czwartek, 29 marca 2012

Utwór: Santana - Soul Sacrifice


1. Santana - Soul Sacrifice (Live At Woodstock, 1969)

Legendarny festiwal Woodstock przyniósł światu oprócz kilku przypadkowych poczęć i krociowych zysków dilerów narkotyków także niezapomniane koncerty. Moim zdaniem najlepszy z nich był występ Santany, grupy grającej zupełnie nowy wtedy gatunek, czyli rock latynoski. Warto zwrócić uwagę na grę lidera grupy, odlatującego z drobną pomocą przyjaciół i LSD oraz na młodziutkiego, 20-letniego perkusistę Michaela Shrieve'a - jego show to zdecydowanie najciekawsze perkusyjne solo, jakie kiedykolwiek usłyszałem. Peace and Love. 

środa, 28 marca 2012

Utwór: Dire Straits - On Every Street


1. Dire Straits - On Every Street (On Every Street, 1991)

Piosenka zasłyszana przeze mnie w wieku cokolwiek dziecięcym w ś.p. Radiu El i pośpiesznie zarejestrowana na kasetę; zidentyfikowana po latach nadal raduje uszy. Pierwsza część to typowa Knopflerowska ballada, ale najwspanialszy jest kończący piosenkę riff. Poniżej wersja albumowa oraz live, gdzie "pierwsze skrzypce" gra hawajska gitara, jakkolwiek to nie brzmi.


wtorek, 27 marca 2012

B.B. King - Live At The Regal


B.B. King - Live At The Regal (1964)
  1. Everyday I Have The Blues
  2. Sweet Little Angel
  3. It's My Own Fault
  4. How Blue Can You Get?
  5. Please Love Me
  6. You Upset Me Baby
  7. Worry, Worry
  8. Woke Up This Mornin'
  9. You Done Lost Your Good Thing Now
  10. Help The Poor
W powszechnej świadomości muzyka B.B. Kinga to synonim bluesa. Mało kto zastanowił się jednak, co znaczą tajemnicze literki B.B.; niewielu też zna choć jedną całą płytę tego artysty. Te wielkie zaniedbanie postaram się sukcesywnie naprawiać, dziś czas na zacne preludium.

Album "Live At The Regal" to jedna z najlepszych płyt koncertowych w historii muzyki; skatalogowano ją m.in. w Bibliotece Kongresu USA, co nie przydarza się każdej pozycji z zakresu kultury masowej. Co stanowi o wyjątkowości tego nagrania? Przede wszystkim charyzma lidera - B.B. King to naprawdę doskonały showman, obdarzony głębokim i mocnym soulowym wokalem. W dodatku jest też wybitnym gitarzystą o oszczędnym i wyrafinowanym stylu gry, rozpoznawalnym już po kilku dźwiękach. Płyta mimo soulowych wpływów jest stricte bluesowa, zatem kompozycje autorskie są przeplatane standardami. Krążek dostarcza najprzyjemniejszego z problemów - nie da się wyróżnić żadnego elementu, ponieważ wszystkie są równie ujmujące. Najbardziej znanym utworem z "Live At The Regal" jest "How Blue Can You Get?" wykorzystany w nieśmiertelnym filmie "Blues Brothers". Gdybym jednak miał pokusić się o wytypowanie mojego faworyta, to wybrałbym "Sweet Little Angel" - wspaniale brzmi tam słynna "Lucille" i charakterystyczne wibrato B.B. Kinga. W trakcie całego koncertu znakomicie spisuje się zespół, gdzie oprócz wokalu, gitary i sekcji rytmicznej słyszymy pianino oraz dwa saksofony tenorowe. 

