poniedziałek, 30 kwietnia 2012

Red Hot Chili Peppers - Live at Slane Castle


Red Hot Chili Peppers - Live at Slane Castle (2003)

  1. Intro
  2. By the Way
  3. Scar Tissue
  4. Around the World
  5. Universally Speaking
  6. Parallel Universe
  7. The Zephyr Song
  8. Throw Away Your Television
  9. Havana Affair
  10. Otherside
  11. Purple Stain
  12. Don't Forget Me
  13. Right On Time
  14. Can't Stop
  15. Venice Queen
  16. Give It Away
  17. Californication
  18. Under the Bridge
  19. The Power of Equality
  20. Outro
Mimo tak długiej listy utworów brakuje wyraźnie podziału na dyski. Przeoczenie? Skądże, po prostu dziś po raz pierwszy omawiamy wydanie dvd. Zespół znany każdemu, nachalnie obecny w radiu, telewizji, lodówce - po prostu wszędzie. Papryczki to proste, przebojowe piosenki - na pozór ani to oryginalne, ani ciekawe. Dlaczego zatem goszczą na moich łamach? Sekret tkwi w Johnie Frusciante. To właśnie dzięki gitarzyście i drugiemu wokaliście RHCP kompozycje kwartetu nabierają rumieńców, co najlepiej słychać w wykonaniach live. Omawiane dziś wydawnictwo zawiera nagrany w 2003 roku w Irlandii koncert wchodzący w skład trasy promującej album "By The Way"; na setliście znajdują się także utwory pochodzące z wydanego w 1999 roku "Californication" i klasycznego już "Blood Sugar Sex Magic" oraz kilka coverów.

Całość otwiera inspirowana irlandzkim folklorem improwizacja, która płynnie przechodzi w "By the Way"; co ważne Red Hot Chili Peppers nie zadowalają się wiernym powtarzaniem albumowych wersji, kompozycję kończy tym razem akordowe przejście w utwór trzeci - "Scar Tissue". Ta piosenka potwierdza sformułowaną w poprzednim zdaniu tezę: znany wszystkim singiel zupełnie nie przystaje do wersji live. Różnicę robią przede wszystkim piękne, rozbudowane gitarowe solówki o zupełnie innym niż na albumie charakterze brzmienia. Zamiast minimalistycznej gry slide otrzymujemy mocno przesterowane, lecz śpiewne brzmienie i pełen arsenał gitarowych technik. Kolejny utwór to mniej liryczne "Around the World", w którym rapowane zwrotki przełamuje melodyjny refren; naprawdę smakowite jest zwrotkowe frazowanie Frusciante z użyciem efektu wah - wah. Ciekawostką jest wykonana solo przez gitarzystę piosenka "Maybe", cover The Chantels.  Po raczej bezbarwnym numerze 5 przychodzi czas na pierwszą pozycję wybitną - "Parallel Universe". Wersja albumowa jest mi zupełnie obojętna, jednakże moją uwagę przykuł już wstęp do piosenki - "Last Disgrace" zespołu Fugazi. Po tak frapującym preludium rozpoczyna się kilka naprawdę cudownych minut, których kulminacją jest kolejne niesamowite solo; John Frusciante wyczynia prawdziwe cuda i wyciska ze swojego Telecastera naprawdę nieziemskie dźwięki. Mógłbym próbować je opisać, jednakże wobec geniuszu tego gitarzysty mój zasób porównań jest conajmniej niewystarczający. Kolejny przebój - "The Zephyr Song" - otrzymał w prezencie od Frusciante urocze chórki oraz świetną końcową improwizację z kompletnie przepięknym ostatnim wielodźwiękiem. Utwór numer 8 w wersji płytowej jest zwyczajnie nieciekawy: trochę zabaw z phaserem, średnia linia wokalna i brak partii solowych - słowem typowy albumowy zapychacz. Podczas koncertu w Slane "Throw Away Your Television" okazało się być jedną z najlepszych baz do improwizacji. Na przykładzie tego utworu możemy zaobserwować, jak zgranym zespołem jest RHCP; show oczywiście kradnie Frusciante, który znów wyciska nieziemskie dźwięki z gitary, jednakże sekcja rytmiczna nie ustępuje mu pola. Małym urozmaiceniem jest cover "Habana Affair" The Ramones, po którym następuje kolejny wielki przebój zespołu, czyli "Otherside". W przypadku tej pozycji Frusciante w pełni pokazuje swoje możliwości wokalne, uzupełniając partie Anthony'ego Kiedis'a naprzemiennie falsetowymi chórkami oraz mocnym męskim śpiewem. Niesamowicie ascetyczne i energetyczne jest "Purple Stain", natomiast w kawałek prawdziwej sztuki zamienia się "Don't Forget Me". Sprawca ? Oczywiście John Frusciante. Składa się na to nie tylko wybitne solo, ale zwłaszcza zagrana z użyciem efektu delay, wywołująca dreszcze końcówka. "Right on Time" rozpoczyna się od dźwięków "London Calling" The Clash, reszta to znów Fru - wokalista; "Can't Stop" natomiast poza gitarowym solem nie przynosi żadnych rewelacji. Inaczej wygląda sprawa z "Venice Queen" - utworem ciekawym zarówno brzmieniowo, jak i strukturalnie. Pierwsza część to typowa dla RHCP liryczna piosenka. Wrażenie robi część druga, oparta na brzmieniu gitary akustycznej, gdzie kompozycja ewoluuje w kierunku świetnie zaśpiewanej przez Frusciante kody. Po tak nastrojowym utworze następuje funk-rockowy klasyk, czyli "Give It Away"; następnie nadchodzi czas na Chada Smitha perkusyjne popisy, do których w pewnym momencie dołącza Flea grający na trąbce. Po lekko jazzującym szaleństwie przychodzi czas na przepiękną improwizację basu i gitary, wprowadzającą nas w "Californication". Potem może nastąpić już tylko "Under The Bridge". Emocje osiągają apogeum, co oczywiście trzeba zniszczyć - na bis panowie postanowili zagrać "The Power of Equality", które zupełnie burzy nastrój.

