środa, 29 lutego 2012

Florence And The Machine - Lungs


Florence And The Machine - Lungs (2009)

  1. Dog Days Are Over
  2. Rabbit Heart (Raise It Up)
  3. I'm Not Calling You A Liar
  4. Howl
  5. Kiss With A Fist
  6. Girl With One Eye
  7. Drumming
  8. Between Two Lungs
  9. Cosmic Love
  10. My Boy Builds Coffins
  11. Hurricane Drunk
  12. Blinding
  13. You've Got The Love
W dniu dzisiejszym zapraszam na płytę dla początkującego hipstera. Debiutancki, skrzący się od pomysłów album Florence Welch i spółki sporo namieszał w indie popowym światku. Chociaż obecnie to muzyka zapewne zbyt mainstreamowa, popularna i/lub komercyjna, by lansować się z nią wśród znajomych to naprawdę warto poświęcić godzinę na przesłuchanie "Lungs".

Najgłupszym pomysłem odnośnie tego krążka jest próba jakiejkolwiek klasyfikacji. Piosenki na tym albumie zostały skomponowane na przestrzeni dłuższego okresu czasu, stąd wziął się rozrzut gatunkowy godny radzieckiej Katiuszy: od garażowego rocka przez blues, pop aż po soul. Całość spaja naprawdę niezwykły głos Florence Welch oraz zmysł aranżacyjny jej i producentów płyty. Jako pierwsze moją uwagę zwróciły harmonizowane partie wokalne - zarówno w utworach dynamicznych (np. "Rabbit Heart") jak i balladowych (chociażby "I'm Not Calling You A Liar") wielogłosowość sprawia, że pozornie proste linie melodyczne nabierają wyjątkowości. Smaczek numer dwa, który przy każdej recenzji tego albumu pojawić się musi, to (fanfary) harfa. Mało który współczesny wykonawca z zakresu muzyki pop decyduje się na takie instrumentarium, a szkoda! Każdy kto choć raz na żywo słyszał dźwięki harfy wie, jak magiczny nastrój są w stanie wykreować. Podobnie czarują inne fantastyczne instrumenty, które można wyłowić czujnym uchem: wibrafon, organy Hammonda czy nietypowe perkusjonalia. Czas na zwyczajową część tej rubryki, czyli ulubione momenty. Przede wszystkim mocne otwarcie, czyli "Rabbit Heart(Raise It Up)"- dźwięki harfy, harmonie wokalne, ciekawa perkusja i delikatna elektronika tworzą coś na kształt streszczenia tej płyty. Kolejny mocny punkt to ascetycznie zaaranżowane "Girl With One Eye", gdzie największym atutem jest potężny głos Florence i kreujące tajemniczy nastrój brzmienie gitary. Najpiękniejszy moim zdaniem moment albumu to "Cosmic Love", a zwłaszcza końcowe dźwięki harfy, które zupełnie mnie kupiły. "My Boy Builds Coffins" to arcyciekawa rytmika, aranżacja i tekst. Ostatnią na płycie kompozycją jest uroczy cover Candi Stanton, nazywany przez niektórych żartobliwie "You've Got The Legs" z racji nadmiernej ekspozycji w teledysku właśnie tej części ciała przez Florence.

Niezależnie od muzycznych szufladek to naprawdę kawałek zacnej muzyki- melodyjnej, pomysłowej i grającej na emocjach słuchacza. "Lungs" to jedna z najlepszych płyt ostatnich lat; mimo że nie wnosi niczego ekstremalnie odkrywczego, to słucha się jej z zapartym tchem i o to właśnie chodzi.

środa, 22 lutego 2012

Utwór: Eddie Cochran - Summertime Blues


1. Summertime Blues (1958)

Piosenka z kategorii "skądś to znam". Nieśmiertelny przebój jednego z  pionierów białego rock and rolla, mimo już 54 lat nie traci nic z muzycznej świeżości oraz (niestety) tekstowej aktualności. Do brzmień rockabilly z pewnością powrócę; dziś zapraszam na wersję singlową utworu oraz na klimatyczne wideo.


wtorek, 21 lutego 2012

Utwór: Black Stone Cherry - Lonely Train


1. Black Stone Cherry - Lonely Train (Black Stone Cherry, 2006)

Sposobem na doskwierające dziś nie tylko mi permanentny brak sił oraz senność może być kilka mocniejszych, energetycznych dźwięków. Black Stone Cherry to granie pomiędzy nieodżałowanym Pride & Glory a Black Label Society; w tym utworze oprócz ciekawej rytmiki warto wsłuchać się w wokal i grę Chrisa Robertsona. Wpływy Zakka Wylde'a są wyraźne zarówno w sposobie śpiewania jak i w gitarowej solówce; oczywiście nie zmarnuję okazji, by zawołać: Pride & Glory- wróć! Tymczasem posłuchajmy nowego pokolenia southern rockowców, bo naprawdę dają radę. 

