wtorek, 26 czerwca 2012

Utwór: Yes - Owner Of A Lonely Heart


1. Yes - Owner Of A Lonely Heart ( 90125, 1983)

Yes to zespół mojego dzieciństwa - wielkim fanem tego art-rockowego zespołu jest mój Tata. Po latach z przyjemnością wracam do tej muzyki. Najbardziej przebojowym utworem formacji jest bez wątpienia "Owner Of A Lonely Heart". Wysoki głos Jona Andersona i niepowtarzalnie kosmiczny styl gry na gitarze Trevora Rabina składają się na ponadczasowy urok tej kompozycji. I pamiętajcie - nie cierpię lat 80., a ten utwór wręcz uwielbiam. To chyba najlepsza rekomendacja. 

niedziela, 24 czerwca 2012

Utwór: Dave Matthews Band - Jimi Thing


1. Dave Matthews Band - Jimi Thing (Live Central Park Concert, 2003)

Ten przecudowny zespół skradł moje serce już kilka lat temu. Dzisiejszy utwór to swoisty trailer, ukazujący wszystkie zalety zespołu: intrygującą grę sekcji rytmicznej, bogactwo brzmień, złożoność kompozycji oraz przede wszystkim improwizacyjny polot. Wisienką na torcie jest gościnny występ Warrena Hayesa, gitarzysty m.in. Allman Brothers Band i Gov't Mule. Ciąg dalszy niebawem.

piątek, 22 czerwca 2012

Black Sabbath - Live in Paris


Black Sabbath - Live in Paris (1970)
  1. Paranoid
  2. Hand of Doom
  3. Rat Salad
  4. Iron Man
  5. Black Sabbath
  6. N.I.B.
  7. Behind The Wall of Sleep
  8. War Pigs
  9. Fairies Wear Boots

http://youtu.be/c78lez8P0gc


Uwielbiam ten koncert. Zawiera wprawdzie materiał tylko z dwóch pierwszych płyt Black Sabbath ("Black Sabbath" i "Paranoid"), ale w najlepszej z możliwych konfiguracji - w oryginalnym składzie, z młodzieńczą energią, ale już bez debiutanckiej tremy. Warto rzucić okiem i uchem na to wydawnictwo. Dlaczego?

Po pierwsze: wokal Ozzy'ego Osbourne'a. Powszechnie kojarzony jako skrzeczący staruszek wokalista w 1970 roku miał 22 lata i mocny, charakterystyczny głos. Najlepiej słychać to w takich utworach jak "Rat Salad" czy "War Pigs". Zwłaszcza ten drugi utwór można przytaczać jako argument  w polemice z każdym, kto twierdzi że Ozzy nie umie śpiewać. Po drugie: gra na perkusji Billa Warda. Muzyka Black Sabbath to proste gitarowe riffy, ale naprawdę skomplikowana rytmicznie robota. Bardzo dużo na temat pracy bębniarza mówi ujęcie (tuż przed "N.I.B."), w którym technicy przybijają perkusję do sceny, aby się nie przesuwała. Oglądanie pełnej zaangażowania gry Warda to prawdziwa przyjemność. Po trzecie: patrząc na współczesną scenę metalową czuję niesamowite zażenowanie kiczowatą otoczką trupiego makijażu, satanistycznych symboli i subkulturowego pozerstwa. Black Sabbath potrafili zagrać naprawdę ciężką i momentami mroczną muzykę w czerwonych jeansach (Iommi), kolorowym sweterku (Butler) i czerwonej bluzce w gwiazdki (Ward). Brak tu pochodni, fajerwerków, spektakularnego oświetlenia czy darcia Biblii. Ta muzyka jest tak dobra, że nie potrzebuje otoczki skandalu.

Podsumowując: godzina naprawdę wartościowego hałasu. Najlepszy, historyczny skład Black Sabbath już za młodu wykonuje swoiste the best of. Jeżeli ktoś nie przepada za tym zespołem - obejrzyjcie "War Pigs", a zrozumiecie.

