwarowe określenie wyrażające zdziwienie stało się nie tylko tytułem płyty, ale też najlepszą jej recenzją. Ten krążek zadziwia, i to z wielu powodów. 

Po pierwsze zawiera świetny otwieracz. Utwór tytułowy zawiera wszystko to, co w muzyce Jacka White'a najlepsze - energię, świetne riffy i jazgotliwe solówki. Numer drugi zaskakuje sposobem powstania - najpierw reżyser Emmet Malloy wymyślił koncepcję teledysku, do którego Jack White napisał piosenkę. W epoce MTV świat rzeczywiście staje na głowie... Po Conquest utwierdzamy się w tym przekonaniu - trąbka i wariacja na temat flamenco w wykonaniu duetu zupełnie dezorientuje słuchacza. Myśleliście, że to koniec? Skądże. W Prickly Thorn, But Sweetly Worn, jednej z lepszych na płycie kompozycji słyszymy tym razem dudy i mandolinę. Na kolejną dobrą pozycję musimy czekać aż do numeru dziesiątego - I'm Slowly Turning Into You to pięknie brzmiące Hammondy i wyśmienita, charakterystyczna solówka z zastosowaniem efektu Whammy. Jednak moim faworytem jest zdecydowanie Catch Hell Blues. Przede wszystkim za brzmienie - przesterowana gitara slide i surowa perkusja budują niepowtarzalny klimat. Co ciekawe, ostatnim gitarzystą tak mocno traktującym grę slide był Jimmy Page (!). 

Elephant był płytą doskonałą, Icky Thump jest po prostu nierówną. Błysk geniuszu, zgrzyt miałkości. Dla kilku jasnych punktów warto jednak sięgnąć po ten krążek. Silnie naznaczony osobowością Jacka White'a, pełen energii i dobrych riffów. Po prostu w białe paski.


The White Stripes - Icky Thump (2007)
  1. Icky Thump
  2. You Don't Know What Love Is (You Just Do as You're Told)
  3. 300 M.P.H. Torrential Outpour Blues
  4. Conquest
  5. Bone Broke
  6. Prickly Thorn, But Sweetly Worn
  7. St. Andrew (This Battle Is in the Air)
  8. Little Cream Soda
  9. Rag and Bone
  10. I'm Slowly Turning Into You
  11. A Martyr for My Love for You
  12. Catch Hell Blues
  13. Effect and Cause

piątek, 2 listopada 2012

Utwór: Deep Purple - Perfect Strangers


W dniu dzisiejszym kontynuujemy trójkowy trop - "Perfect Strangers" po raz pierwszy usłyszałem w zestawieniu "Top Wszechczasów" w 2004 roku. Największe wrażenie zrobiło na mnie rozedrgane, mocarne brzmienie organów Hammonda, za którymi zasiadał zmarły w 2012 roku Jon Lord - tak potężnej energii z klawiatury nie umiał wykrzesać nikt przed nim. Sam utwór to typowa dla Deep Purple mieszanka mocnych riffów, melodyjnego refrenu i lekko orientalnych klawiszy. Czy da się zrobić to lepiej?

1. Deep Purple - Perfect Strangers (Perfect Strangers, 1984)

Frontman Deep Purple, Ian Gillan jest ulubionym wokalistą Bruce'a Dickinsona - najbardziej znanego jako głos Iron Maiden. W 1995 roku połączył siły z progresywno-metalowym Dream Theater, by wykonać "Perfect Strangers" inaczej. Lepiej? Ciężko to rozstrzygnąć. Na pewno organy Hammonda są bardziej przesterowane, gitara brzmi potężniej, oraz w przeciwieństwie do oryginału w końcówce nasze uszy raczy gitarowe solo. Warto sprawdzić.



2. Dream Theater & Bruce Dickinson - Perfect Strangers (live at BBC, 1995)

czwartek, 1 listopada 2012

Utwór: Bee Gees - How Deep Is Your Love


Zainspirowany trójkową "Listą Nieobecności" postanowiłem dziś przypomnieć o czasach, gdy nawet w absolutnie mainstreamowych piosenkach pop ocierano się o sztukę. Wyjątkowy talent do świetnych kompozycji posiadali bracia Gibb - Barry oraz nieżyjący już Robin i Maurice. "How Deep Is Your Love" z setek utworów utrzymanych w konwencji disco wyróżnia się strukturą akordową - złożoną i nieoczywistą. Dokładając do tego analogowe syntezatory i falsetowe harmonie wokalne otrzymujemy definicyjny evergreen, który o wiele lat przeżyje swoich twórców.