Pink Floyd - The Dark Side of the Moon


Pink Floyd - The Dark Side of the Moon (1973)

  1. Speak to Me
  2. Breathe
  3. On the Run
  4. Time
  5. The Great Gig in the Sky
  6. Money
  7. Us and Them
  8. Any Colour You Like
  9. Brain Damage
  10. Eclipse
Zgodnie z założeniem stopniowego przybliżania muzyki Pink Floyd zapraszam dziś na pozycję absolutnie obowiązkową i legendarną. Dla niewtajemniczonych w historyczne zawiłości - album ten spędził nieprzerwanie 14 lat w pierwszej setce listy Bilboard 200 (zestawienie najlepiej sprzedających się płyt w USA, aktualizowane co tydzień), dłużej niż jakikolwiek inny w historii fonografii. Warto zadać sobie pytanie: co składa się na tak ponadczasowy i uniwersalny dla wielu pokoleń przekaz? Każde omówienie tego albumu będzie swego rodzaju spłyceniem. Postaram się zatem skupić na kilku ciekawostkach i szczegółach, pozostawiając nieco w tle treść muzyczną, przeznaczoną do indywidualnej kontemplacji.

Pink Floyd to zespół śmiało korzystający z dobrodziejstw techniki. Dźwięk wielokanałowy nie jest wcale wynalazkiem XXI wieku- już na początku lat 70. opracowano kwadrofonię, czyli miks czterokanałowy, mający wyprzeć popularne do dziś stereo. Bohaterowie dzisiejszego odcinka uwierzyli w tą śmiałą wizję i cały album przygotowali do wydania w nowatorskiej technologii. Niestety różne perturbacje związane z wytwórnią sprawiły, że zadecydowano o wydaniu "The Dark Side of the Moon" w miksie stereo. Jakie to ma znaczenie dla słuchacza? Rejestracja kwadrofoniczna wymuszała perfekcję w każdej nucie; dźwięk miał otaczać słuchacza, nie mogło być miejsca na niedoróbki. I tą staranność produkcji słychać także na wydaniu stereo- ilość ścieżek zawstydza dzisiejsze cyfrowe rejestratory. Wielka w tym zasługa Alana Parsonsa - inżyniera dźwięku, odpowiedzialnego także za wiele odgłosów obecnych na płycie (m.in. bicie zegarów w "Time" czy najdłuższy w historii muzyki, złożony z dźwięku rozsypujących się monet, dartych pieniędzy i otwierającej się kasy fiskalnej analogowy loop otwierający "Money"). Jednakże ten album to nie tylko arcydzieło rejestracji, wybitny jest także koncept.

Przed rozpoczęciem nagrywania krążka muzycy postanowili, że teksty utworów powinny być bardziej konkretne; za pióro chwycił więc Roger Waters i postanowił przeanalizować współczesnego człowieka. W warstwie lirycznej przewijają się zatem wątki upływającego czasu, zachłanności, szaleństwa, samotności, bezsensu wojny i kruchości ludzkiej egzystencji. Na przestrzeni całego albumu pojawiają się zarejestrowane podczas dość specyficznej sondy (uczestnicy ankiety w zaciemnionej sali odpowiadali na wyświetlane przez rzutnik pytania) wypowiedzi rozmaitych osób (przesłuchiwano m.in. Lindę i Paula McCartney'ów, ale ich wypowiedzi finalnie nie pojawiły się na płycie). Najciekawsze jest podsumowujące całą płytę zdanie irlandzkiego dozorcy studia Abbey Road, Gerry'ego Griscolla, który stwierdził że
Nie ma ciemnej strony księżyca, w rzeczywistości cały jest ciemny. 
Pesymistyczna wymowa albumu nie przeszkadza w prawdziwym zachwycie tym jakże kompletnym dziełem. Moimi ulubionymi fragmentami są "The Great Gig in the Sky" z cudowną wokalizą Claire Torry oraz "Us and Them", w którym kocham jedyny w swoim rodzaju sposób gry Ricka Wrighta oraz partie saksofonu Dicka Parry'ego.