(powinno być "amen" na końcu, ale jeszcze ktoś by mnie pozwał.)


wtorek, 19 czerwca 2012

Utwór: Florence And The Machine - No Light, No Light


1. No Light, No Light (Ceremonials, 2011)

Świetne utwory mają czasami dość prozaiczne historie. "No Light, No Light" powstało podczas trasy koncertowej po Europie. Zespół po koncercie w Amsterdamie postanowił uczcić urodziny Roba Ackroyda wypadem do Brukseli. Gdy wszyscy członkowie zespołu byli już w wyższym stanie świadomości ktoś rzucił: "Hej, napiszmy piosenkę!" - tak właśnie w zespołowym autokarze powstał trzeci singiel z "Ceremonials". Wybór ten nie dziwi - przebojowy potencjał, piękne klawiszowe brzmienia i aranżacyjny rozmach czynią ten utwór najjaśniejszym punktem przeciętnej płyty. Dorzucając niesamowity głos Florence otrzymujemy naprawdę wybitny kawałek muzyki. 


piątek, 15 czerwca 2012

Utwór: Gnarls Barkley - Transformer (live at Abbey Road)


1. Transformer (live at Abbey Road, 2007)

Kolejna perełka  w wykonaniu tego przeuroczego duetu. Wersja albumowa przyprawia o obłęd, natomiast wykonanie zarejestrowane w słynnym Abbey Road Studio wywołuje zupełnie inne emocje. Piękna aranżacja, doskonały dobór brzmień i przede wszystkim głos Cee- Lo Greena powodują, że odruchowo wciskamy "replay". Na całe szczęście noc jest długa. 

czwartek, 14 czerwca 2012

Gotan Project - La Revancha del Tango


Gotan Project - La Revancha del Tango (2001)

  1. Queremos Paz
  2. Epoka
  3. Chunga's Revenge
  4. Triptico
  5. Santa Maria (Del Buen Ayre)
  6. Una Musica Brutal
  7. El Capitalismo Foraneo
  8. Last Tango in Paris
  9. La Del Ruso
  10. Vuelvo Al Sur
W dniu dzisiejszym zapraszam na rewelację sprzed dekady - debiutancki krążek Gotan Project. O tej niemożliwej do sklasyfikowania formacji milczy polski Internet, postaram się zatem skromnymi kilkoma zdaniami nadrobić tę zaskakującą zaległość. 

Międzynarodowe trio z powodzeniem połączyło dwa pozornie sprzeczne światy - argentyńskiego tanga oraz elektronicznej muzyki klubowej. Myli się jednak ktoś, kto po takim opisie stwierdzi - to pewnie muzyka taneczna. Życie potrafi zaskakiwać - dla mnie "La Revancha del Tango" okazało się być muzyką do nieistniejącego filmu. Brzmienie bandeonu (dla niewtajemniczonych: to taki bardzo charakterystyczny idiofon dęty klawiszowy, czyli coś pomiędzy akordeonem a harmonią) przywodzi na myśl zadymione kawiarnie Buenos Aires; delikatne dźwięki klasycznej gitary o posmaku flamenco od razu skradły moje serce. Aby zrobiło się zupełnie błogo na debiutanckim krążku formacji możemy często usłyszeć skrzypce i fortepian. Te klimatyczne składniki okraszono elektronicznym sosem - samplowanymi fragmentami przemówień m.in. Juana Perona i gustownie dobranymi efektami. Całości dopełnia współczesna sekcja rytmiczna z uwypuklonym basem. Efekt? Duch tango dostał się w nowe, silne i pełne energii ciało. Młodzieńczy wigor elektroniki nie przeważył nad sensualną, pełną tajemniczości atmosferą argentyńskiej muzyki. Cała płyta trzyma wysoki poziom, wyróżnić mogę jedynie "Chunga's Revenge" - będący "coverem" utworu...Franka Zappy.

Debiutancki album Gotan Project to świetna zachęta do poznania bogatego, acz ciągle nieodkrytego świata południowoamerykańskiej muzyki. Przystępna forma zachęca do dalszej eksploracji twórczości chociażby Astora Piazzolli. "La Revancha del Tango" otwiera wiele muzycznych drzwi, co jest najlepszą rekomendacją.



wtorek, 12 czerwca 2012

Utwór: Yngwie Malmsteen - Evil Eye


Yngwie Malmsteen - Evil Eye (Rising Force, 1985)

Bohater dzisiejszego odcinka to najbardziej neoklasyczny z metalowych gitarzystów. W niemal każdym elemencie jego dźwiękowego arsenału możemy bez trudu odnaleźć pierwiastki geniuszu Paganiniego, Bacha, Mozarta czy Beethovena. Dziś zapraszam na ucztę dla oczu i uszu - pochodzący z debiutanckiego solowego krążka utwór "Evil Eye" w wersjach koncertowej oraz studyjnej. 