1. Bee Gees - How Deep Is Your Love (Saturday Night Fever: The Original Movie Sound Track, 1977)

Jako ciekawostkę zamieszczam cover wykonany przez Johna Frusciante podczas koncertu w paryskim klubie La Cigale w 2006 roku. Warto zwrócić uwagę na ilość i stopień skomplikowania akordów granych przez gitarzystę - majstersztyk.



2. John Frusciante - How Deep Is Your Love (Live at La Cigale, 2006)

Led Zeppelin - Led Zeppelin II


W 2011 roku George F. Blackburn, 64 letni mieszkaniec stanu Missouri, rozwodząc się ze swoją trzecią żoną zmienił imię i nazwisko na Led Zeppelin II. Wcale mnie to nie zdziwiło - ta płyta zasługuje na wszelkie formy upamiętnienia i uwielbienia. Nie znam najlepszych momentów krążka według Leda Zeppelina Drugiego, wiem natomiast, co u mnie powoduje szybsze bicie serca.

Płyta powstawała podczas trasy promującej pierwszy album, w sposób niezwykle spontaniczny i chaotyczny. Nagrywano go w przerwach między koncertami, korzystając z wielu studiów nagrań w Stanach Zjednoczonych, Kanadzie oraz Europie; nad całością procesu rejestracji osobiście czuwał Jimmy Page. Numer pierwszy to stały bywalec wszelakich rankingów i zestawień - zna go każde dziecko w wieku przedszkolnym. Pominę kwestię niejednoznacznych odgłosów wydawanych przez Roberta Planta i ich wpływu na umysły 6-latków... Utwór drugi to łagodny blues w zwrotce i energiczny hard rock w refrenie. Aż ciężko uwierzyć, że kiedyś było to nowatorskie rozwiązanie.W "The Lemon Song" wyróżnia się doskonały bas, podczas gdy w "Thank You" na uwagę zasługują jedynie organy Hammonda. Esencją rocka jest dla mnie "Heartbreaker" - riff prosty, oczywisty, ale jakże energetyczny i wpadający w ucho! Utworu 6 bardzo nie lubił Jimmy Page - uważał go za zabyt słaby i nie pasujący do albumu. Ciekawym urozmaiceniem i pewną zapowiedzią przyszłych dokonań jest akustyczne "Ramble On", inspirowane prozą J.R.R. Tolkiena. Utwór ósmy składa się z genialnego riffu i równie powalającego perkusyjnego sola Johna Bonhama. Kończący płytę "Bring It On Home" to wiązanka klasycznego bluesa, hard rockowych riffów, histerycznego śpiewu Planta i dźwięków przesterowanej harmonijki ustnej. 

Płyta - legenda. Nagrana w pośpiechu i "z doskoku" jest moim zdaniem więcej warta niż tuzin współczesnych przeprodukowanych i wypieszczonych krążków. Energia, pomysłowość oraz wysoka klasa popisów instrumentalnych to wystarczające argumenty za zmianą nazwiska na Led Zeppelin II przynajmniej na kilka odsłuchań. 


Led Zeppelin - Led Zeppelin II (1969)
  1. Whole Lotta Love
  2. What Is and What Should Never Be
  3. The Lemon Song
  4. Thank You
  5. Heartbreaker
  6. Living Loving Maid
  7. Ramble On
  8. Moby Dick
  9. Bring It On Home

sobota, 27 października 2012

Utwór: Jan Bo - Moja Wolność


Jan Borysewicz to z pewnością jeden z najwybitniejszych polskich gitarzystów i kompozytorów rockowych. Tytułowy utwór z trzeciej płyty muzyka to wspaniała hendrixiada - niosący riff rodem z "Band of Gypsys", zagrane z użyciem efektu wah-wah sola i kapitalna gra sekcji Pilichowski-Jabłoński sąsiaduje z (delikatnie mówiąc) średnim wokalem Borysewicza. Poniżej utwór oraz fragment telewizyjnego wywiadu zarejestrowanego tuż przed wydaniem krążka. Po krótkiej rozmowie następuje improwizacja na dwie gitary akustyczne, największy zachwyt budzi jednak "odlotowe" studio.


1. Jan Bo - Moja Wolność (Moja Wolność, 1995)

piątek, 26 października 2012

Utwór: Leszek Możdżer & Sinfonia Varsowia - Polskie drogi


Nie przepadam za Unią Europejską, jednak gdyby nie ona i polska prezydencja w 2011 roku nie doszłoby do skutku opisywane dziś wykonanie kompozycji Andrzeja Kurylewicza. Najlepszy polski pianista jazzowy, renomowana orkiestra i najbardziej rozpoznawalny dyrygent, czyli Adam Sztaba wydobywają cały urok tego znakomitego utworu. Ciąg dalszy spotkań z muzyką Andrzeja Kurylewicza wkrótce.