Według wielu zestawień jest to płyta do zabrania na bezludną wyspę. Zawiera w sobie elementy jazzu ("Us and Them"), soulu ("The Great Gig in the Sky"), hard rocka i bluesa ("Money"), muzyki elektronicznej ("On the Run")... można tak wymieniać w nieskończoność. Geniusz "The Dark Side of the Moon" polega na syntezie wielu stylów muzycznych w jedną bezbłędnie zagraną i skomponowaną opowieść. Pomimo upływu lat to wciąż najważniejsze osiągnięcie muzyki rockowej i kawałek prawdziwej sztuki. 

czwartek, 16 lutego 2012

Utwór: 5 of green - Look Around


1. Look Around (2009)

Brakuje mi wśród dzisiejszych zespołów myślenia melodią, niestety coraz rzadziej możemy usłyszeć nadający się do zanucenia rockowy utwór. Na całe szczęście istnieją jeszcze "rodzynki" takie jak Five of Green; to naprawdę ciekawy zespół który osiągnął już lokalne sukcesy, dzięki czemu mogę dziś uroczyście zaprosić na profesjonalnie zrealizowanego singla grupy. Naprawdę zacna to piosenka, zawsze poprawiająca nastrój, pogodna ale nie przesłodzona. Polecam śledzić ich stronę internetową (www.fiveofgreen.com) i mieć nadzieję na kolejne koncerty w najbliższym czasie.


wtorek, 14 lutego 2012

Utwór: The Rolling Stones - Start Me Up


1. Start Me Up (Tattoo You, 1981)

Jedna z moich ulubionych rockowych piosenek i zarazem jedna z najlepszych okładek płytowych jakie widziałem. Utwór próbowano zarejestrować już przy okazji prac nad poprzednimi albumami, jednakże nie udało się wyjść poza swobodne, trwające ponad 20 minut jammowanie. Początkowo "Start Me Up" było utrzymane w konwencji reagge, na całe szczęście zastąpiono ten pomysł bardziej rockowymi dźwiękami i dzięki temu otrzymaliśmy świetny koncertowy "otwieracz". Załączam dość ascetyczny teledysk oraz bardziej współczesną wersję live.



poniedziałek, 13 lutego 2012

Możdżer, Danielsson & Fresco - The Time


Możdżer, Danielsson & Fresco - The Time (2005)

  1. Asta
  2. Incognitor
  3. Sortorello
  4. Tsunami
  5. The Time
  6. Asta II
  7. Easy Money
  8. Smells Like Teen Spirit
  9. Svantetic
  10. Suffering
  11. Trip to Bexbach
  12. Asta III
  13. Suffering (bonus track)
Po krótkiej przerwie powracam z naprawdę wspaniałą płytą. Leszek Możdżer, najwybitniejszy polski pianista jazzowy ostatnich lat w doborowym towarzystwie kontrabasisty i wiolonczelisty Larsa Danielssona oraz perkusisty Zohara Fresco stworzył album z pogranicza jazzu i muzyki klasycznej, zarejestrowany po bardzo udanej trasie koncertowej. To właśnie zgranie i świetna komunikacja między muzykami złożyły się na ogrom dopracowanych, naprawdę wspaniałych kompozycji, o czym warto powiedzieć słów kilka. 

Płyta rozpoczyna się od skomponowanej przez Danielssona "Asty", gdzie wokalizą popisuje się Fresco; utwór powraca do nas jeszcze w dwóch odsłonach i jest niejako klamrą, motywem przewodnim spajającym cały album. Już po drugim utworze należą się temu międzynarodowemu trio owacje na stojąco- nie ma zarówno w "Incognitorze" jak i w pozostałych utworach wyświechtanego jazzowego podziału temat-improwizacje-temat; poszczególne partie instrumentalne płynnie przenikają się, wszystkie wątki tkają jedną muzyczną opowieść. "Sortorello" to ciekawa interpretacja XIII- wiecznego anonimu; ciekawostką jest pojawiający się ok 2:40 (na moje ucho) flet. Warto zwrócić uwagę na perkusjonalia w utworze tytułowym oraz ciekawą partię kontrabasu w "Easy Money"; jednak na naprawdę donośne oklaski zasługuje idealnie wkomponowana w całość albumu wersja "Smells Like Teen Spirit" z repertuaru Nirvany. Lekka i swobodna gra Możdżera, naprawdę mistrzowskie solo kontrabasu i wyczucie melodii wszystkich trzech członków trio sprawia, że ta prosta kompozycja nabiera zupełnie innego wydźwięku. Bardzo lekka jest także interpretacja Komedowskiego "Svantetic", gdzie nieco bardziej konwencjonalnie gra Zohar Fresco. Dźwięki rozmaicie traktowanej wiolonczeli słyszymy w "Suffering", które sąsiaduje ze skocznym "Trip to Bexbach". Po ostatnich akordach "Asta III" czeka nas niespodzianka w postaci zabawnej wariacji na temat "Suffering".