Powracając do tajemniczych literek B.B. - to po prostu skrót od "Blues Boy"; pseudonim ten powstał podczas pracy Kinga w radiu, gdzie prezentował słuchaczom tylko bluesowe nagrania. "Live At The Regal" to 35 minut właśnie bluesowej esencji, której nieznajomość to jeden z ważniejszych problemów współczesnego społeczeństwa.

piątek, 23 marca 2012

Utwór: Florence And The Machine - What The Water Gave Me


1. What The Water Gave Me (Ceremonials, 2011)

"Ceremonials" było bardzo wyczekiwanym przeze mnie albumem, który zakończył się największym muzycznym zawodem przełomu lat 2011/12. Niby wszystkie piosenki są dobre, niektóre są nawet wybitne, ale jako całość ten album absolutnie mnie nie przekonał. Patrząc pozytywnie - to źródło trzech perełek. Dziś pierwsza z nich - "What The Water Gave Me". Nie wiadomo, nad czym rozpłynąć się w pierwszej kolejności - brzmieniowo zachwyca egzotycznie brzmiąca gitara slide, harfa i poczciwe organy Hammonda; aranżacyjnie błyszczą chórki, natomiast prawdziwe czary wykonuje Florence Welch i jej urzekający, mocny głos. Można nawet nie patrzeć na uroczy teledysk.

czwartek, 22 marca 2012

Utwór: Diana Ross - I'm Coming Out


1. Diana Ross - I'm Coming Out (diana, 1980)

Jedna z moich ulubionych disco- funkujących progresji akordowych. Przebojowa i wybitnie taneczna kompozycja ma jeden wspaniały wyróżnik - jazzujące solo puzonu. Nogi same wychodzą z gipsów/kapci. 


środa, 21 marca 2012

Howard Shore - Lord Of The Rings: The Fellowship Of The Ring Soundtrack


Howard Shore - Lord Of The Rings: The Fellowship Of The Ring Soundtrack (2002)

  1.  The Prophecy
  2. Concerning Hobbits
  3. The Shadow Of The Past
  4. The Treason Of Isengard
  5. The Black Rider
  6. At The Singn Of The Prancing Pony
  7. A Knife In The Dark
  8. Flight To The Ford
  9. Many Meetings
  10. The Council Of Elrond (feat. Enya)
  11. The Ring Goes South
  12. A Journey In The Dark
  13. The Bridge Of Khazad Dum
  14. Lothlorien
  15. The Great River
  16. Amon Hen
  17. The Breaking Of The Fellowship
  18. May It Be (feat. Enya)
Absolutnie nie ma znaczenia, czy jesteście fanami prozy Tolkiena; film Petera Jacksona także nie jest nam wcale potrzebny. Nigdy nie byłem specjalistą od muzyki filmowej. Nadal nim nie jestem i nie zanosi się, abym zapałał gorącą miłością do soundtracków. Jak zatem traktować dzisiejszy wpis? Jako znamienity wyjątek od reguły. 

Naprawdę niesamowita ścieżka dźwiękowa autorstwa kanadyjskiego kompozytora Howarda Shore'a jest dla mnie arcydziełem muzyki ilustracyjnej. Każdy choć trochę wtajemniczony w temat (znający film) wie, jak doskonale poszczególne tematy odzwierciedlają emocje bohaterów, jak umiejętnie wydobywają nastrój poszczególnych scen. Tytuły kolejnych ścieżek to w zasadzie gotowy plan wydarzeń pierwszej części trylogii; jednakże od warstwy fabularnej chcę uciec najdalej jak się da. Iście Wagnerowski rozmach kompozycji pozwala bowiem na stworzenie własnej baśni. Należy zatem sporządzoną powyżej listę utworów zastąpić jednym słowem - MUZYKA i zwyczajnie uruchomić wyobraźnię. Na całym albumie dominują podniosłe partie chóralne i orkiestrowe. Pojawiają się oczywiście łagodniejsze fragmenty (np. piękny temat "Concerning Hobbits"), ale to w epickich partyturach Kanadyjczyk czuje się najlepiej. Świadczy o tym chociażby utwór zawierający dostojny motyw przewodni filmu, "The Bridge of Khazad Dum", który po patetycznym początku przechodzi w muzyczny dreszczowiec, do końca trzymający w napięciu . Gościnny udział na płycie Enyi sprawia, że liryczne fragmenty brzmią naprawdę przekonująco. Magii jej głosu doświadczymy przede wszystkim w "The Council of Elrond", choć piosenkowe "May It Be" to również piękna i przemyślana kompozycja. 