środa, 6 czerwca 2012

Utwór: Steve Vai - Blue Powder


Steve Vai - Blue Powder (Passion and Warfare, 1990)

Uroczy, "z Bravo wzięty" młodzieniec na zdjęciu to jeden z najlepszych technicznie gitarzystów ostatnich dekad. Z powodu kosmicznych umiejętności jego utwory nie są ograniczone niczym poza wyobraźnią artysty. Aby było ciekawiej dzisiejsza kompozycja to muzyka...reklamowa. Pierwotnie pojawiła się jako dołączona do Guitar Player Magazine demonstracja możliwości wzmacniacza Carvin X-100B. Nie zmienia to faktu, że "Blue Powder" jest dziełem wybitnym i nieoczywistym. Świetnie brzmią gitary, funkujący bas i urozmaicone partie perkusji. Ten utwór to miłość na długie lata.

wtorek, 5 czerwca 2012

Coldplay - X&Y


Coldplay - X&Y (2005)
  1. Square One
  2. What If
  3. White Shadows
  4. Fix You
  5. Talk
  6. X&Y
  7. Speed of Sound
  8. Message
  9. Low
  10. Hardest Part
  11. Swallowed in the Sea
  12. Twisted Logic
  13. Til Kingdom Come
Ta płyta jest jak film erotyczny: liczą się "momenty", fabuła nie ma żadnego znaczenia. Niestety panowie z Coldplay zastosowali tą filozofię do muzyki, co przełożyło się na album koszmarny, zawierający jednak utwory wywołujące dreszcz podniecenia i przyspieszone bicie serca. Przebrnijmy zatem przez morze żałości, by wyłowić prawdziwe perły. 

Muzyka pop rządzi się swoimi prawidłami - musi być melodyjnie, gładko, schematycznie i koniecznie w trzy minuty. Chris Martin i spółka tylko leciutko pogrywają z tą konwencją. "Square One" to naprawdę wyśmienity otwieracz: pełen ambientowej przestrzeni, ciekawej rytmiki i dynamicznych gitar. Głos Martina jest nieco wycofany, nie tak bliski naszym uszom jak na poprzednich płytach. Po akustycznym zakończeniu utworu nasze apetyty są już nieco rozbudzone. Przechodzimy zatem do "What If" i...otrzymujemy z pozoru łzawą piano balladę. Wszystko zgodnie z harmonogramem, aż do 1:43 - wtedy następuje aranżacyjne niebo, złożone z pięknej orkiestracji, wokalnych harmonii i chwytliwego gitarowego motywu. Nikt nie odkrywa Ameryki, ale robi się cieplej na sercu. Pierwsze dwie kompozycje pozostawiają nas w wyśmienitym nastroju, lecz gdy słyszymy pierwsze dźwięki "White Shadows" zaczynamy drapać się po głowie i zastanawiać: "Skąd to znam?". Niestety nie ratuje aranżacja, ani banalny refren. Warto zwrócić uwagę na bardzo nietypowe outro około 4:20 - wprowadza nas ono w najciekawszy fragment krążka, czyli "Fix You". Klawiszowy pejzaż niesamowicie działa na wyobraźnię, niestety końcówka to już tylko autoplagiat. Inny klimat ma wpadająca w ucho, rozmarzona kompozycja tytułowa. Zarówno "Talk" jak i "Speed of Sound" to przesłodkie autoplagiaty. Cudowną odmianą jest przypominająca klimat "Parachutes" akustyczna kompozycja "Message". Końcówka płyty woła o pomstę do nieba i jest zabójstwem dla choć trochę osłuchanego odbiorcy. Dopiero ukryty utwór, "Til Kingdom Come" przywraca wiarę w kompozytorski talent Chrisa Martina. 

