wtorek, 31 stycznia 2012

Utwór: The Moody Blues - Nights In White Satin


1. Nights In White Satin (Days of Future Passed, 1967)

Przyobiecałem kiedyś przybliżać pomnikowe dla muzyki popularnej utwory, nie mogłem zatem nie omówić kiedyś tej piosenki. Pionierzy rocka symfonicznego w powszechnej świadomości zapisali się głównie dzięki "Nights In White Satin". Prosta ballada nabiera rozmachu dzięki partiom melotronu, fletu, kosmicznemu pogłosowi i bardzo emocjonalnemu wokalowi Justina Haywarda. Mimo komercyjnego sukcesu singla i upływu czasu kompozycja nie straciła nic ze swojego uroku i nadal rozkłada na łopatki większość współczesnych "love songs". Moim zdaniem pozycja obowiązkowa.

PS. Wszystkich zainteresowanych także techniką procesu nagrywania i władających pięknym językiem angielskim odsyłam na stronę soundonsound.com- znalazłem tam naprawdę dokładny artykuł na temat powstania tego utworu. 


sobota, 28 stycznia 2012

Utwór: Franz Ferdinand - Take Me Out


1. Franz Ferdinand - Take Me Out (Franz Ferdinand, 2004)

Drugi singiel z debiutanckiego albumu Szkotów nie jest czymś ekstremalnie zaskakującym. Dynamiczny początek utworu, potem dobre zwolnienie i w bardziej tanecznym rytmie bawimy się aż do końca przy dość banalnym tekście. Podsumowując - solidny, porządnie zagrany indie rock. Czemu więc zaistnieli na łamach tej strony? Za pomocą kapitalnego teledysku. Zainspirowany Busby'm Berkely'm i animacją Terry'ego Gilliama (Monty Python), nakręcony z typowo brytyjskim poczuciem humoru ("this could die") sprawia, że należy tą piosenkę traktować jako syntezę obrazu i dźwięku. Wtedy to stuprocentowo warta poznania pozycja zarówno dla miłośnika muzyki, jak i animacji. 


piątek, 27 stycznia 2012

Bobby McFerrin - Simple Pleasures


Bobby McFerrin - Simple Pleasures (1988)

  1. Don't Worry, Be Happy
  2. All I Want
  3. Drive My Car
  4. Simple Pleasures
  5. Good Lovin'
  6. Come To Me
  7. Suzie Q
  8. Drive
  9. Them Changes
  10. Sunshine Of Your Love
Dziś coś z zupełnie, zupełnie innej beczki. Album będący moim osobistym szokiem muzycznym nr. 1- wszystkie dźwięki znajdujące się na tym krążku zostały wygenerowane przez Bobby'ego McFerrina, jest to zatem płyta nagrana bez udziału żadnego instrumentu poza ludzkim głosem. I chociażby z tego powodu warto posłuchać "Simple Pleasures" i potraktować ją jako ciekawostkę lub jako kawałek naprawdę wielkiej sztuki.

Płyta jest zbiorem autorskich kompozycji artysty i ciekawych zarówno w doborze, jak i w wykonaniu coverów. Otwiera ją najbardziej rozpoznawalna piosenka McFerrina, optymistyczne aż do bólu zębów "Don't Worry, Be Happy". Utwór niecnie (bez zgody artysty) wykorzystany przez George'a Busha Seniora przy okazji jego kampanii prezydenckiej daje próbkę niesamowitego poczucia humoru kompozytora, które ujawnia się szczególnie podczas występów na żywo. Przy okazji "All I Want" warto wspomnieć, że ten jazzowy wokalista jest jednym z prekursorów beat boxu (zajmuje się tym także jeden z jego synów). Kolejna piosenka to cover klasycznej kompozycji Beatlesów; przy utworze tytułowym zaczyna się ciężej przyswajalna część płyty. Krótko mówiąc- miłość albo nienawiść. W moim przypadku fascynacja niesamowitą techniką wokalną i różnorodnością barw ("Good Lovin'"), r'n'b a capella ("Come To Me"), czy modulowanymi dźwiękami tła, przywodzącymi na myśl dźwięk drumli ("Suzie Q", "Them Changes"). Melodia "Drive" straszliwie wchodzi w głowę, a moje serce (jako gitarzysty) skradł cover "Sunshine Of Your Love" zespołu Cream. Bobby McFerrin za pomocą jedynie głosu sam "zagrał na wszystkich instrumentach"- odwzorował nawet solo gitarowe z użyciem efektu wah- wah.

Pewnym jest, że McFerrin przeniósł śpiew jazzowy na zupełnie inny poziom. Wszystkich zaintrygowanych odsyłam do "The Voice"- płyty artysty z 1984 roku, nagranej na tzw. "setkę", czyli za jednym podejściem, bez dogrywek i overdubbingu. Wszystkich niezaintrygowanych odsyłam do dwóch klipów zamieszczonych poniżej. Płyta z pewnością warta polecenia i dobra na początek przygody z muzyką McFerrina- zawiera kilka utworów o przebojowym potencjale, nie ma eksperymentalnego charakteru i zawiera olbrzymi ładunek pozytywnej energii. 










wtorek, 24 stycznia 2012

Utwór: David Lee Roth - Yankee Rose


1. Yankee Rose (Eat 'Em and Smile, 1986)

Zbliża się mały jubileusz (3000. odwiedzający); z tej i jeszcze owej okazji dziś nieco mniej poważnie. Serio potraktowane lata 80. to moim zdaniem najgorszy okres w dziejach muzyki; jednakże na widok tych bardzo męskich wdzianek uśmiech sam wpełza na usta. David Lee Roth, wcześniej wokalista Van Halen, swego czasu zmontował zespół złożony z doskonałych instrumentalistów, m.in. gitarzysty Steve'a Vai oraz basisty Billy'ego Sheehana. Efekt? Przezabawny glam rock. "Yankee Rose" kocham za "gadającą" gitarę na początku utworu oraz arcykiczowaty teledysk. Viva la szpagaty, homowdzianka i tapirowane fryzury!