Gdy dobrniesz drogi czytelniku do tego miejsca wiedz, że właśnie przeczytałeś niewystarczających słów kilka o jednym z najlepszych rockowych koncertów w historii. Składają się na to technicznie nienaganne wykonanie, znakomita stutysięczna publiczność i życiowa forma Johna Frusciante, który zwykłe piosenki przemienia w małe dzieła sztuki. Znam ten koncert na pamięć, po raz tysięczny celebruję każdą nutę wychodzącą spod palców Fru i będę tak pewnie robił jeszcze przez wiele lat. To kultowy koncert, obejrzenie i przesłuchanie polecam każdemu.

PS. Poniżej całość w jakości średniej, warto zapolować na fragmenty w jakości lepszej lub swoją własną kopię w jakości znakomitej.

wtorek, 24 kwietnia 2012

Utwór: Eric Johnson - Cliffs of Dover


1. Eric Johnson - Cliffs of Dover (Live from Austin, 1988)

Niemal zupełnie anonimowy w naszym kraju wirtuoz gitary z Teksasu z pewnością zasługuje na dołączenie do panteonu gitarowych wymiataczy opisywanych na tym blogu. Dziś zapraszam na skromne, acz pełne wirtuozerii preludium - koncertowe wykonanie "Cliffs of Dover". Począwszy od delikatnych akordowych zagrywek z zastosowaniem efektu delay, poprzez właściwy utwór aż po finalną improwizację nie opuszcza mnie dziki zachwyt nad techniką i melodyjnym frazowaniem Johnsona. Polecam wielokrotny replay, zazwyczaj wielokrotny jest lepszy od pojedynczego. 

poniedziałek, 23 kwietnia 2012

Utwór: Awolnation - Sail


1. Awolnation - Sail (Back From Earth, 2010)

Zawsze miałem dwie dziwne słabości - do muzyki koszmarnie przebojowej oraz do przetworzonych elektronicznie partii wokalnych. To zapewne z tych powodów ten pochodzący z debiutanckiej epki Awolnation utwór skradł moje serce i uszy. Uwaga: wbrew tytułowym pozorom nie są to szanty.

Pink Floyd - The Wall cd2


Pink Floyd - The Wall (1979)

  1. Hey You
  2. Is There Anybody Out There
  3. Nobody Home
  4. Vera
  5. Bring The Boys Back Home
  6. Comfortably Numb
  7. The Show Must Go On
  8. In The Flesh
  9. Run Like Hell
  10. Waiting For The Worms
  11. Stop
  12. The Trial
  13. Outside The Wall
Gdy nadrzędną wartością staje się koncept, muzyka siłą rzeczy schodzi na dalszy plan. Na taki wniosek wysiliłem się recenzując pierwszą część albumu; pochylając się nad drugim dyskiem nieco więcej postaram się opowiedzieć o pozawatersowskich aspektach tego dzieła.