Podsumowując: jedna z nielicznych ścieżek dźwiękowych nie tylko dla fanów. Naprawdę stymulująca umysł partytura, która nie potrzebuje obrazu by poruszyć słuchacza. Warto zapolować na ten oskarowy krążek, zwłaszcza że komercyjny szał na "Władcę Pierścieni" minął i ten kawałek pięknej muzyki kosztuje grosze.

piątek, 16 marca 2012

Utwór: Inside-Looking Out


1. The Animals - Inside-Looking Out (Animalization, 1966)

W wykonaniu Erica Burdona i spółki ta piosenka jest typowym dla lat 60. bluesem z wiodącą partią organów Hammonda. Załączam wersję z problematycznego występu, podczas którego zepsuło się nagłośnienie gitary basowej, co spowodowało ciekawą wariację tekstową ok 3 minuty.


2. Grand Funk Railroad - Inside Looking Out (live at Cincinnati Summer Pop Festival, 1970)

Jeden z najlepszych coverów w historii. W porównaniu z oryginałem jest dłuższy, bardziej dynamiczny, agresywny i energetyczny. Co więcej, wersja ta ma charakterystyczne wyróżniki GFR - zbudowany na grze basu groove i prawdziwy talent show Marka Farnera. Zazdroszczę publiczności możliwości uczestniczenia w  tym koncercie.



czwartek, 15 marca 2012

Utwór: Mogwai - Friend Of The Night


1. Friend Of The Night (Mr.Beast, 2006)

Muzykę post-rockowców z Glasgow poznałem dzięki składance dołączonej do lubianej niegdyś przeze mnie gazety "Teraz Rock". W gąszczu przeróżnych stylistyk zamieszczonych na krążku zachwyciły mnie subtelne dźwięki tworzące niesamowitą opowieść; to zupełnie nie-rockowa strukturalnie muzyka, stworzona za pomocą rockowych instrumentów. Porywająca jest przestrzeń, klimat i bogactwo brzmień; poza tym zespoły mające cokolwiek wspólnego ze Szkocją zawsze mogą liczyć na moją sympatię. Mogwai jeszcze powrócą, tymczasem nie czytajmy i nie piszmy - zacznijmy słuchać.

wtorek, 13 marca 2012

Grand Funk Railroad - On Time


Grand Funk Railroad - On Time (1969)

  1. Are You Ready
  2. Anybody's Answer
  3. Time Machine
  4. High On A Horse
  5. T.N.U.C
  6. Into The Sun
  7. Hearbreaker
  8. Call Yourself A Man
  9. Can't Be Too Long
  10. Ups And Downs
Grand Funk Railroad to zespół znienawidzony przez krytykę i kochany przez publiczność. Ich debiutancka płyta jest dynamiczną mieszanką rocka, funku i bluesa, która mimo przeszło 40 lat wciąż prezentuje się świeżo i zadziornie. Czas nieco rozszyfrować fenomen tego tria.

Przede wszystkim to zespół wybitnie koncertowy. Wysyłając taśmy demo nie byli w stanie nikogo zainteresować swoją heavy rockową muzyką; dopiero fenomenalny występ na Atlanta International Pop Festival pozwolił im na podpisanie kontraktu i wydanie pierwszego krążka. Na całe szczęście udało im się zachować koncertowe brzmienie, z wysuniętą na pierwszy plan gitarą basową, co łamało jedną z produkcyjnych reguł lat 60. (kolejny tak "ubasowiony" zespół w historii muzyki pop to dopiero Red Hot Chili Peppers!). Abym miał o czym pisać, zespół posiadał dwie osobliwości: śpiewającego perkusistę i człowieka od wszystkiego- Marka Farnera, który grał na gitarze, harmonijce ustnej, organach Hammonda oraz śpiewał i komponował wszystkie piosenki. Energii większości utworów nie dorównują punkowe wyczyny, na całym krążku czuć też prawdziwy groove i bluesowy feeling. "Are You Ready" to wyśmienity koncertowy otwieracz, "Time Machine" ma świetny riff i solówki. Surowe i dynamiczne "High On A Horse" to punkowo prosta progresja akordowa okraszona w końcówce westernowym pianinem i partiami solowymi high gainowo przesterowanej gitary. Świetny riff przechodzący w 5-cio minutową grę perkusji to "T.N.U.C"; balladowe oblicze grupy reprezentuje "Heartbreaker". Prawdziwym dynamitem jest "Call Yourself A Man", kontrastujące z najbardziej zróżnicowanym kompozycyjnie "Can't Be Too Long". Ostatniego utworu po prostu nie rozumiem.