Płyta kojarzy mi się w pozytywnym sensie z Patem Metheny'm i jego podejściem do jazzu- pełnym melodii i ogólnego konceptu, którego poszczególne utwory są częścią. "The Time" jest w moim odczuciu świadectwem artystycznego spełnieniem Możdżera, wypadkową jego jazzowych i klasycznych fascynacji, pełną wdzięku i prawdziwego piękna. Znakomita płyta.

środa, 8 lutego 2012

Utwór: Budka Suflera - Jest Taki Samotny Dom


Ponownie myśląc dziś kategorią głosów przypomniałem sobie o Budce Suflera, a konkretnie o niemożliwym do pomylenia wokalu Krzysztofa Cugowskiego. Przesiewając moje przepastne archiwa napotkałem jubileuszowy koncert z 2004 roku, kiedy to grupa obchodziła 30. rocznicę powstania, obfitujący w gościnne występy naprawdę wielkich gwiazd (m.in. Gary'ego Brookera) . Aby zachęcić do jego obejrzenia zapraszam dziś na klasyczną kompozycję grupy w wersji z tego właśnie wydarzenia oraz na rejestrację studyjną. Moim zdaniem to jedna z najlepszych polskich piosenek wszech czasów, nie mająca żadnego odpowiednika.






1. Jest Taki Samotny Dom (Cień Wielkiej Góry, 1975)

wtorek, 7 lutego 2012

Utwór: Apocalyptica - Bittersweet


1. Bittersweet (Apocalyptica, 2005, feat. Lauri Ylonen & Ville Valo)

Na miłość nie ma rady, także na tą do głosów. I razem z tłumem małoletnich fanek z grzywkami na pół twarzy mogę śmiało oświadczyć, że naprawdę przepadam za cudownie niskim głosem Ville'go Valo. W tej piosence wypada nader uroczo, a towarzyszy mu inna popowa gwiazdka z Finladii - Lauri Ylonen z The Rasmus. Wiolonczeliści z cello rockowego bandu kompozytorsko także się sprawdzają, czego efektem jest naprawdę przedni singiel. Poniżej do wyboru w wersji wokalnej z koszmarnym klipem lub w wersji instrumentalnej z teledyskiem ładnym.



poniedziałek, 6 lutego 2012

Gary Moore - Still Got the Blues


Gary Moore - Still Got the Blues (1990)

  1. Moving On
  2. Oh Pretty Woman (A.C. Williams)
  3. Walking By Myself (Jimmy Rogers)
  4. Still Got The Blues
  5. Texas Strut
  6. Too Tired (J. Watson/M. Davies/S. Bihari)
  7. King Of The Blues
  8. As The Years Go Passing By (D. Malone)
  9. Midnight Blues
Zgodnie z zapowiedzią czas na danie główne. Apetyt rozbudza już samo spojrzenie w dołączoną do płyty książeczkę- na jakiej płycie zagrali "razem" Albert Collins, Albert King i George Harrison? Zespół uzupełniają znakomici instrumentaliści oraz muzycy sesyjni, m.in. basista Ozzy'ego Osbourne'a Bob Daisley, nadworny hammondzista Deep Purple Don Airey czy nagrywający z Rolling Stonesami klawiszowiec Nicky Hopkins. W tym przypadku "nazwiska" grają i to znakomitą muzykę. 