A jest o czym opowiadać. "The wall" to nie tylko płyta i zagrane z rozmachem koncerty, ale także film w reżyserii Alana Parkera oraz zrealizowane przez Watersa w 1990 roku w Berlinie wielkie widowisko z gościnnym udziałem wielu sław. A chociaż wszystko psuje brak gitarowych perełek Gilmoura i wszechobecny posmaczek podróbki, to dla wielu osób berliński koncert pozostaje tym definicyjnym. Uznanie i atencja należy się także filmowi, w którym główną rolę zagrał znany także z działalności charytatywnej Bob Geldof.  Kreacja Pinka, którą stworzył w obrazie wstrząsa widzem i na długo pozostaje w pamięci. Ech, dość ogólników, czas na dźwięki! Muzycznie na krążku znów wieje nudą. Aż pięć utworów trwa krócej niż dwie minuty, co daje oczywisty wniosek - nadrzędny jest koncept. Szkoda, że dzieje się to ze stratą dla melodii: motywy się powtarzają, brzmieniowo zaskakuje jedynie "The Trial", będący bliższy konwencji musicalu niż rock opery. Zdecydowanie wyróżnia się też "Run Like Hell" z wspaniale wyeksponowaną gitarą z efektem delay. Do stanów ekstremalnych doprowadza jednakże tylko jeden utwór - "Comfortably Numb". Elaboraty i prace naukowe nigdy nie będą w stanie wyjaśnić, dlaczego te kilka minut jest tak magiczne. Łatwo to zdiagnozować tylko z pozoru: przecież niemal w każdej piosence Pink Floyd pojawia się ciekawa linia melodyczna, wysmakowana partia gitary i rozbudowana aranżacja. O wyjątkowości tego utworu moim zdaniem stanowi ogromny ładunek emocjonalny, który David Gilmour włożył w wieńczące kompozycję gitarowe solo. Leniwi poprzestaną na odsłuchaniu wersji studyjnej; naprawdę warto poświęcić chwilę czasu, aby odnaleźć wersję z  koncertowego wydawnictwa Floydów - "Pulse". Aby docenić w pełni kunszt gitarzysty kwartetu należy wielokrotnie przesłuchać te kilka minut czystej magii. Bolesny jest powrót do szarej rzeczywistości "The Wall" - poza "Comfortably Numb" jest tu zwyczajnie nudno. A po pierwszym dysku miało być tak pięknie...

Myśląc "The Wall" należy pomyśleć: Waters. Bardzo rozbudowane ego zaowocowało rozrośniętym do granic możliwości dziełem. Album muzycznie broniący się tylko w dotkniętych przez Gilmoura fragmentach pomimo nudy wciąż onieśmiela i fascynuje. Rock (nie tylko progresywny) dzięki temu krążkowi przekroczył kolejne granice i wyznaczył drogę dla całej rzeczy naśladowców. Yacht i kolejne samochody zakupione, kazanie wygłoszone, Pink uratowany. Uroczo, prawda? Obejrzyjcie film, na płycie można kochać tylko fragmenty.

PS. Specyficzna składnia wymuszona przez szyfr.

piątek, 20 kwietnia 2012

Pink Floyd - The Wall cd1


Pink Floyd - The Wall (1979)
  1. In The Flesh?
  2. The Thin Ice
  3. Another Brick In The Wall (Part 1)
  4. The Happiest Days In Our Lives
  5. Another Brick In The Wall (Part 2)
  6. Mother
  7. Goodbye Blue Sky
  8. Empty Spaces
  9. Young Lust
  10. One Of My Turns
  11. Don't Leave Me Now
  12. Another Brick In The Wall (Part 3)
  13. Goodbye Cruel World
Na samym początku chcę zdementować utrwaloną w świadomości słuchaczy opinię, że jest to album Pink Floyd. Na okładce kolejnego wydawnictwa grupy ("The Final Cut") widnieje napis: "muzyka autorstwa Rogera Watersa w wykonaniu Pink Floyd" - taka sama adnotacja powinna zaistnieć na "The Wall". I chociaż (jak nietrudno się domyślić) nie jest to moja ulubiona płyta londyńskiego kwartetu, warto poświęcić jej chwilę uwagi.