Dlaczego warto? By przekonać się, że można robić kawał naprawdę wartościowego rockowego hałasu, produkując muzykę nieco na przekór obowiązującym w epoce trendom. Dla mnie to absolutna klasyka hard rocka, nie boję się umieścić Grand Funk w jednym rzędzie z tuzami pokroju wczesnych Led Zeppelin, AC/DC, Deep Purple czy Aerosmith. Twórczość tego energetycznego tria będę sukcesywnie przybliżał, następny odcinek wkrótce.

poniedziałek, 12 marca 2012

Utwór: The Rolling Stones - Anybody Seen My Baby


1. Anybody Seen My Baby (Bridges to Babylon, 1997)

Piosenka na dziś cieszy się niesłabnącą popularnością z dwóch powodów: po pierwsze, jest to naprawdę świetny utwór o urozmaiconej stylistyce - bas gra R'n'B, gitary to czysty blues, a w połowie utworu pojawiają się hip- hopowe sample; po drugie, w średnio mnie przekonywującym teledysku gra (wtedy-jeszcze-mało-znana) Angelina Jolie. Czytelników ciekawych muzycznych uniesień w niezbyt stonesowym stylu zachęcam do słuchania, fanów bieliźnianych wdzięków Angeliny zapraszam na klip.


sobota, 10 marca 2012

Utwór: Joe Satriani - Flying In A Blue Dream


1. Flying In A Blue Dream (Flying In A Blue Dream, 1989)

Dzisiejszy wieczór upływa mi przy dźwiękach kreowanych przez jednego z najlepszych technicznie gitarzystów na świecie - Joe Satrianiego. Długie i zwinne palce w połączeniu ze sporym talentem kompozytorskim owocują nie tylko świetnymi albumami, ale także pojedynczymi perełkami zasługującymi na wyróżnienie. Takim właśnie utworem jest "Flying In A Blue Dream", który uwidacznia idealną Satrianiego kontrolę nad dźwiękiem; co więcej posiada nieoczywistą melodię, wzbogaconą niesamowitymi technicznymi zagrywkami. 


piątek, 9 marca 2012

Morcheeba - Fragments of Freedom


Morcheeba - Fragments of Freedom (2000)

  1. World Looking In
  2. Rome Wasn't Built In A Day
  3. Love Is Rare
  4. Let It Go
  5. A Well Deserved Break
  6. Love Sweet Love
  7. In The Hands Of The Gods
  8. Shallow End
  9. Be Yourself
  10. Coming Down Gently
  11. Good Girl Down
  12. Fragments Of Freedom
Saga Morcheeba - odcinek trzeci (części pierwsza i druga należą do wykazu lektur obowiązkowych). Poprzednio określiłem tą płytę jako "nierówną"; od tamtego czasu nic się nie zmieniło- "Fragments of Freedom" to ciągle album niespójny i nie do końca w stylu londyńskiego tria. Ma jednak tak wiele jasnych punktów, że zasługuje na swój osobny wpis.