1. Leszek Możdżer & Sinfonia Varsovia - Polskie drogi (live Warszawa, 2011)

czwartek, 25 października 2012

Black Stone Cherry - Black Stone Cherry


Założeniem bloga jest opisywanie dobrych płyt i utworów. Czasami trafiają się arcydzieła - dzisiejsza płyta z pewnością do nich NIE należy. To solidna rockowa pozycja, która w tych trudnych muzycznie czasach przywraca mi wiarę w młodzież. Krążek wyraźnie inspirowany dokonaniami Pride&Glory nagrało bowiem czterech długowłosych panów, z których najstarszy w chwili wydania płyty miał... 23 lata. Przyjrzyjmy się uważnie niespełna 50 minutom na wskroś amerykańskiego hard rocka. 

Grunt to mocne otwarcie - połączenie przesterowanych gitar, solidnych riffów i rytmicznych zabaw przykuwa uwagę; po dodaniu melodyjnego refrenu i blues rockowego sola "Rain Wizard" zostaje murowanym kandydatem do miana przeboju. Mniejszy entuzjazm wzbudza utwór drugi, dopiero "Lonely Train" powoduje gwałtowny skok ciśnienia. Niby nic nowego, wszystkie chwyty dobrze już znamy, ale słucha się znakomicie. Bardziej dynamiczne jest "Maybe Someday" oparte na wiązance znakomitych riffów. Perełką na albumie jest bez wątpienia "Crosstown Woman", które po 20-sekundowym beznadziejnym początku przechodzi w najciekawiej zaaranżowaną kompozycję na płycie. Niosąca gra sekcji rytmicznej w zwrotkach została przełamana melodyjnym refrenem; smaczkiem jest dobór brzmień i gra gitary slide. O soft rockowe klimaty zahacza "Hell and High Water", ubarwione konwencjonalnym, acz miłym dla ucha solem. Powrót do pełnej energii przychodzi wraz z "Violator Girl" - świetny riff, wysmakowana solówka i walec a'la Pride&Glory w okolicach 2:33 - "To lubię!", rzekłby Mickiewicz. W utworze 11 przychodzi czas na gościnny występ grającego ze Steviem Ray'em Vaughanem Reese'go Wynansa, który Hammondowymi plamami urozmaica naprawdę dobrą kompozycję; na słowa uznania zasługuje też wokal Chrisa Robertsona, operującego zachrypniętym, mocnym, rockowym głosem. 

Słowo najlepiej oddające charakter tej płyty to "solidność". Czwórka z Kentucky odpowiednio dobiera proporcje pomiędzy mocarnymi riffami, melodyjnymi refrenami i bazującymi na bluesie solówkami. Debiutancki album Black Stone Cherry nie zapisze się złotymi zgłoskami w historii rocka, ale na pewno może być swoistą odtrutką na ziejący pustką i czekający na kolejne wydawnictwa dinozaurów rynek muzyczny.





Black Stone Cherry - Black Stone Cherry (2006)
  1. Rain Wizard
  2. Backwoods Gold
  3. Lonely Train
  4. Maybe Someday
  5. When the Weight Comes Down
  6. Crosstown Woman
  7. Shooting Star
  8. Hell and High Water
  9. Shapes of Things
  10. Violator Girl
  11. Tired of the Rain
  12. Drive
  13. Rollin' On

środa, 24 października 2012

Utwór: B.B. King & Gary Moore - Thrill Is Gone


Po dłuższej przerwie spowodowanej biurokracją i chaosem panującym u dostawcy usług internetowych blog powraca do swojej pożądanej częstotliwości. Z okazji come backu (nie mylić z coming outem) postanowiłem wydobyć na światło dzienne niezwykły gitarowy duet. Utwór na dziś to nieśmiertelny przebój "Króla Bluesa", wykonany na londyńskim koncercie Gary'ego Moora. Nikogo nie dziwi głęboki, zachrypnięty głos Kinga, niczym specjalnym jest też liczny zespół i sekcja dęta. Urok tego wykonania polega przede wszystkim na "pojedynku" dwóch wielkich bluesowych gitar: inaczej brzmiących i posługujących się różnymi technikami, ale jednakowo zachwycających. O czystą magię ociera się gitarowy dialog pomiędzy czwartą a dziewiątą minutą, podczas którego King i Moore te same dźwięki wydobywają w zupełnie inny sposób, nacechowany indywidualnym stylem i feelingiem.