Historia tej najsłynniejszej rock opery rozpoczyna się tuż po zakończeniu sesji nagraniowych do "Animals", dziesiątego albumu formacji. David Gilmour i Rick Wright skupili się na wydaniu solowych płyt, natomiast Roger Waters równolegle opracował dwa muzycznie odrębne projekty. Gdy przedstawił je kolegom z zespołu, bez chwili zastanowienia wybrali "The Wall" (odrzucona taśma demo została później zrealizowana i wydana przez Watersa jako "The Pros and Cons of Hitch Hiking"). Inspiracja do skonstruowania warstwy fabularnej jest moim zdaniem dość wydumana - basista Pink Floyd chciał rzekomo odciąć się od pozbawionych kontaktu z publicznością stadionowych koncertów, zaprotestować przeciwko zagubionej przez pieniądze relacji między artystami a widzami. I gdyby tylko taki był treściowy przekaz albumu, smrodek hipokryzji nie pozwoliłby mu na trwałe zaistnienie w powszechnej świadomości. Waters jako autor tekstów osiągnął na tym krążku absolutne mistrzostwo: połączył wspomniany już wątek wyobcowania gwiazdy rocka z osobistymi doświadczeniami, dokonując przy okazji wnikliwej analizy ludzkiej natury i jej skłonności to wypychania bolesnych doświadczeń ze świadomości, co prowadzi do budowania tytułowego muru izolacji i samotności. Muzycznie już nie jest tak ciekawie - obcujemy bowiem z dziełem koncepcyjnym, skomponowanym z myślą o rozbudowanym widowisku. Aspekt dramatyczny bierze niejednokrotnie górę nad muzycznym, co z jednej strony jest wielką zaletą tego albumu, a z drugiej sprawia, że nie wszystkie fragmenty płyty jednakowo przykuwają uwagę. Kompozytorem dwunastu z trzynastu utworów jest Roger Waters i niestety brakuje właściwego dla Davida Gilmoura wyczucia melodii. Na wyróżnienie zasługuje niewątpliwie każda z odsłon "Another Brick In The Wall", frapujących nie tylko dzięki aranżacyjnym smaczkom (chór dziecięcy w drugiej części utworu), ale przede wszystkim z powodu genialnych partii gitarowych. "Young Lust" to jedyny na krążku utwór którego współautorem i głównym wykonawcą jest David Gilmour; przede wszystkim jest to świetny, niemal hard rockowy utwór. Od pozostałych pozycji różni go radiowo melodyjny refren i aranżacyjny polot, którego tak brakuje Watersowi. Pozostałe utwory istnieją w ścisłym związku z tekstem i znaczeniem dla fabuły.

Przy okazji pierwszej części tego albumu czytelników odsyłam do lektury wypowiedzi członków zespołu na temat "The Wall". Część druga recenzji wkrótce. 

niedziela, 15 kwietnia 2012

Utwór: Antoine Dufour - Glimmer of Hope


1. Antoine Dufour - Glimmer of Hope (Naissance, 2005)

Na niedzielny wieczór polecam towarzystwo Antoine'a Dufoura - kanadyjskiego wirtuoza gitary akustycznej nagrywającego dla niesamowitej wytwórni CandyRat. Jednen człowiek, jedna gitara, żadnych dogrywek - już sam opis brzmi zachęcająco; w dodatku artysta prezentuje pełen zakres technik fingerstyle przy zachowaniu melodii i kompozycyjnego ładu. W najbliższych tygodniach z pewnością będziemy częściej gościć w tej części Kanady.

sobota, 14 kwietnia 2012

Utwór: Van Halen - Panama


1. Van Halen - Panama (1984, 1984)

Jedna z najbardziej rozpoznawalnych piosenek tego zespołu, nagrana w klasycznym składzie do dziś prezentuje się niezwykle świeżo. Uwagę zwraca przede wszystkim techniczna maestria Eddi'ego Van Halena, którego rozpoznawalny gitarowy styl miał niesamowity wpływ na całą muzykę rockową i metalową lat 80. Flażolety i tappingi bledną jednakże w obliczu oszałamiająco abstrakcyjnej choreografii i strojów Davida Lee Rotha... Zapraszam zatem na pierwszorzędną rozrywkę przy klipie oraz na instrumentalną wersję wykonaną w David Letterman Show.


piątek, 13 kwietnia 2012

Raz Dwa Trzy - Trudno Nie Wierzyć W Nic


Raz Dwa Trzy - Trudno nie wierzyć w nic (2003)
  1. I tylko to wiem
  2. Jutro możemy być szczęśliwi
  3. Trudno nie wierzyć w nic
  4. Tak mówi pismo
  5. Nazywaj rzeczy po imieniu
  6. Idę przed siebie
  7. Mógłbyś temu zaprzeczyć
  8. To znak
  9. Mam imię, nazwisko i pracę
  10. Jestem tylko przechodniem
  11. Policjanci w Atenach udają Greka
Zanim zdecyduję się na przybliżenie jakiejś płyty zawsze dokonuję małego googlowania na jej temat. Materiałów dotyczących jednego z najlepszych polskich wydawnictw ostatnich lat jest zaskakująco mało. No tak, to przecież "muzyka chrześcijańska/poezja śpiewana" (cóż za idiotyczne etykietki!), facet coś smęci o Bogu i Piśmie Świętym, słowem - koszmarna nuda. Czas na weryfikację tych opinii.