poniedziałek, 23 stycznia 2012

Utwór: Gary Moore - Parisienne Walkways


1. Parisienne Walkways (live at ???, 199x)

W dniu dzisiejszym wracam do bluesa w wykonaniu postaci najbardziej chyba w historii muzyki popularnej niedocenianej. Wersja "Parisienne Walkways", na którą dziś zapraszam pochodzi z koncertu Gary'ego Moora z orkiestrą, data i miejsce niestety owiane są dla mnie tajemnicą (jeżeli ktoś dotrze do tych informacji, proszę o kontakt). Absolutna kontrola nad dźwiękiem i niesamowity zakres muzycznej ekspresji sprawiają, że twórczość Irlandczyka pozostaje (mam nadzieję, że także pozostanie) wciąż żywa. Dziś zapraszam na degustację, danie główne w innym odcinku.


sobota, 21 stycznia 2012

Linkin Park - A Thousand Suns


Linkin Park - A Thousand Suns (2010)
  1. The Requiem
  2. The Radiance
  3. Burning In The Skies
  4. Empty Spaces
  5. When They Come For Me
  6. Robot Boy
  7. Jornada Del Muerto
  8. Waiting For The End
  9. Blackout
  10. Wretches And Kings
  11. Wisdom, Justice, And Love
  12. Iridescent
  13. Fallout
  14. The Catalyst
  15. The Messenger
Koniec z polityką, wracamy do muzyki. Dziś zapraszam na płytę, która miała zagościć tu już dawno temu. Przy okazji "Greatest Hits I" zespół Queen określiłem "bogami studia"; przy nagrywaniu "Bohemian Rhapsody" zarejestrowali ponad 200 śladów wokalnych, co przy ówczesnej 24- ścieżkowej metodzie nagrywania powodowało konieczność nieustannego łączenia kilku ścieżek w jedną. Słowem- praca Queen w studiu to kilometry taśm, godziny spędzone nie tylko na rejestrowaniu, ale też na przegrywaniu śladów wobec niedoskonałości techniki. I jeżeli chodzi o wysiłek włożony w produkcję studyjną, to Linkin Park są Queen dnia dzisiejszego. 

Tytaniczną pracę słychać na ostatnim jak dotąd albumie grupy - "A Thousand Suns". Każdego, kto spodziewa się schematu "rapowana zwrotka/krzyczany refren/trochę ognia i siarki" muszę z przyjemnością zaskoczyć- czwarta płyta Linkin Park to pop. Momentami pełen tanecznych rytmów, z domieszkami alternatywnego rocka, rapu, potężną dozą elektroniki i nutką inspiracji U2. Kolejne zdziwienie - jest to concept album, opowiadający o lękach człowieka związanych z postępem cywilizacji- przed zagładą świata w wojnie atomowej, robotyzacją, maszynami; temat dość oklepany, jednak przy dobrej muzyce nawet to jest wybaczalne. Właśnie, muzyka...

Po pierwsze- album rozłożony na piosenki nie powinien istnieć. Takich płyt należy słuchać w całości, tylko to pozwala na ich pełnowartościowy odbiór. Zaczyna się od elektronicznego wprowadzenia w postaci "The Requiem"/"The Radiance" z samplowanym fragmentem przemówienia Roberta J. Oppenheimera, płynnie przechodzącego w najbardziej przebojowe "Burning In The Skies". Brak rapu, taneczny rytm, pianino, solo gitary- przed tą płytą żadnego z tych elementów nie przyporządkowałbym do Linkin Park. "When They Come From Me" to rodzaj hołdu dla Public Enemy, jednego z pionierskich składów hiphopowych. Największe wrażenie na mnie poza coraz lepszym rapem Shinody wywarła wokaliza Chestera Benningtona w końcówce utworu. Kolejny utwór to absurdalnie wręcz zgrana progresja akordowa (chociażby "Hey Joe" Hendrixa), która zyskuje jedynie w końcówce dzięki partii syntezatora, przechodzącej w "Jornada Del Muerto". Po niej następuje flirt zespołu ze stylem... ragga. "Waiting For The End" przynosi jamajski rytm, harmonie wokalne w refrenie i mnóstwo wspaniałych detali. Koszmarnie popowe brzmienie syntezatora i wspaniały scream Chestera Benningtona to "Blackout"; w roli wokalisty występuje tu także przed tym albumem jedynie rapujący Mike Shinoda. Fragmentem przemowy Mario Savio rozpoczyna się "Wretches and Kings", najbardziej hip-hopowy kawałek na płycie. "Wisdom, Justice, and Love" to fragment wystąpienia Martina Luthera Kinga, częściowo przetworzonego przez vocoder na tle akordów pianina i subtelnej elektroniki, który intrygująco przechodzi w "Iridescent"- singlowy pewniak, w którym na uwagę zasługują trzy rzeczy. Pierwsza to fakt, że Linkin Park posiada dwóch równorzędnych wokalistów, druga to gitara w stylu The Edge'a z U2, a trzecia to zaśpiewany całym zespołem refren pod koniec utworu. "Fallout" to ostro potraktowane elektroniką "Burning In The Skies", będące wprowadzeniem do pierwszego singla z płyty - "The Catalyst", który zaskakuje po całości. Aranżacją wokali, tekstem, żywą acz kosmicznie przetworzoną perkusją i natłokiem syntezatorów, prowadzącym do opartej na dźwiękach pianina i wielogłosach kody. "The Messenger" to akustyczna ballada, która zyskuje przede wszystkim dzięki wysokiej barwie głosu Benningtona.