1. B.B. King & Gary Moore - Thrill Is Gone (Live Blues, 1993)

sobota, 13 października 2012

Utwór: Perfect - PePe Wróć


Gospodarka permanentnego niedoboru okresu schyłkowego PRL zaznaczyła się w historii także muzycznie. Na sklepowych półkach brakowało nie tylko produktów przemysłowych czy spożywczych, ale też... piwa pełnego, które zostało uwiecznione w piosence pod tajemniczym akronimem "PePe". Wyposażeni w tą wiedzę możemy zabierać się do interpretacji przezabawnego tekstu i zachwytów nad bluesowym feelingiem gitarowego duetu Hołdys/Urny.

Perfekt - Pepe Wróć

1. Perfect - PePe wróć (PePe wróć SP, 1981)

piątek, 12 października 2012

John Coltrane - Blue Train


Na przestrzeni całej mojej edukacji jedną z najbardziej zabawnych kwestii wydaje mi się być periodyzacja dziejów. Anglicy w jednym słowie określają wydarzenia przełomowe jako "milestones" - właśnie ten wyraz wydaje mi się być szczególnie znaczącym w kontekście bohaterki dzisiejszego odcinka - płyty "Blue Train".

John Coltrane z powodu problemów z narkotykami i alkoholem został wyrzucony z zespołu Milesa Daviesa. Wydarzenie to spowodowało przyspieszenie decyzji o rozpoczęciu solowej kariery saksofonisty. Po uporządkowaniu spraw osobistych podpisał kontrakt z wytwórnią Blue Note i na jeden dzień zamknął się z Lee Morganem, Curtisem Fullerem, Kenny'm Drew, Paulem Chambersem i Phily Joe Jonesem w Van Gelder Studio. Historycy jazzu klasyfikują drugi w solowej dyskografii muzyka alnum do nurtu hard bop - bazującego na częstych zmianach rytmu i rozbudowanych, acz melodyjnych improwizacjach. Uciekając od suchych słownikowych pojęć - obcujemy z jazzem żywiołowym, opartym na bluesie, wolnym od awangardowych naleciałości tak charakterystycznych chociażby dla nurtu cool jazzu. Od pierwszego obrotu płyty słychać niesamowite zgranie zespołu, swobodę w improwizacji i płynne przechodzenie od partii solowych do głównych tematów utworów. Właśnie w nich ujawnia się w pełni talent Coltrane'a jako kompozytora - "Blue train" czy "Lazy Bird" do dziś są jednymi z najchętniej granych podczas jam sessions standardów! Co więcej - wirtuozeria w grze Coltrane'a czyni ten album niesamowitym dokonaniem instrumentalnym. Jego frazowanie i wyczucie melodii sprawiają, że nawet nie rozsmakowany w jazzie słuchacz spędzi miłe godziny w towarzystwie tego krążka. 

Podsumowując - ta płyta to moje jazzowe nagranie wszechczasów. Dała początek wielkim sukcesom Coltrane'a, podłożyła też podwaliny pod kolejne wielkie tytuły - "Giant Steps" i nagrane z Milesem Daviesem "Kind of Blue". Pozycja obowiązkowa. 




John Coltrane - Blue Train (1957)
  1. Blue Train
  2. Moment's Notice
  3. Locomotion
  4. I'm Old Fashioned
  5. Lazy Bird

wtorek, 25 września 2012

Utwór: The Chantels - Maybe


Lata komunizmu wyrządziły niesamowite szkody nie tylko polskiej mentalności i gospodarce, ale także kulturze. Jak bowiem inaczej wytłumaczyć fakt, że nawet tak nowoczesne medium jak internet w wydaniu polskim milczy na temat The Chantels? Postanowiłem zatem przybliżyć największy przebój pierwszego odnoszącego sukcesy czarnego zespołu - "Maybe". Ta wielokrotnie coverowana (poniżej) piosenka, została zaaranżowana w stylu doo-wop - o którym również polski internet wie niewiele. Ogólnym założeniem tego nurtu rythm and bluesa był podział na wykonującego zwrotkę solistę oraz śpiewający w tle nic nie znaczące słowa zespół wokalny. Wykonawców doo-wopowych będę sukcesywnie przybliżał na łamach strony.