Tak jak filmy z astmatyczkami ogląda się jedynie dla wąskich wycinków "dzieła", tak "X&Y" warto posłuchać tylko dla niektórych fragmentów. Przestrzenne brzmienia i nieoczywiste rozwiązania stały się udziałem jedynie kilku utworów z płyty, co absolutnie krążka nie przekreśla. Paradoksalnie bardziej docenia się intrygujące detale, gdy w ich bezpośrednim sąsiedztwie słyszymy definicyjnie miałki pop. Płyta zdecydowanie dla poszukiwaczy skarbów. 


sobota, 2 czerwca 2012

Utwór: Creed - Riders on the Storm


1. Riders on the Storm (Stoned Immaculate: The Music of The Doors, 2000)

Rzadko sięgam po tribute albumy, ma to związek z moją ogólną niechęcią do coverów. Wykonanie przez zespół Creed nieśmiertelnego przeboju The Doors nie miałoby w sobie nic ciekawego, gdyby nie gościnny występ Robbie'go Kriegera. Wysmakowana, ale nieco odważniejsza niż w oryginale gra członka pierwszego składu Doorsów dodaje tej wersji smaku i kolorytu. Wartością dodaną jest naprawdę dobry wokal Scota Stappa. W sam raz na deszczową pogodę.



piątek, 1 czerwca 2012

Dire Straits - Dire Straits


Dire Straits - Dire Straits (1978)

  1. Down to the waterline
  2. Water of love
  3. Setting me up
  4. Six blade knife
  5. Southbound again
  6. Sultans of swing
  7. In the gallery
  8. Wild west end
  9. Lions

Ogłoszenia parafialne: mała reaktywacja po miesiącu wiosennego snu. Rezygnuję z jakiejkolwiek kolejności czy porządku na rzecz czystej muzycznej spontaniczności - co mi wpadnie w ucho, pojawi się na blogu.

Naszymi dzisiejszymi muzycznymi gośćmi są czterej panowie z Dire Straits i ich debiutancki album zatytułowany po prostu "Dire Straits". Ostatnio zdałem sobie sprawę z tego, że mimo uwielbienia dla wielu utworów tego zespołu nie mam zielonego pojęcia o jakiejkolwiek płycie kwartetu. Stąd potrzeba sięgnięcia ad fontes w postaci tego odcinka. 

Album niemal dziś zapomniany oferuje minimalistyczny i wysmakowany rock. Przez całą płytę przebija wielka indywidualność wokalisty, gitarzysty oraz kompozytora całości materiału - Marka Knopflera, będącego jednym z najbardziej charakterystycznych wirtuozów sześciu strun w historii. Do gry na gitarze nie używa kostki, wszystkie partie rytmiczne oraz solowe są wykonywane za pomocą palców. Dołóżmy do tego dylanowski sposób śpiewania i niebywały talent kompozytorski, a otrzymamy wszystkie składniki sukcesu zespołu. Krążek otwiera "Down to the waterline" - mój faworyt z płyty, brzmiący w sposób charakterystyczny dla Dire Straits i okraszony naprawdę wyśmienitym solem. Co ciekawe dynamikę utworu udało się zbudować z użyciem jedynie czystych brzmień i efektu flanger. Wycieczką w rejon estetyki country jest akustyczne "Water of love" oraz zagrane na twangującym Telecasterze "Setting me up". Bluesujące "Six blade knife" sąsiaduje z bardziej dynamicznym "Southbound again". Największym przebojem z tego krążka jest bez wątpienia numer 6. - słynne "Sultans of swing" to temat przynajmniej na pracę magisterską. Osobny rozdział można poświęcić wyśmienitemu lirykowi, inny wokalnemu kunsztowi Knopflera, a zupełnie odrębny gitarowej maestrii detali oraz partii solowej. Laur dla najlepszego na płycie riffu przyznaję jednak kolejnej kompozycji - "In the gallery" ujmuje naprawdę świetną grą gitar i bardziej zadziornym śpiewem Knopflera.  Istną krainą łagodności jest "Wild west end", gdzie gra lidera przybiera bardziej jazzowy charakter. Od niebotycznego poziomu odstaje dobre, lecz nie wybitne "Lions".

Podsumowując: to naprawdę doskonała płyta. Charakterystyczne brzmienie, wielka indywidualność lidera, dobre kompozycje - to wszystko sprawia, że debiut Dire Straits kradnie serce od pierwszego przesłuchania. Nie jest to płyta do pomachania głową i potupania nóżką - wymaga chwili ciszy, skupienia i odkrycia w sobie pokładów muzycznej wrażliwości. W zamian dostarcza niesamowitych dźwiękowych doznań, które mogą uzależniać.