Linkin Park jest zespołem mainstreamowym, co nie odbiera im prawa do wydawania bardzo dobrych albumów. Na pewno płyta na przekór dawnemu, wypracowanemu stylowi, od którego mogli odcinać kupony. Mnie kupili detalami (tu powracamy do Queen)- na każdy utwór przypada ogromna liczba ścieżek, widać wielką staranność w procesie tworzenia i produkcji płyty. Polecam zapoznać się z całym albumem, a następnie obejrzeć dwie rzeczy, pozwalające w pełni zrozumieć moją fascynację:

1. Wizytę w domowym studiu Mike'a Shinody- nie zniechęcajcie się faktem, że "to tylko raper":




2. Dokument zaglądający za kulisy produkcji albumu:

ACTA


Prowadzony przeze mnie blog jest poświęcony muzyce, a w sensie węższym - płytom i utworom muzycznym. Wobec grożącego nam wszystkim koszmaru po wprowadzeniu ACTA, pozwoliłem sobie na jeden jedyny post, będący swobodnym komentarzem na ten temat.

1. Jest to prawo uchwalane za naszymi plecami. Sposób prac nad tą umową międzynarodową skrytykował w specjalnej rezolucji Parlament Europejski. Nieznana jest jego zgodność z unijnym prawem, a Rada UE wyraziła zgodę na przyjęcie ACTA podczas Rady ds. Rolnictwa i Rybołóstwa (!).

2. Już wyjaśniam związek poruszonej dziś tematyki z zawartością bloga. Wmawia się nam, że ściągając pirackie kopie albumów muzycznych okradamy biednych, głodujących artystów. Oddajmy głos Muńkowi Staszczykowi, liderowi T.Love:  
" Z koncertów tak rocznie, jak patrzę na PIT, mam 350-400 tysięcy, z tantiem około pół miliona, a z płyt 50 tysięcy" [Źródło - "Twój Styl", wywiad z 2010 roku ]

Po dokonaniu niezbyt skomplikowanych obliczeń matematycznych wychodzi, że zarobki z płyt stanowią ok. 5% dochodu artysty. Tak więc naprawdę jest to procent znikomy- jednak ściganie ludzi za pobranie z sieci kilku utworów ma być w myśl ACTA możliwe, jeżeli nie sądownie, to np. porzez odłączenie internetu.

3. Fakt jest faktem- piractwo to kradzież, nawet w niewielkim wymiarze. Ale z drugiej strony...czy wyobrażacie sobie mierzenie spodni tylko przez sprawdzenie głębokości kieszeni albo założenie jednej nogawki? Bo do czego można porównać zakup albumów muzycznych tylko na podstawie usłyszenia jednego, świetnego singla czy bazując na dostępnych na stronie wytwórni próbkach? Po przesłuchaniu płyty stwierdzacie, że jest słaba. Ale czy możecie ją oddać z tego powodu? Spodnie po ponownej przymiarce w domu możecie zwrócić lub wymienić, płytę niestety nie, chociaż jej stan materialny po jednokrotnym przesłuchaniu jest identyczny. Czy to jest uczciwe? 

4. ACTA nie broni artystów. ACTA broni interesów korporacji. Sztandarowym wręcz przykładem jest płyta "In Rainbows" zespołu Radiohead. Została ona za darmo udostępniona w sieci, każdy kto chciał, mógł wnieść dowolną opłatę. W okresie od premiery we wrześniu 2007 do listopada 2007 płytę pobrało 1 500 000 użytkowników sieci ze średnią opłatą 2 USD za kopię. Razem daje to 3 000 000 USD czystego zysku (praktycznie brak kosztów dystrybucji) dla ZESPOŁU. Nie dla wytwórni, managerów, hurtowni i sklepów płytowych, tylko dla ZESPOŁU. Płytę potem wydano też w tradycyjnej formie i osiągnięto wyniki porównywalne ze sprzedażą poprzedniego, konwencjonalnie wydanego albumu Radiohead. Wniosek? Darmowy obrót nie tylko nie generuje strat, podnosi wręcz zainteresowanie muzyką i zwiększa zyski. 

5. Na koniec od siebie - przesłuchałem w swoim krótkim życiu tysiące płyt. Większość z nich najpierw pobrałem z sieci, by dopiero po dokładnym poznaniu ich zapolować na wydanie winylowe bądź cd. Nie stać mnie na zakup 30-40 płyt na miesiąc- niestety nie zarabiam jak "cierpiący za miliony" artyści. Wiele muzyki jest także zwyczajnie w Polsce niedostępnej. Wprowadzenie regulacji prawnych w stylu ACTA uważam za śmieszne- nawet średnio rozgarnięty gimnazjalista wie, jak je obejść- chociażby poprzez programy takie jak Free Music Zilla, umożliwiające pobieranie plików z odtwarzaczy bazujących na flash i java script (popularne Youtube czy wrzuta.pl, lub stacje radiowe nadające online). O wiele sensowniejsze są rozwiązania proponowane przez niektórych eurodeputowanych już w poprzedniej kadencji PE - obniżenie podatku vat na książki i płyty czy darmowe udostępnianie płyt w internecie pod warunkiem obejrzenia kilkuminutowej reklamy to z pewnością lepszy pomysł, niż przerażająca w zakresie kontrola aktywności użytkowników sieci, narzucana przez ACTA. 