1. The Chantels - Maybe (1957)


Piosenkę The Chantels coverowało wielu artystów, m.in. Janis Joplin. Najciekawsza wydaje mi się wersja Johna Frusiante, zarejestrowana na koncertowym dvd Live At Slane Castle. Muzyk czysto dociera do niesamowicie wysokich dźwięków, poza tym niepowtarzalnego uroku wykonaniu dodaje atmosfera całego koncertu i żywiołowo reagująca publiczność. 



2. John Frusciante - Maybe (Live At Slane Castle, 2003)

niedziela, 23 września 2012

Utwór: Alvin Lee & Ten Years After - Love Like a Man


Jak już kilkukrotnie wspominałem, uważam Alvina Lee za jednego z najbardziej niedocenionych i niezauważonych gitarzystów w historii. Dziś zapraszam na jeden z największych przebojów współtworzonego przez muzyka Ten Years After - "Love Like a Man" to niosący riff, banalny tekst i oczywiście zapierająca dech gra solowa. Szybkość, technika, wyczucie melodii i piękne brzmienie Gibsona ES-335 to cechy rozpoznawcze Alvina Lee. Szkoda tylko, że znane tak małej ilości osób. 



1. Alvin Lee & Ten Years After - Love Like a Man ( Cricklewood Green, 1970)

piątek, 21 września 2012

John Frusciante - Letur-Lefr EP


Zazwyczaj unikam recenzowania świeżych wydawnictw. I pomimo, że prezentowana dziś EP-ka istnieje na rynku dopiero od 17 lipca, to dla mnie jest już krążkiem dobrze znanym. Każdemu, kto miał styczność z poprzednimi dokonaniami Johna Frusciante chcę już w tym miejscu zakomunikować: dziś to zupełnie inny artysta. 

Zwrot stylistyczny w przypadku tego muzyka nie jest jednorazowym fenomenem - to złożony i trwający od 2007 roku proces. Od dłuższego czasu Frusciante chciał skierować swoje wysiłki w kierunku muzyki elektronicznej; omawiane dziś wydawnictwo to pierwsza tak wyraźnie utrzymana w nurcie acid house'u i synth popu pozycja artysty. Otwierające krążek "In Your Eyes" to wręcz progresywny synth pop - mnogość struktur rytmicznych oraz dźwięków syntezatorów czy automatów perkusyjnych z lat 80. i 90. tworzy naprawdę intrygujące tło dla wciąż niesamowitego głosu Frusciante, któremu towarzyszy małżonka - Nicole Turley. Dominująca na poprzednich albumach gitara została jednym z wielu instrumentów budujących kompozycję, nie ma mowy o miażdżącym, trwającym kilka minut solowym wymiataniu. W "Day 909" pokręcony bit jest doskonale uzupełniony przez brzmienie instrumentów klawiszowych. Najbardziej kojarzącym się z dotychczasowymi dokonaniami Frusciante jest instrumentalne "Glowe". Samplowany operowy śpiew i wyraźnie hip-hopowy bit to wyróżniki "FM", gdzie rolę wokalisty przejmuje raper Rugged Monk. W synth popowe rejony ponownie zabiera nas "In My Light"; ponownie fascynuje bogactwo rozwiązań rytmicznych i brzmieniowych. 

Na 24 września zapowiedziano premierę utrzymanego w podobnej stylistyce albumu długogrającego. Po wielokrotnym przesłuchaniu EP-ki pokochałem to oblicze Frusciante - jest to świadoma eskapada na terytoria do tej pory obce dla muzyka. Próżno zatem czekać funk rocka a'la Red Hot Chili Peppers, kameralnych piosenek rodem z "Curtains" czy eksperymentalnego popu a'la "Shadows Collide With People". "Letur-Lefr" jest bardzo świeżą próbą odczytania muzyki pop przez pryzmat analogowych syntezatorów i automatów perkusyjnych. Naprawdę świetna epka.




John Frusciante - Letur- Lefr EP (2012)
  1. In Your Eyes
  2. 909 Day
  3. Glowe
  4. FM
  5. In My Light

środa, 19 września 2012

Sistars - Live at Duży Pokój


Ciekawostka na dziś to fragment próby zespołu podczas przygotowań do Orange Warsaw Festival 2011. Klip nakręcono w salonie domu Pauliny Przybysz; jest to miks dwóch równocześnie kręconych mastershotów. Od strony muzycznej - czuć, jaką radość daje Sistars granie. Dynamiczna sekcja rytmiczna, świetne klawisze, funkująca gitara i jedne z najlepszych polskich głosów - czy komukolwiek trzeba polecać ten zespół?  



Sistars - Live at Duży Pokój (2011)
  1. A.E.I.O.U.
  2. Listen To Your Heart