Pierwsza zmiana w stosunku do poprzednich albumów: poza jedną kompozycją brak tu absolutnie trip- hopu. Wszystkie niemal piosenki są... radosne. Po prostu bracia Godfrey i Skye zaczęli być szczęśliwi, co przełożyło się na znacznie większą dozę popu, soulu i muzyki funk w ich kompozycjach. Większość krytyków bezlitośnie obeszła się z tym krążkiem, co jest w pewien sposób zrozumiałe- ta płyta nie wnosi niczego do muzycznego dorobku ludzkości, ale moim zdaniem jest po prostu dobra. Nie wybitna, nie koszmarna, ale także nie mdła czy przeciętna. Pierwszy utwór to pop "z klasą" znany nam już z fenomenalnego "Big Calm"- akustyczna gitara, organy Hammonda oraz naprawdę genialne, wysmakowane partie gitary slide. Piosenka pod numerem drugim była pierwszym singlem z tego albumu, co absolutnie nie dziwi: jest kosmicznie przebojowa, z lekkimi soulowymi naleciałościami i świetną sekcją dętą, która pozostaje z nami na dłużej (słyszymy ją też w funkowym "Love Is Rare"). Świetny refren i urozmaicone trąbką zwrotki ma "Let It Go", nie rozumiem jedynie syntezatorowej wstawki gdzieś w połowie utworu. Niestety w tym miejscu rozpoczyna się istny festiwal pomyłek. "A Well Deserved Break" przy odrobinie dobrej woli można potraktować jako żart muzyczny- w hawajskiej atmosferze pogrywa nam najpierw jakiś egzotyczny instrument a potem gitara slide. Ok, rozumiem - taki odświeżający mózg, wakacyjny fragmencik. Nadchodzi utwór następny i...łapiemy się za dopiero co odświeżoną głowę. Kolejny nonsens, tym razem koszmarnemu brzmieniu gitary towarzyszy jeszcze gorszy refren i rapowana wstawka, która jest najlepszym elementem w całym utworze(!). Jednak to nie koniec koszmaru - szczytem absolutnym jest "In The Hands Of Gods" - nadająca się tylko do natychmiastowego przełączenia. Rehabilitujące dla zespołu jest genialne, funkujące disco - "Shallow End" przywodzi na myśl Dianę Ross, Bee Gees, Johna Travoltę i wszystko, co związane z klimatem "Saturday Night Fever". Urocze "Be Yourself" pokazuje, co można wyczarować z "About A Girl" Nirvany. Kolejny utwór, czyli "Coming Down Gently" to jeden dobry riff w wielu odsłonach, z naprawdę smakowitymi partiami organów Hammonda i fletu. Kolejnym ukłonem w stronę disco lat 70. połączonym z morcheebową stylistyką jest "Good Girl Down". Płytę wieńczy utwór tytułowy, będący jedynym trip hopowym kawałkiem na płycie, nieco przywodzącym na myśl najlepsze dokonania zespołu.

Pomimo wielu mankamentów to jedna z moich ulubionych płyt. Zasługuje na uwagę niekoniecznie jako osiągnięcie artystyczne, muzykę z "Fragments of Freedom" bardziej postrzegam jako pop idealny - melodyjny, różnorodny i pomysłowo zaaranżowany. Warto poznać ten krążek rozrywkowo, lub chociażby dla dwóch pierwszych utworów: 





czwartek, 8 marca 2012

Utwór: Michael Jackson - Smooth Criminal


1. Smooth Criminal (Bad, 1987)

Nigdy nie byłem wielkim fanem Michaela Jacksona jako muzyka, jednakże "Smooth Criminal" to jedna z najlepszych popowych piosenek, a z pewnością absolutnie najlepszy teledysk w dziejach. Oryginalnie pojawił się jako główna sekwencja idiotycznego filmu "Moonwalker"- poniżej zamieszczam recenzję Nostalgia Critic (pierwowzór dość popularnego w Polsce Niekrytego Krytyka). Sam klip to arcymistrzostwo muzyczne (wielka w tym zasługa Quincy Jonesa), taneczne i choreograficzne. Ciekawostką jest słynny "skłon antygrawitacyjny", do wykonania którego skonstruowano specjalne buty oraz podwieszono tancerzy na niewidocznych linkach. Co tu więcej gadać, trzeba obejrzeć. 



środa, 7 marca 2012

Utwór: Loch Lomond - Wax and Wire



1. Wax and Wire (Night Bats, 2009)

W dniu dzisiejszym zapraszam na wspaniale się nazywający, wzmiankowany już przeze mnie zespół z Oregonu. Loch Lomond to nazwa jednego z najpiękniejszych szkockich jezior, prawie tak samo zachwycająca jest bohaterka dzisiejszego odcinka - piosenka "Wax and Wire". Ujmuje folkowym wdziękiem, uroczym instrumentarium (skrzypce, dzwonki) i oczywiście melodią. Kto nie posłucha, ten trąba. 





wtorek, 6 marca 2012

Led Zeppelin - Led Zeppelin


Led Zeppelin - Led Zeppelin (1969)
  1. Good Times Bad Times
  2. Babe I'm Gonna Leave You
  3. You Shook Me
  4. Dazed And Confused
  5. Your Time Is Gonna Come
  6. Black Mountain Side
  7. Communication Breakdown
  8. I Can't Quit You Baby
  9. How Many More Times
W dniu dzisiejszym zabieramy się za kolejny klasyk. Led Zeppelin to (w wersji skróconej dla niewtajemniczonych) jeden z najważniejszych zespołów w historii rocka, dzięki któremu poznaliśmy m.in. najczęściej graną przez radio piosenkę w dziejach (o czym mowa będzie w jednym z kolejnych odcinków). Led Zeppelin I to poza tym jedna z najlepszych inwestycji poczynionych przez człowieka. Zaintrygowani?