Jestem zwolennikiem poglądu, że muzyka nie musi istnieć w syntezie z tekstem. Nie jestem przypadkiem odosobnionym, niemal każdy z nas lubi piosenkę/płytę, której treści lirycznej z różnych powodów nie rozumie. Tak właśnie jest z "Trudno nie wierzyć w nic": album ten może funkcjonować tylko w warstwie muzycznej. Różnorodność tego krążka może zaskoczyć każdego; dźwięki rozmaitych gitar splatają się z nostalgicznym wokalem Adama Nowaka przy akompaniamencie wyśmienitej sekcji rytmicznej. Aranżacyjnego smaczku dodają chórki, akordeon, organy Hammonda i sekcje: dęta oraz smyczkowa. Rozpatrzmy ten album najpierw na płaszczyźnie muzycznej. Otwierająca płytę kompozycja "I tylko to wiem" wydaje się być typowym soft- rockowym numerem: dźwięki gitary slide, podkładowa gra gitary akustycznej, analogowe klawisze, chórki i dęciaki w aranżacji - poprawne składniki lekkiej, delikatnej piosenki. O wybitność ociera się dopiero utwór drugi: latynoska rytmika, czarujące tło generowane przez dźwięki gitar i ponownie klawiszy; cudownie smakowite są wejścia sekcji dętej i grany na gitarze elektrycznej około 1 minuty i 20 sekundy motyw. Natomiast końcówka z wiodącą rolą smyczków przyprawia o dreszcze i naprawdę zachwyca; moim zdaniem to jedna z najlepiej zaaranżowanych polskich piosenek w historii. Utwór tytułowy kupił mnie od pierwszych dźwięków elektrycznej gitary; sekcja rytmiczna tym razem bardziej swinguje, a w tle uroczo szumią organy Hammonda; na dodatek nasze uszy raczy naprawdę świetne, jazzujące gitarowe solo. "Tak mówi pismo" to jeden świetny motyw w wielu odsłonach, w tym akordeonowej; flirt z bardziej riffową strukturą i ponownie dźwięki akordeonu przynosi "Nazywaj rzeczy po imieniu". Wiodącą rolę w "Idę przed siebie" gra sekcja dęta, możemy też usłyszeć tu sporo efektu wah-wah. Utwór siódmy wyróżniają big beatowe zagrywki rytmiczne i urozmaicona aranżacja. "To znak" rozpoczyna się blues rockowym riffem, chociaż struktura zwrotek bardziej przywodzi na myśl muzykę funk; w końcówce utworu smakowicie improwizuje trąbka. Latynoskie naleciałości są wyraźnie wyczuwalne w "Mam imię, nazwisko i pracę". Bardziej psychodeliczne rejony odwiedzamy wraz z suitą "Jestem tylko przechodniem" - nie brak tu rozedrganych brzmień klawiszy, sprzęgających gitar i efektu tap reverse. Lekką żartobliwą miniaturą w stylu greckim jest zamykający album utwór "Policjanci w Atenach udają Greka", który doskonale pointuje muzycznie różnorodną mieszankę, jaką jest "Trudno nie wierzyć w nic".

W tym miejscu podtrzymuję tezę, że muzyka może obyć się bez tekstu. Jednakże to właśnie warstwa liryczna stanowi o wyjątkowości Raz Dwa Trzy - wspaniale dopełnia ona doskonałą dźwiękową opowieść. Z powodu muzycznej wielowątkowości nie można zaklasyfikować ich twórczości jako poezji śpiewanej. Nie jest to też muzyka chrześcijańska, skupiająca się wyłącznie na niejednokrotnie grafomańskim wielbieniu Boga. Trudne teksty Adama Nowaka odnoszą się bardziej do relacji człowiek-Bóg i analizują współczesnego człowieka przez pryzmat tej więzi, szukają odpowiedzi na odwieczne pytania w sposób kunsztowny i przenikliwy. Próżno szukać na tym krążku banałów, to raczej zestaw intymnych, osobistych refleksji autora, literacko nienagannych i co ważniejsze - niebanalnych. 