Gorąco apeluję do każdego, kto spędził na tej stronie choć 10 sekund - podpisujcie petycje, proście o interwencję posłów i senatorów z Waszego okręgu wyborczego- wiele zależy od nas, internautów. 


czwartek, 19 stycznia 2012

Utwór: The Black Keys - Just Got To Be


1. Just Got To Be (Magic Potion, 2006)

Dzięki troszkę awangardowym poczynaniom znajomych przy dźwiękach duetu z Ohio, dziś ponownie zapraszam na odrobinę blues rockowych nutek. Widoczne wpływy hard rocka lat 70. nie odbierają piosence uroku, przepięknie brzmi wzbogacona fuzzem gitara; dla mnie jednak największą moc ma perkusja- wysoko strojona, surowa i idealnie współgrająca z riffem. Ostatnie to utwory przed epoką współpracy z Danger Mouse'm, warto nacieszyć oczy i uszy tym stylem Black Keys, który ulegnie przeobrażeniu na "Attack & Release", ale to już zupełnie inna beczka...

środa, 18 stycznia 2012

Utwór: Alvin Lee & Ten Years After - I'd Love To Change the World


1. I'd Love To Change the World (A Space In Time, 1971)

Wczoraj na rozgrzewkę Hugh Laurie wspaniale sparodiował wszelakie protest songi; tropem cokolwiek skojarzeniowym dziś zapraszam na taki właśnie utwór. Absurdalnie naiwny tekst niektórych wzrusza, innych bawi do łez, warto jednakże odstawić na bok lirykę i skupić się na warstwie muzycznej. A tutaj można długo rozprawiać na temat mistrzostwa Alvina Lee w gitarowej ekspresji; gdyby zabrakło partii gitary, w zasadzie nie byłoby czego słuchać- ot, kolejna balladka okresu hipisów. Na całe szczęście pomimo dewaluacji wartości pokolenia dzieci-kwiatów pozostała muzyczna perełka, którą można zachwycić się niezależnie od światopoglądu.

wtorek, 17 stycznia 2012

Hugh Laurie - Let Them Talk


Hugh Laurie - Let Them Talk (2011)

  1. Saint James Infirmary
  2. You Don't Know My Mind
  3. Six Cold Feet
  4. Buddy Bolden's Blues
  5. Battle Of Jericho
  6. After You've Gone
  7. Swanee River
  8. The Whale Has Swallowed Me
  9. John Henry
  10. Police Dog Blues
  11. Tiptina
  12. Winin'Boy Blues
  13. They're Red Hot
  14. Baby, Please Make A Change
  15. Let Them Talk
W przypadku tej płyty obowiązuje jedna zasada: zasłaniamy okładkę i wyrzucamy ze świadomości imię i nazwisko autora. Nie, to nie jest doktor House, ani tym bardziej "śpiewający aktor", pragnący dorobić. Aby oczyścić wizualnie wypraną przez serial stacji Fox świadomość, włączamy to: 


Po lekko humorystycznej rozgrzewce fragmentem wyśmienitego "A Bit of Fry & Laurie" możemy przystąpić do samego krążka, który jest starannie opracowanym zbiorem bluesowych klasyków. Laurie nie tylko śpiewa, ale gra również na gitarze oraz pianinie i nie jest to lichy akordowy akompaniament. Wystarczy wsłuchać się w dźwięki otwierającego płytę "Saint James Infirmary" by zrozumieć, że nagranie "Let Them Talk" to nie przypadek; niesamowitym smaczkiem jest musicalowa aranżacja autorstwa Allena Toussainta. Niezwykłym klimatem i gitarą slide urzeka "Six Cold Feet", natomiast nowoorleańska sekcja dęta to niepodważalny atut "Buddy Bolden's Blues". Zupełnie inny nastrój ma "Battle of Jericho"- tradycyjna pieśń czarnych niewolników; tu  w przepięknej aranżacji prym wiodą skrzypce. W szóstym na płycie utworze wokalnie udziela się Dr.John- "After You've Gone" to przywodzący ponownie nowoorleańskie, nieco jazzujące skojarzenia blues. Po dynamicznym "Swanee River" spokój przynosi akustyczne "The Whale Has Swallowed Me". Kolejny znamienity gość to Irma Thomas w "John Henry" i chociażby dla tego jednego utworu warto zapoznać się z "Let Them Talk". Kolejna piosenka to zaaranżowana jedynie na wokal,  gitarę akustyczną i kontrabas miniatura, przypominająca mi "Don't Want You Woman" Alvina Lee. Zachwycająca rozmachem sekcji dętej, rytmem, detalami, a przede wszystkim energią jest "Triptina"; dwie następne kompozycje to dość przeciętne wykonania klasyków Jelly Rolla Mortona i Roberta Johnsona. "Baby, Please Make A Change" przynosi wokalne popisy Lauriego, Toma Jonesa i Irmy Thomas, natomiast wieńczący płytę utwór tytułowy to wolny blues z organami Hammonda.

"Let Them Talk" przede wszystkim świetnie się słucha. Nie da się wyczuć, że większość kompozycji ma około 100 lat, nadal jest to żywa i z ogromną pasją zagrana muzyka. A że tą płytę wydał akurat Hugh Laurie? Tym lepiej. Więcej przyciągniętych gębą House'a na okładce ludzi sięgnie po ten pełen świetnych utworów krążek i być może wykona pierwszy krok na ścieżce bluesa. Tylko się cieszyć.

niedziela, 15 stycznia 2012

Utwór: Robert Plant - Shine It All Around


1. Shine It All Around (Mighty Rearranger, 2005)

Bardzo nieprawdopodobna piosenka. Robert Plant od rozpadu Led Zeppelin nieustannie próbuje odciąć się od prezentowanej przez ten legendarny zespół stylistyki, co (na całe szczęście) nie zawsze mu wychodzi. Pochodzący z wydanej w 2005 rocku płyty "Mighty Rearranger" utwór urzeka zeppelinową perkusją, riffem którego nie powstydziłby się sam Jimmy Page i świetną produkcją. Nad wszystkim jednak króluje i tak głos Planta- niższy niż w latach 70., ale niezmiennie charakterystyczny i porywający. 