Na zarejestrowanie tej płyty Jimmy Page (gitara) i Peter Grant (menedżer grupy) wydali 1782 funty. Tylko do roku 1975 płyta zarobiła 7 000 000 $. Wspaniały wynik jak na... 30 godzin pracy. Tylko tyle panowie Page, Plant, Jones i Bonham potrzebowali na nagranie swojego debiutanckiego krążka. Przyczyną takiego stanu rzeczy było doświadczenie Page'a jako producenta i muzyka sesyjnego; doświadczenie nie jest jednakże tożsame rutynie i schematycznemu myśleniu. Gitarzysta Led Zeppelin wpadł na pionierski pomysł umieszczenia mikrofonów nie tylko przy samych bębnach i wzmacniaczach, lecz także w różnych punktach studia. Dźwięk który słyszymy na płycie jest sumą tych zebranych przez wszystkie mikrofony; w ten sposób Page wykorzystał naturalne walory akustyczne pomieszczenia i uzyskał brzmienie charakterystyczne dla wystąpień live. Oprócz pomysłowej produkcji na niepowtarzalną magię Led Zeppelin składają się przede wszystkim cztery wielkie indywidualności. Otwierające płytę sześć podwójnych uderzeń perkusji rozpoczyna "Good Times Bad Times". Ta piosenka to wielki popis Johna 'Bonzo' Bonhama - rytm zwrotki grany jest na pojedynczej stopie (!) oraz Jimmi'ego Page'a, który zagrał naprawdę wyśmienite solo. Akustyczne "Baby I'm Gonna Leave You" to przede wszystkim domena pełnego ekspresji głosu Roberta Planta. Moim ulubionym fragmentem płyty jest "Your Time Is Gonna Come" z przepiękną partią organów Hammonda autorstwa Johna Paula Jonesa. Wieloletnim koncertowym pewniakiem, o którym szerzej wspomnę przy innej okazji jest "Dazed and Confused", którego wersje live dzięki rozmaitej wiązance riffów, cytatów muzycznych i wymian na linii Page-Plant przeciągał się nieraz do ponad 20 minut. 

Jak wspomniał kiedyś Wojciech Mann "Led Zeppelin byli typową grupą AOR (Album Oriented Rock)", grającą "muzykę, której należy słuchać w większych porcjach, w formacie albumu, a nie parominutowej piosenki". Mi pozostaje tylko zgodzić się z Panem Wojciechem i życzyć wyśmienitych odsłuchowych wrażeń przy całym Led Zeppelin I.

czwartek, 1 marca 2012

Utwór: Joe Satriani - Until We Say Goodbye


1. Until We Say Goodbye (Live in San Francisco, 2001)

Marzec zaczynamy mocnym ładunkiem gitarowej wirtuozerii - zaraz po Gary'm Moorze przychodzi czas na kolejnego czarodzieja sześciu strun, goszczącego już wcześniej na moich łamach Joe Satrianiego. Techniczna doskonałość idzie w parze z talentem kompozytorskim, co wyraźnie słychać na przykładzie dzisiejszego odcinka. Instrumentalna ballada ma swoją dramaturgię i multum zachwycających detali. Ciąg dalszy na pewno nastąpi.

Utwór: Gary Moore - Don't Believe A Word


1. Don't Believe A Word (live The Old Grey Whistle Test, 1976)

Swego czasu Gary Moore stanowił podporę jednej z rockowych ikon lat 70. - Thin Lizzy. Kompozytorska spółka Moore/Lynott to prawdziwa fabryka przebojów; moją ulubioną piosenką autorstwa tego duetu jest "Don't Believe A Word". Większość zarejestrowanych wersji to hard rockowe wymiatanie, natomiast mój faworyt to blues z energicznym finałem. Jak zwykle Gary Moore swoją gitarą kradnie całe show- nie wiem po co tu druga gitara czy klawisze; czasami jednak bywa tak, że niektóre zagadki pozostają nierozwiązane.