Siląc się na próbę podsumowania tak długiego tekstu muszę zauważyć dwie rzeczy. Po pierwsza ta płyta to muzyczny fenomen na polskim rynku: jest doskonale skomponowana, zaaranżowana i zarejestrowana. Z czysto produkcyjnego punktu widzenia słucha się jej z niekłamaną frajdą; po drugie z większą jeszcze przyjemnością można wsłuchać się w mądre, ale pozbawione patosu liryki. Adam Nowak o sprawach najważniejszych pisze bez zbędnego zadęcia co sprawia, że do płyty chce się wracać nie tylko w chwilach religijnego uniesienia. 

wtorek, 10 kwietnia 2012

Utwór: Eddie Cochran - Come On Everybody


1. Eddie Cochran - Come On Everybody (Town Hall Party live, 1959)

Dziś zapraszam na kolejny rock and rollowy klasyk. Akordowa prostota, pianino w stylu country i zawodowy klakier to główne atuty wersji koncertowej. Obdarzony filmową urodą frontman czaruje głosem i wysyła naprawdę potężny ładunek pozytywnej energii. Nieśmiertelna muzyka.



poniedziałek, 9 kwietnia 2012

Utwór: Ozzy Osbourne - Paranoid

1. Ozzy Osbourne - Paranoid (Live At Budokan, 2002)

Obiecane w poprzednim poście uzupełnienie wiedzy o "Paranoid". Ozzy wykonywał je podczas solowej kariery z rozmaitymi gitarzystami: od Randy'ego Rhoadsa, przez Jake'a E. Lee aż po Zakka Wylde'a. Jeden z najlepszych gitarowych wymiataczy gra ten Sabbathowy klasyk w obniżonym stroju, ubarwiając piosenkę licznymi flażoletami i technicznymi detalami. Prawdziwym majstersztykiem jest solówka, gdzie przypominający Mojżesza gitarzysta pięknie ucieka schematom i tworzy najlepszą wersję "Paranoid" w historii. Na płytę przyjdzie czas, dziś wsłuchajmy się w ciągle żywe 3 minuty historii rocka.

Black Sabbath - Paranoid


Black Sabbath - Paranoid (1970)
  1. War Pigs
  2. Paranoid
  3. Planet Caravan
  4. Iron Man
  5. Electric Funeral
  6. Hand Of Doom
  7. Rat Salad
  8. Fairies Wear Boots


Zazwyczaj przy redagowaniu listy utworów posiłkuję się dołączoną do płyty książeczką. Dziś mogłem z wielką przyjemnością z pamięci wymienić wszystkie numery, nucąc sobie riff każdego z nich. Płyta - pomnik, kolejny wiecznie żywy longplay, którego polskojęzycznych (!) recenzji można wygooglować dziesiątki. Sugeruje to nieco inny sposób omawiania, ponownie w asyście jednego z twórców - Ozzy'ego Osbourne'a.
"Płyta z początku nosiła tytuł War Pigs - to dlatego na okładce jest ten facet w hełmie i z tarczą. Nie wiem, kto to taki. Nawet chciałbym go poznać. Na pewno jest teraz gruby i pracuje w urzędzie skarbowym" 
Dlaczego tytuł "War Pigs"  nie mógł pojawić się na okładce? Oczywistym wyjaśnieniem jest trwająca wówczas wojna w Wietnamie i (delikatnie mówiąc) krytykująca polityków warstwa liryczna utworu. Sama kompozycja to prosta, ale trafiająca w sedno kombinacja miażdżących riffów Iommi'ego, połamanej i lekko jazzującej perkusji Warda oraz mocnego wokalu Ozzy'ego. Do dziś dnia elektryzuje zarówno wciąż aktualny tekst, jak i potężne brzmienie. 
"Większość numerów z Paranoid została nam z czasu nagrywania Black Sabbath, ale kawałek tytułowy napisaliśmy w studio, bo brakowało nam wypełniacza, który trwałby trzy i pół minuty. Rzecz wzięła się z jednego jamu. Najlepsze utwory powstają w ten sposób. Można siedzieć godzinami i wszystko cyzelować, ale hitami są właśnie takie szybciaki."
Największy przebój zespołu, czyli właśnie "Paranoid" to dla mnie przede wszystkim szalony bas Geezera Butlera. Od oryginału wolę wersje utworu grane podczas solowej kariery Ozzy'ego, o czym wspomnę w stosownym post scriptum. Przejdźmy zatem do utworu trzeciego, czyli "Planet Caravan". Fani cięższych brzmień nazywają ten utwór słabym, dla mnie to najlepszy numer z płyty! Po pierwsze- wspaniale zarejestrowany głos Ozzy'ego, przetworzony przez obrotowy głośnik Leslie. Po drugie - jazzująca gitara (tak, to nadal płyta Black Sabbath) i wreszcie po trzecie - gra sekcji rytmicznej. Każdy ten składnik sprawia, że utwór ma przepięknie rozmarzony nastrój; wycisza, uspokaja, pozwala się rozmarzyć. Aby nie było tak relaksacyjnie, czas na utwór czwarty:
 "W Sabbathach śpiewałem riffami do riffów Tony'ego Iommi'ego. Powiedzmy sobie: trzeba być wariatem, żeby idąc do pracy nucić sobie Iron Mana. "