sobota, 14 stycznia 2012

Black Rebel Motorcycle Club - Baby 81


Black Rebel Motorcycle Club - Baby 81

  1. Took Out a Loan
  2. Berlin
  3. Weapon Of Choice
  4. Window
  5. Cold Wind
  6. Not What You Wanted
  7. 666 Conducer
  8. All You Do Is Talk
  9. Lien On Your Dreams
  10. Need Some Air
  11. Killing The Light
  12. American X
  13. Am I Only
Czwarta długogrająca płyta czołowych reprezentantów "nowej rockowej rewolucji" przynosi wypadkową ich poprzednich dokonań: połączenie żywiołowego, surowego rock 'n' rolla oraz znanego z "Howl" folku i country bluesa. Album zaciekawia właśnie tym, wydawałoby się, wyświechtanym połączeniem- na jednym krążku możemy doświadczyć ekstremalnych gitarowych ścian dźwięku a'la The Stooges, folkowych piosenek, których nie powstydziłby się Bob Dylan oraz niemal Lennonowskich ballad. Ale po kolei...

Płytę rozpoczyna mocne uderzenie- brudne, gitarowe "Took Out a Loan" to naprawdę dobry kawałek hałasu z końcówką przywodzącą na myśl The Jesus and Mary Chain. Przebojowy "Berlin" także obfituje w rozkosznie noise'owe partie gitar, panowie Hayes, Turner i Jago dawno nie grali tak rock 'n' rollowo. Inną stylistykę przynosi "Weapon Of Choice": połączenie akustycznej i elektrycznej gitary w dynamicznym utworze  sprawdza się wyśmienicie. Piosenka numer cztery, której akordy wprost przywodzą na myśl twórczość Johna Lennona, prezentuje bardziej balladowe oblicze BRMC; zaraz po niej następuje "Cold Wind"- mroczna wycieczka w rejony niemal grunge'owe. Mój zdecydowany faworyt z płyty to "666 Conducer"- idealna synteza wszystkich klimatów kiedykolwiek odwiedzanych przez zespół. Dynamiczny rytm przypomina pierwsze dwie płyty, akustyczna gitara wskazuje na "Howl", a przestrzenna aranżacja to profesorski majstersztyk. Bob Dylan pozdrawia nas bardzo serdecznie przy okazji "All You Do Is Talk"; natomiast dziewiątka to kolejny mój ulubieniec z krążka: melodia sama zakrada się do głowy i nie chce wyjść, ponadto te świetnie brzmiące partie gitary... "Killing Tthe Light" to synteza wszystkich wspomnianych wyżej wpływów z przewagą Dylana, ale zaśpiewać i zagrać to w ten sposób mogli tylko Black Rebel. Sercem krążka jest rozpolitykowane "American X", które chyba dość nieprzypadkowo trwa 9 minut i 11 sekund... misternie skonstruowana kompozycja intryguje zwłaszcza gitarowym tłem i wyczuwalnym podskórnie niepokojem. Najpiękniejszym z możliwych zakończeniem jest "Am I Only"- akustyczna ballada, która wspaniale narasta aż do rockowego refrenu.

Przy słuchaniu takich płyt warto wdzięcznie westchnąć w kierunku inżynierów, którzy wymyślili odtwarzanie płyt w pętli. Dzięki nim nie musimy ciągle naciskać "replay", a przy albumach takich jak "Baby 81" jest to niemalże odruch. Kwintesencja rock 'n' rolla w jego szorstkiej, naturalnej odsłonie, która bez zbędnych fajerwerków porywa słuchacza. 

czwartek, 12 stycznia 2012

Utwory: Zakk Wylde - Machine Gun Man/As Dead As Yesterday


1. Machine Gun Man (live MTV Unplugged, 199x)

Złote czasy MTV dawno już minęły- dziś tą "muzyczną" stację kojarzymy raczej z rozmaitymi urągającymi intelektowi reality show. Na całe szczęście w latach 90. ogrom świetnych rejestracji przyniosła seria Unplugged. Pozostając w bluesowym klimacie zapraszam na znany z krążka "Pride & Glory" utwór "Machine Gun Man". Zakk Wylde, wtedy jeszcze niemetalizujący, w wydaniu akustycznym urzeka mocą swojego głosu, niepozbawionego jednocześnie subtelności. Aż chce się przytoczyć propagandowy slogan o 200% normy- tu jest ona przekroczona o jeszcze większą wartość.


2. As Dead As Yesterday (Pentatonic Hardcore, (?1994-98?) )

Zazwyczaj instruktażowe widea/dvd nagrywane przez znanych gitarzystów służą wyłącznie zarobieniu kilku dolarów na małoletnich fanach. W przypadku "Pentatonic Hardcore" (cóż za romantyczna nazwa!) jest podobnie- większość demonstracji służy zaszokowaniu widza prędkością palców i niemożliwością dźwięków wydobywanych przez Zakka z legendarnego już Les Paula Bullseye. Jest natomiast jedna akustyczna perełka- "As Dead As Yesterday" z płyty "Book of Shadows"; zagrana na 12-strunowej gitarze ballada powala nie tylko (w myśl tytułu dvd) gitarowo. Głos Wylde'a, naprzemian mocny i delikatny, wywiera niesamowite wrażenie. Beardless Zakk, wróć!