Gary Moore, niektórym lepiej znany jako gitarzysta Thin Lizzy pod koniec lat 80. postanowił dać wyraz swoim bluesowym inspiracjom i odstawił na boczny tor hard rockowe poczynania. Album "Still Got The Blues" zadedykował legendzie brytyjskiego bluesa- Peterowi Greenowi i to właśnie wszelakie odmiany tego gatunku muzyki możemy usłyszeć na tym krążku. Jak to w przypadku bluesowej płyty bywa, kompozycje autorskie są przeplatane z interpretacjami standardów. Zaczyna się od dynamicznego, zaaranżowanego z udziałem pianina "Moving On", które na mnie nie zrobiło niemal żadnego wrażenia. Zupełnie inaczej ma się sprawa z "Oh Pretty Woman"- już pierwsze dźwięki gitary Moore'a absolutnie mnie kupiły, podobnie jak aranżacyjny smaczek w postaci sekcji dętej; wisienką na torcie jest solo Alberta Kinga. Trzeci utwór to kolejne oblicze bluesa, tym razem w odsłonie harmonijkowej i z szalenie rockową gitarą Moore'a. Zgrany do granic możliwości przez stacje radiowe "Still Got the Blues" słuchany w kontekście płyty jest tym bardziej przepiękny. Przy okazji tego utworu należy zapłakać, że w każdej żałosnej rozgłośni pokroju RMF/Zet utwór jest wyciszany około 3:40, gdzie emocjonalnie osiąga on apogeum...Dla mnie jest to koronny argument przeciwko słuchaniu radia i głównie takie postępowanie powoduje utratę słuchaczy- zwyczajny brak szacunku dla kompozycji. Wracając do tematu dzisiejszych rozważań przychodzi czas na utwór- zmyłkę. Sielski początek "Texas Strut" brutalnie przełamuje shuffle z wysuniętą partią organów Hammonda. "Too Tired" to uroczy duet z Albertem Collinsem; znów za serce chwyta sekcja dęta i klasyczne brzmienie Mistrza Telecastera. Swoistym hołdem dla B.B. Kinga jest "King Of The Blues" (c.d.n.). "As The Years Go Passing By" to kolejny wolny, balladowy blues na płycie; gra Gary'ego Moore'a jest tu subtelna i wyciszona, utwór przywodzi na myśl "Tea For One" Led Zeppelin. Idealnym zwieńczeniem płyty jest "Midnight Blues" - melodyjny, wspaniale rozwijający się utwór. 

Gary Moore jest moim zdaniem jedną z najbardziej niedocenianych postaci w historii muzyki popularnej. Eksperymentował z wieloma gatunkami i stylami muzycznymi, ale dla mnie na zawsze pozostanie przede wszystkim bluesmanem. "Still Got the Blues" to płyta- arcydzieło, którą polecam zwłaszcza na początek przygody z tym wspaniałym muzykiem.

Adnotacje:
  • Mała uwaga dotycząca listy utworów: omawiam wydanie winylowe, spójne w sensie kompozycyjnym - bez utworów bonusowych, które psują klamrową kompozycję krążka. W wydaniu cd znajdowały się jeszcze 3 utwory, w tym "That Kind Of Woman" z udziałem George'a Harrisona.
  • Kompozytorzy poszczególnych piosenek są podani w nawiasach; jeżeli nie- kompozytorem jest Gary Moore. 

sobota, 4 lutego 2012

Utwór: Nightwish - High Hopes


1. Nightwish - High Hopes (Highest Hopes: The Best of Nightwish, 2005)

Często słuchając muzyki mimowolnie uprawiamy gdybanie. Kiedyś słuchając Floydowego "The Division Bell" zastanawiałem się, co by było gdyby zamiast Davida Gilmoura na całym albumie śpiewał ktoś o potężnym głosie. Parę lat później na koncertowym dvd Nightwish usłyszałem cover najbardziej znanego utworu z płyty, "High Hopes", w którym wokalnie udziela się basista Skandynawów Marco Hietala. Aranżacja wyjątkowo nie razi, zaciekawia natomiast  inny wydźwięk, który utwór zyskuje dzięki zadziornemu śpiewowi i granej tappingiem solówce. Moje marzenie choć częściowo się spełniło.


piątek, 3 lutego 2012

Utwór: Procol Harum - Whiter Shade of Pale


1. Whiter Shade of Pale (Whiter Shade of Pale [single], 1967)

W dniu dzisiejszym zapraszam na kolejny pomnik muzyki rockowej, będący zarazem doskonałym przykładem twórczego przetworzenia dzieł minionych pokoleń. Nawet średnio spostrzegawczy słuchacz z łatwością dostrzeże nawiązanie do "arii na strunę G" J. S. Bacha; minimalnie zmieniono jednak strukturę akordową i dodano jeden, niezwykle ważny składnik muzycznego dania- głos Gary'ego Brookera. Głos nietuzinkowy, absolutnie nie do podrobienia i nie ulegający upływowi czasu. Aby to udowodnić, poniżej zamieszczam wersję studyjną z 1967 roku oraz nagranie z koncertu Procol Harum zarejestrowanego w Union Chapel w 2006 roku.