Riff - legenda, biblia początkującego metalowego gitarzysty. Wyróżnia się świetne solo gitarowe oraz wyśmienita koda. "Electric Funeral" to także rozpoznawalny riffowy numer z dynamiczną wstawką w połowie utworu. Wielkie uznanie należy się Sabbathom za "Hand of Doom" - mroczny basowy motyw przerywają mocne wejścia refrenów, potem mamy doczynienia z żonglerką riffów i popisami instrumentalnymi Iommi'ego zakończone powrotem do głównego motywu. "Rat Salad" to rozbudowane solo perkusyjne, natomiast "Fairies Wear Boots" stanowi dla mnie kosmiczną, nierozwiązywalną zagadkę. 
"Od wielu lat z różnymi zespołami wykonywałem klasyczne numery Black Sabbath, takie jak Iron Man, Paranoid czy War Pigs. To byli zawsze dobrzy muzycy, ale z Sabbathem jest inaczej. Zawsze mówiłem, że nikt nie gra riffów tak dobrze, jak Tony Iommi. Oryginał musi być lepszy od kopii."
Podsumowując: to kawał naprawdę potężnej muzyki. Heavy Metal nie musi oznaczać oszałamiająco szybkich temp, growlujących wokalistów i podwójnej stopy. To przede wszystkim klimat, instrumentalna wirtuozeria i teksty będące blisko rzeczywistości. Siła tego albumu tkwi w dobrych melodiach i autentyczności o czym warto się osobiście przekonać, gdyż może to zaowocować miłością na całe życie.


Wszystkie cytowane wypowiedzi pochodzą z książki "Mówi Ozzy" pod redakcją Harry'ego Shawa, wyd. In Rock, Poznań 2003.

piątek, 6 kwietnia 2012

Utwór: The Vines - Spaceship


1. The Vines - Spaceship (Vision Valley, 2006)

Australijscy punkowi Beatlesi umieją spłodzić nie tylko kawałek zacnego hałasu; w wydaniu balladowym trafiają jeszcze celniej. "Spaceship" to ostatni utwór z oczywiście nierównego albumu "Vision Valley", mówiąc dokładniej piosenka ta nierówność poziomu zaostrza, bo jest to po prostu dzieło wybitne. Klimat, melodia, beatlesowskie  harmonie wokalne i wreszcie przepiękne gitarowe solo - trzeba posłuchać.

czwartek, 5 kwietnia 2012

Utwór: Stray Cats - Rock This Town


1. Stray Cats - Rock This Town (Stray Cats, 1981)

W kosmicznie dziwnych muzycznie latach 80. Stray Cats zrobili prawdziwą furorę grając klasyczne rockabilly spod znaku Elvisa czy Eddi'ego Cochrana.  Trzyosobowy skład (kontrabas, grający na stojąco perkusista i wielki gitarowy talent, jakim jest Brian Setzer) generuje naprawdę ciekawe dźwięki i gwarantuje nie tylko doskonałą zabawę, ale też wysoki poziom wykonawczy. W dniu dzisiejszym zapraszam na ich pierwszy wielki przebój z debiutanckiego longlplaya, czyli "Rock This Town" w wersji studyjnej oraz nieco dłuższej , koncertowej. 


środa, 4 kwietnia 2012

John Frusciante & Various Artists - Brown Bunny Soundtrack


Brown Bunny Soundtrack (2004)

  1. Come Wander With Me  (Jeff Alexander)
  2. Tears For Dolphy (Ted Curson)
  3. Milk And Honey (Jackson C. Frank)
  4. Beautiful (Gordon Lightfoot)
  5. Smooth (Matisse, Accardo Quartet)
  6. Forever Away (John Frusciante)
  7. Dying Song (John Frusciante)
  8. Leaving All The Days Behind (John Frusciante)
  9. Prostitution Song (John Frusciante)
  10. Falling (John Frusciante)
Nie jest moim celem zwracanie szczególnej uwagi na ten dość kontrowersyjny film Vincenta Gallo. Po prostu dokładnie 50% znakomitej ścieżki dźwiękowej tego dzieła/pornograficznego road movie (niepotrzebne skreślić) skomponował John Frusciante. A fakt ten wymaga odnotowania i przesłuchania, do czego gorąco zachęcam. 