środa, 11 stycznia 2012

The Black Keys - Thickfreakness


The Black Keys - Thickfreakness (2003)

  1. Thickfreakness
  2. Hard Row
  3. Set You Free
  4. Midnight in Her Eyes
  5. Have Love Will Travel
  6. Hurt Like Mine
  7. Everywhere I Go
  8. No Trust
  9. If You See Me
  10. Hold Me in Your Arms
  11. I Cry Alone
Czego potrzeba, by nagrać dobry album? Jak udowadnia "Thickfreakness" zbędne są tłumy inżynierów dźwięku oraz muzyków sesyjnych, nie potrzeba też kosmicznie wyposażonego i horrendalnie drogiego studia, producentów czy kwartetu smyczkowego. W przypadku The Black Keys, czyli perkusisty Patricka Carneya i gitarzysty/wokalisty Dana Auerbacha, wystarczą: piwnica, ponad 20 letni rejestrator Tascam 388 oraz pomysły. W surowych warunkach powstała bardzo szorstka, garażowa lecz niesamowicie dopracowana płyta.

Pochodzący z Akron w stanie Ohio duet umiejętnie łączy bluesa z brzmieniem garażowych, protopunkowych zespołów z lat 70. Najbardziej przebojowy jest początek płyty; słysząc riff utworu tytułowego aż chce się wykrzyknąć: dlaczego nikt nie wymyślił tego wcześniej?! Gra Auerbacha pomimo prostoty i naturalności nie wpada w banał; zadziorności dodaje oparte na potężnym fuzzie brzmienie, ujmujące zwłaszcza w solówkach ("Hard Row", "Midnight in Her Eyes"); co ciekawe pomimo tego, że tylko w jednym utworze dodano partie basu, nie mamy wrażenia pustki - wszystkie utwory pomimo skromnej aranżacji są prawdziwymi emocjonalnymi bombami. Duży udział w tym ma nieco "czarny" głos Dana Auerbacha: mocny, zachrypnięty, niemal definicyjnie bluesowy. Najwyraźniej słychać to w przywodzącym na myśl Sona House'a  "I Cry Alone". Bardzo osadzone w bluesowej tradycji są także "If You See Me" czy zagrane z użyciem techniki slide "Hold Me in Your Arms". Krytycy muzyczni często zwracali uwagę na podobieństwo muzyki The Black Keys oraz innego "garażowego" duetu - The White Stripes. Największą różnicę stanowi perkusja: Meg White zaczęła bębnić dla zabawy i nie jest zawodową perkusistką, stąd w muzyce "Pasków" przeważają proste rytmy; Patrick Carney gra również prosto, lecz z dużą świadomością instrumentu. Rytmy są nieoczywiste ("No Trust"), urozmaicane duszkami ("Thickfreakness") czy świetnymi przejściami ("Set You Free"). 

Głos, gitara, perkusja. Z pozoru mały arsenał w rękach sprawnych i obdarzonych ogromną wyobraźnią muzyków zachowuje się niczym trójnitrorezorcynian ołowiu- powoduje istną eksplozję dobrej muzyki. Pomimo nieco oldschoolowej stylizacji album jest świeży, tchnący ekspresją i niekłamanymi emocjami. Dobry punkt wyjścia do poznawania dalszej twórczościu duetu.

poniedziałek, 9 stycznia 2012

Utwór: The White Stripes - I Fought Piranhas


1. I Fought Piranhas (The White Stripes, 1999)

Były kiedyś bezmięsne poniedziałki, teraz "nową świecką tradycją" nadszedł prawie-bluesowy-styczeń. Po Steviem Ray'u Vaugnanie i porządnej dawce  interpretacji "Little Wing" czas na coś bardziej współczesnego, lecz mocno zakorzenionego w tradycji. Ostatni na debiutanckiej płycie Pasków "I Fought Piranhas" urzeka przede wszystkim kompozycyjną prostotą zaczerpniętą z delta bluesa i świetną, klimatyczną gitarą slide. Cała płyta poziomem nie dorównuje "Elephantowi", ale ten wyróżniający się utwór został koncertowym klasykiem grupy na lat kilka. 

niedziela, 8 stycznia 2012

Utwór: The Beatles - I'll Follow the Sun


1. I'll Follow the Sun (Beatles for Sale, 1964)

Piosenka pochodząca z czwartego studyjnego albumu Czwórki z Liverpoolu (jakaż matematyczna prawidłowość!), jednak skomponowana o wiele wcześniej- bootlegowe wersje datowane są na 1960 rok. Wyraźnie słyszalne wpływy muzyki Boba Dylana nie odbierają piosence charakterystycznego dla Anglików rysu- to właśnie z takimi utworami kojarzą mi się "wcześni" Beatlesi. 

sobota, 7 stycznia 2012

The Mars Volta- De-Loused in Comatorium



The Mars Volta- De-Loused in Comatorium
  1. Son et Lumière
  2. Inertiatic ESP
  3. Roulette Dares (The Haunt Of)
  4. Tira Me a las Arañas
  5. Drunkship of Lanterns
  6. Eriatarka
  7. Cicatriz ESP
  8. This Apparatus Must Be Unearthed
  9. Televators
  10. Take the Veil Cerpin Taxt
Czy ktokolwiek zastanawia się czasami nad twórcami okładek? Niby "You can't judge a book by looking at the cover", lecz nie zawsze i nie do końca. Moim ulubieńcem jest Storm Thorgeson, który swoimi zdjęciami i grafikami opatrzył niejedną wybitną płytę- jego nazwisko równa się niemalże dobrej/bardzo dobrej muzyce. Także omawiana dziś "De-Loused in the Comatorium" posiada okładkę sygnowaną przez członka Hypgnosis. Parafrazując klasyka: "Ludwiku Dornie i Psie Sabo- idźcie tą drogą!".