czwartek, 2 lutego 2012

Morcheeba - Charango


Morcheeba - Charango (2002)

  1. Slow Down
  2. Otherwise
  3. Aqualung
  4. Sao Paulo
  5. Charango (feat. Pace Won)
  6. What New York Couples Fight About (feat. Kurt Wagner)
  7. Undress Me Now
  8. Way Beyond
  9. Women Lose Weight (feat. Slick Rick)
  10. Get Along (feat. Pace Won)
  11. Public Displays of Affection
  12. The Great London Traffic Warden Massacre (feat. Miriam Stockley & Michael Dove)
Pierwsza przygoda z bohaterami dzisiejszego odcinka już dawno za nami, jednakże historia lubi zataczać koło, a w niektórych przypadkach nawet koła. Odkrywanie tej jakże różnorodnej muzyki metodą chronologiczną jest moim zdaniem błędne. Następcą wydanego w 1998 roku "Big Calm" był bardzo nierówny "Fragments of Freedom". Postanowiłem zatem dokonać małego przeskoku i zaprosić na kolejne spójne dzieło, jakim jest "Charango". 

Zaczyna się według sprawdzonej recepty- utwór otwierający płytę od pierwszych dźwięków hipnotyzuje brzmieniem analogowych syntezatorów, subtelnego beatu oraz pięknie jazzującej gitary. Jednak o niepowtarzalności muzyki Morcheeby decyduje przede wszystkim głos Sky'e Edwards, zapraszającej nas w "Slow Down" do niesamowitej dźwiękowej podróży. Przebojowy singiel "Otherwise" jest zaskakująco doskonale wkomponowany w całość płyty; aranżacyjnym smaczkiem jest użycie jakiegoś egzotycznego instrumentu strunowego (być może sitar albo tytułowe charango?). "Aqualung" to lekka, melodyjna piosenka z nieskończoną ilością wykorzystanych w niej brzmień i instrumentów; geniusz braci Godfrey ujawnia się między innymi w takich detalach jak perkusjonalia i przetworzona elektronicznie partia saksofonu w leniwym "Sao Paulo". Bardziej trip - hopowe rejony odwiedzamy przy okazji utworu tytułowego; ciekawostką jest jedno z najlepszych słyszanych przeze mnie brzmień gitary z efektem wah-wah. Gościnny występ Pace Wona w tym utworze nie przypadł mi zbytnio do gustu; zupełnie inaczej wygląda udział Kurta Wagnera w "What New York Couples Fight About"- pomimo faktu, że nie jest to moja ulubiona piosenka, to intrygująca barwa głosu wokalisty Lambchop i (znów) świetna aranżacja z pobrzmiewającą w tle gitarą slide sprawia, że to jeden z najmocniejszych punktów płyty. Zaraz po nim następuje "Undress Me Now", który choćby ze względu na tytuł warto pozostawić do dwuosobowych rozważań. Dla uspokojenia emocji wspomniany przed chwilą erotyk sąsiaduje z "Way Beyond" - definicyjnym wręcz, świetnie zaaranżowanym, eleganckim popem a'la Morcheeba. Zaraz po nim możemy doświadczyć kolejnego gościnnego występu- Slick Rick w "Woman Lose Weight" opowiada okraszoną dużą dawką czarnego humoru historię morderstwa otyłej małżonki... Końcówka płyty dźwiękowo znosi nas ponownie w bardziej tripowe okolice. "Get Along" przynosi nastrój niepokoju, podkreślony przez sekcję smyczkową. Kolejny utwór jest nieco spokojniejszym przystankiem przed instrumentalnym finałem- "Great London Traffic Warden Massacre" oprócz skomplikowanego tytułu wyróżnia piękna, choć smutna orkiestracja i niesamowite bogactwo aranżacyjne (jakże smakowita gitara i perkusjonalia!). Zwłaszcza końcowe fragmenty płyty zapadają w pamięć i nakazują włączyć album raz jeszcze.

Twórczość Morcheeby to dźwięki dla muzycznie otwartych umysłów. "Charango" poza popową strukturą utworów i przebojowymi fragmentami zawiera to, za co kocham trio z Londynu: niesamowicie przemyślaną i złożoną aranżację. Nie sposób wymienić wszystkich frapujących i zachwycających dźwięków, trzeba po prostu wnikliwie słuchać, a jest to czynność nie tylko ciekawa, ale nieziemsko przyjemna.