Często muzyka filmowa jest ściśle powiązana z danym tytułem, nie istnieje jako odrębny byt. W tym przypadku można zaniechać poszukiwania dvd, wystarczy sięgnąć po soundtrack zawierający klimatyczną, nastrojową i zróżnicowaną mieszankę - krążek czaruje od pierwszej do ostatniej nuty. "Come Wander With Me" pochodzi ze ścieżki dźwiękowej legendarnego serialu "Strefa Mroku"; ascetyczna aranżacja i przejmująca melodia stanowią znakomite otwarcie. Utwór drugi to skok w świat klasycznego jazzu; "Milk And Honey" jest piosenką znakomitego amerykańskiego barda, Jacksona C. Franka, który wywarł niesamowicie silny wpływ na takich artystów jak Paul Simon czy Nick Drake. Twórczość Franka została niejako skryta mrokami dziejów, tym bardziej cieszy wydobycie takiej perełki przez Vincenta Gallo. "Beautiful" Gordona Lightfoota to kolejna warta przypominania pozycja - kanadyjski piosenkarz folk także niestety nie jest już obecny w zbiorowej świadomości. Piąta pozycja zabiera nas ponownie w jazzowe rejony, tym razem podróżujemy w towarzystwie Accardo Quartet. Po tak świetnym zestawie lekko zakurzonych evergreenów przychodzi czas na część płyty w wykonaniu Johna Frusciante. Były gitarzysta RHCP przygotował cztery przyprawiające o dreszcze, premierowe kompozycje. "Forever Away" to akustyczna ballada z wieloma obliczami wokalu Frusciante oraz pięknym frazowaniem gitary elektrycznej. "Dying Song" zbudowano na dźwiękach elektrycznego pianina, akustycznej gitary i wspaniałych wielogłosach. Najlepiej słychać tu talent Johna jako aranżera - prostymi środkami buduje naprawdę bogatą muzycznie całość. Kolejny utwór to znana już fanom z albumu "From The Sounds Inside" piosenka "Cut Myself Out" - zmieniono jedynie tytuł. Następne oblicze Frusciante to "Prostitution Song", czyli motoryczny riff zagrany na gitarze akustycznej połączony z niesamowitą, lekko jazzującą grą gitary elektrycznej z zastosowaniem efektów reverse oraz tap echo. Prawdziwym arcydziełem jest jednak ostatni utwór - to synteza talentów kompozycyjnych i instrumentalnych Frusciante. "Falling" oparto na powtarzającym się motywie gitary akustycznej, przełamanym świetną progresją akordową; całość urozmaica elektryczna gitara z użyciem wspomnianych już efektów. Każdy opis tej miniatury nie odda całego jej uroku.

Dla każdego fana talentu Johna Frusciante to płyta z kategorii "must have". Co z pozostałymi? Jeżeli lubicie dźwięki folkowych ballad, jazzowych standardów i alternatywnego, niszowego rocka, powinniście zaopatrzyć się w ten krążek. Ale jeszcze lepiej będzie, jeżeli potraktujecie go jak drogowskaz i zapoznacie się w jakimkolwiek szerszym zakresie z twórczością każdego z tych artystów. Będzie to dźwiękowa podróż z pewnością bardziej owocna, niż ta przedstawiona w filmie Vincenta Gallo. 






niedziela, 1 kwietnia 2012

Odcinek Specjalny - Prima Aprilis


Z okazji dzisiejszej przedziwnej daty zapraszam na kilka niezbyt poważnych utworów. Z powodu niekoniecznie wybitnego poziomu muzycznego nie miały okazji pojawić się wcześniej, dziś nadszedł ich czas. Panie i Panowie, poloneza czas zacząć:

1. Hugh Laurie - America (A Bit Of Fry And Laurie, 1989)

Patetyczna ballada o skomplikowanym tekście, przeznaczona dla stereotypowo inteligentnego Amerykanina. Reakcja Stephena Fry'a jest zupełnie zrozumiała.


2. David Hasselhoff - Hooked On A Feeling ( B.J. Thomas cover, 1997)

Piosenka kompletnie niezrozumiała - począwszy od pierwszych dźwięków "ooga chakka, hooga hooga", poprzez wszędobylskie jamniki aż do latającego na wszelakie możliwe sposoby Hasselhoffa utwór i klip robią nam z mózgu sieczkę. Ten singiel to prezent dla wroga, ale przezabawny.


3. Korpiklaani - Wooden Pints (Spirit of the Forrest, 2003)

Już pierwsze wersy liryku kupiły mnie bez reszty - "There's Man Underground/Who have never seen the Sun/But They really know how to party". Folk Metalowcy z Korpiklaani zazwyczaj śpiewają o alkoholach i są zespołem z założenia zabawnym; w uroczym klipie do "Wooden Pints" imponują pokerowe twarze muzyków (skrzypek!), użycie udka od kurczaka jako perkusyjnej pałki (1:09) oraz uroczo udawana bijatyka. Co gorsza - utwór wpada w ucho i sam się nuci przez kolejny tydzień.