The Mars Volta to zespół, który wyewoluował z post-punkowego At-The-Drive-In, do tego dołóżmy fascynację Led Zeppelin, Frankiem Zappą i Pink Floyd, jazzową rytmikę oraz latynoskie pochodzenie wokalisty (Cedric Bixler-Zavala) i gitarzysty (Omar Rodriguez-Lopez) i otrzymujemy niemożliwą wręcz do zdefiniowania mieszankę.

Rys wikipedystyczny na temat De-Loused: Historia w nim przedstawiona oparta jest na opowiadaniu napisanym przez wokalistę zespołu i inżyniera dźwięku Jeremy'ego Michaela Warda; jest to godzinna historia opowiadająca o Cerpinie Taxt'ie, mężczyźnie, który usiłuje popełnić samobójstwo poprzez przedawkowanie morfiny. W rezultacie tej próby zapada w tygodniową śpiączkę, podczas której doświadcza wizji ludzkości i swej własnej psychiki. Po przebudzeniu przepełniony jest niezadowoleniem ze świata realnego i zabija się. Historia Cerpina Taxta oparta jest na życiu i samobójczej śmierci przyjaciela Bixlera-Zavali z El Paso - Julio Venegasa. W miesiąc przed wydaniem albumu zespołowy inżynier dźwięku, Jeremy Michael Ward, zmarł prawdopodobnie z powodu przedawkowania heroiny.

Album z pokręconą historią w tle; straszliwie dziwne są też teksty. Jeżeli myślicie, że znacie piękny język angielski, to ta płyta uświadomi Wam, że jesteście w błędzie. Kosmiczny zasób słownictwa łączonego wbrew wszelakim regułom, znaczeniowo często na zasadzie makabreski sprawia, że aby zrozumieć (czy to w ogóle możliwe?) trzeba zaopatrzyć się w potężny słownik. Hiszpański i łaciński także, gdyż Cedric śpiewając płynnie przechodzi pomiędzy angielskim, hiszpańskim a łaciną (!). Warstwa wikipedystyczna i werbalna za nami, cóż przynosi muzyka?

Całość. Pomimo łatwo odnajdywanych wpływów album jest spójny i ustanawia zdecydowanie nową jakość w muzyce progresywnej. Brak tu kojarzących się z tym nurtem nudy i kiczu, jest czysta energia i erupujący wulkan pomysłów. Nie ma nawet mowy o wymienianiu poszczególnych utworów (chociaż kilka ma niemal singlowy potencjał), dlatego wspomnę nieco zawodowo o grze Omara Rodrigueza. To chyba jeden z niewielu gitarzystów, którzy nienawidzą...gitary. Jak twierdził w kilku wywiadach z gitarą "prowadzi wojnę" i chce, "by brzmiała jak wszystko, tylko nie gitara". Odnośnie samych technikaliów- to jeden z nielicznych artystów namiętnie stosujących nierozwiązane dysonanse, często grający trytonami. Słychać w jego grze echa Roberta Frippa czy jazzowych gigantów takich jak John McLaughlin; jednakże latynoskie korzenie decydują o specyfice artykulacji kojarzącej się z muzykami grającymi salsę (zwłaszcza z Larry'm Harlowem). Warto zatem szczegółowo wsłuchać się w ten instrument za kolejnym przesłuchaniem płyty, a dociekliwym polecam albumy Omar Rodriguez Quintet.

Zdaniem wielu to najlepsza wydana do tej pory płyta XXI wieku. Moim- jedna z najciekawszych, przede wszystkim bardzo różna od znanych przeze mnie do tej pory pozycji. Na pewno przeczy śmierci swojego gatunku i fascynuje różnorodnością brzmień, klimatów i emocji. Mam nadzieję, że za kilkanaście lat będzie to klasyk. 


piątek, 6 stycznia 2012

Utwór: Little Wing


Dziś zapraszam na jedną z najlepszych rockowych ballad w wielu odsłonach:

1. Jimi Hendrix (Axis: Bold As Love, 1967)

Wykonanie kompozytora mimo upływu lat wciąż zachwyca, zwłaszcza w wersji live.


2. Stevie Ray Vaughan (Soul to Soul, 1985)

Najlepsza zdecydowanie interpretacja instrumentalna, okraszona promocyjnym video Fendera. Dla miłośnika bluesa i okolic ten klip to prawdziwa uczta, a gra SRV to wyższy poziom wtajemniczenia. Dla mnie zdecydowany faworyt. 


3. Yngwie Malmsteen, Joe Satriani, Steve Vai (G3 Live in Denver, 2004)

Pomijając potępieńczą grę Skandynawa bardzo ciekawa i miła dla ucha wersja; techniczny majstersztyk Steve'a Vai (również śpiewa) oraz wysmakowane solo Satrianiego sprawiają, że warto poznać tą wersję "Little Wing". 


4. Carlos Santana, Joe Cocker (Guitar Heaven, 2010)

Jeden z moich ulubionych głosów, nie mogłem przeoczyć tej wersji w takim jak dzisiejsze zestawieniu. Typowa dla Santany aranżacja nie szkodzi piosence, po prostu odkrywa kolejne jej oblicze.  


5. Dla wytrwałych i dociekliwych:

środa, 4 stycznia 2012

Utwór: The Jezabels - A Little Piece


1. A Little Piece (Dark Storm EP, 2010)

Podążając tropem zespołów z Australii dziś zapraszam na koszmarnie przebojowych The Jezabels- indie-popowy (cokolwiek to oznacza) kwartet z Sydney. Piosenkę "A Little Piece" poznałem oczywiście przez przypadek i polubiłem za wspaniale brzmiącą gitarę z efektem delay. Dodając zwykłe (w dobrym, nieelektronicznym tego słowa znaczeniu) pianino i ciekawy głos wokalistki, otrzymujemy naprawdę zacny pop. Roście serce, może kiedyś doczekam takiej muzyki w radiu? 

wtorek, 3 stycznia 2012

Stevie Ray Vaughan & Double Trouble - Texas Flood


Stevie Ray Vaughan & Double Trouble - Texas Flood (1983)

  1. Love Struck Baby (Vaughan)
  2. Pride and Joy (Vaughan)
  3. Texas Flood (Larry Davis, Joseph Wade Scott)
  4. Tell Me (Howlin' Wolf)
  5. Testify (The Isley Brothers)
  6. Rude Mood (Vaughan)
  7. Mary Had a Little Lamb (Buddy Guy)
  8. Dirty Pool (Doyle Bramhall, Vaughan)
  9. I'm Crying (Vaughan)
  10. Lenny (Vaughan)
Wyrażenie "producent muzyczny" w dzisiejszych czasach brzmi dość koszmarnie. Na całe szczęście dawno, dawno temu, za górami, lasami i Atlantyckimi Oceanami żył John H. Hammond- odkrywca m.in. Arethy Franklin, Boba Dylana czy Bruce'a Springsteena. Nie wystawiając inteligencji czytelnika na zbyt wielką próbę kronikarsko stwierdzę, że to m.in. dzięki niemu usłyszeliśmy o Stevie'm Ray'u i "Texas Flood"- demie, które stało się kultową płytą.

Porządkując całą historię: SRV i Double Trouble podczas koncertu na Montreux Jazz Festival w 1982 roku zostali zauważeni przez Jacksona Browne'a, który zaprosił ich na trzydniową sesję do swojego studia w Los Angeles. Trio zamierzało nagrać porządne demo, które planowali wysyłać do wytwórni płytowych. Jak wspomina basista Double Trouble, Tommy Shannon
Tak naprawdę był to duży magazyn z betonowymi podłogami i porozwieszanymi gdzie popadnie dywanami; znaleźliśmy mały kącik, rozstawiliśmy się w kręgu i graliśmy zupełnie jak na koncercie. *
Pierwszy dzień zajęło rozstawianie sprzętu i jego konfiguracja; drugiego dnia zespół nagrał dwa utwory, a trzeciego osiem. Co wręcz niesamowite na tak gitarowej płycie- na brzmienie Stevie'go Ray'a Vaughana składały się jedynie SRV no.1 strat, Tube Screamer i dwa wzmacniacze: Fender Vibroverb oraz głowa i kolumna Dumble. Jak na bluesową w rodowodzie płytę przystało, część kompozycji to utwory autorskie, a część to standardy- tak jak chociażby tytułowy "Texas Flood" (pełen wykaz kompozytorów powyżej). Zarejestrowane w tak wyścigowym tempie demo dostał w swoje ręce wspomniany na początku John H. Hammond i zainteresował nim odpowiednie osoby. Zaowocowało to podpisaniem kontraktu z Epic; materiał zarejestrowany w studiu Browne'a zrobił takie wrażenie na dyrekcji wytwórni, że zdecydowano się tylko na ponowną rejestrację wokali i mastering. Na pierwszy singiel z płyty wybrano "Love Struck Baby"- piosenkę kojarzącą mi się z Chuckiem Berry'm, opartą na klasycznej bluesowej progresji akordowej. Jednakże z Stevie'm Ray'em Vaughanem zawsze utożsamiany będzie "Pride And Joy", zainspirowany ówczesną dziewczyną muzyka; później para pokłóciła się i tak powstała bliźniacza kompozycja "I'm Crying", różniąca się jedynie w detalach. Gitarowy styl SRV ujawnia się najsilniej w "Texas Flood"- kolejnym mocno kojarzonym z tym artystą utworem. "Testify" urzeka rytmiką i znów udowadnia, że Vaughan to gitarowy talent najwyższej klasy. Utwór szósty to bluesowe shuffle w metrum 4/4, ale uwaga: zagrane w kosmicznym tempie 264 uderzeń na minutę (!); prawdziwy techniczny majstersztyk, daleki jednak od gitarowego onanizmu. Bardziej nostalgiczny klimat przynosi "Dirty Pool", a płytę bardzo ciekawie kończy nieco rozmarzone "Lenny",  poświęcone znów ówczesnej dziewczynie Vaughana. W ostatnim na albumie utworze pojawiają się zagrywki, które potem znajdą swoje miejsce w kolejnej bardzo rozpoznawalnej interpretacji SRV- "Little Wing".

Najbardziej fascynująca rzecz na temat tej płyty: podczas gdy była nagrywana żaden z muzyków nie przypuszczał, że właśnie rejestruje swój debiutancki album. Można wyraźnie poczuć luźną, jammującą atmosferę i prawdziwą miłość do bluesa. Prosta, acz kunsztowna gitarowa płyta, na której słychać wpływowy do dziś dnia i jedyny w swoim rodzaju styl Stevie'go Ray'a Vaughana. Po prostu trzeba posłuchać.


*Tłumaczeniowa własna inwencja i malutka dowolność na podstawie Guitarworld.

niedziela, 1 stycznia 2012

Utwór: The Vines - Outtathaway


1. The Vines - Outtathaway (Highly Evolved, 2002)

Dziś kosmicznie przebojowa piosenka mojego ulubionego zespołu z Australii. Popowa wrażliwość oraz punkowa energia i surowość dają piorunujący efekt. The Vines na pewno niejednokrotnie do nas powrócą; tymczasem polecam obejrzeć wideoklip, aby uświadomić sobie co mogło dziać się podczas sylwestrowej nocy...