wtorek, 25 września 2012

Utwór: The Chantels - Maybe


Lata komunizmu wyrządziły niesamowite szkody nie tylko polskiej mentalności i gospodarce, ale także kulturze. Jak bowiem inaczej wytłumaczyć fakt, że nawet tak nowoczesne medium jak internet w wydaniu polskim milczy na temat The Chantels? Postanowiłem zatem przybliżyć największy przebój pierwszego odnoszącego sukcesy czarnego zespołu - "Maybe". Ta wielokrotnie coverowana (poniżej) piosenka, została zaaranżowana w stylu doo-wop - o którym również polski internet wie niewiele. Ogólnym założeniem tego nurtu rythm and bluesa był podział na wykonującego zwrotkę solistę oraz śpiewający w tle nic nie znaczące słowa zespół wokalny. Wykonawców doo-wopowych będę sukcesywnie przybliżał na łamach strony.


1. The Chantels - Maybe (1957)


Piosenkę The Chantels coverowało wielu artystów, m.in. Janis Joplin. Najciekawsza wydaje mi się wersja Johna Frusiante, zarejestrowana na koncertowym dvd Live At Slane Castle. Muzyk czysto dociera do niesamowicie wysokich dźwięków, poza tym niepowtarzalnego uroku wykonaniu dodaje atmosfera całego koncertu i żywiołowo reagująca publiczność. 



2. John Frusciante - Maybe (Live At Slane Castle, 2003)

niedziela, 23 września 2012

Utwór: Alvin Lee & Ten Years After - Love Like a Man


Jak już kilkukrotnie wspominałem, uważam Alvina Lee za jednego z najbardziej niedocenionych i niezauważonych gitarzystów w historii. Dziś zapraszam na jeden z największych przebojów współtworzonego przez muzyka Ten Years After - "Love Like a Man" to niosący riff, banalny tekst i oczywiście zapierająca dech gra solowa. Szybkość, technika, wyczucie melodii i piękne brzmienie Gibsona ES-335 to cechy rozpoznawcze Alvina Lee. Szkoda tylko, że znane tak małej ilości osób. 



1. Alvin Lee & Ten Years After - Love Like a Man ( Cricklewood Green, 1970)

piątek, 21 września 2012

John Frusciante - Letur-Lefr EP


Zazwyczaj unikam recenzowania świeżych wydawnictw. I pomimo, że prezentowana dziś EP-ka istnieje na rynku dopiero od 17 lipca, to dla mnie jest już krążkiem dobrze znanym. Każdemu, kto miał styczność z poprzednimi dokonaniami Johna Frusciante chcę już w tym miejscu zakomunikować: dziś to zupełnie inny artysta. 

Zwrot stylistyczny w przypadku tego muzyka nie jest jednorazowym fenomenem - to złożony i trwający od 2007 roku proces. Od dłuższego czasu Frusciante chciał skierować swoje wysiłki w kierunku muzyki elektronicznej; omawiane dziś wydawnictwo to pierwsza tak wyraźnie utrzymana w nurcie acid house'u i synth popu pozycja artysty. Otwierające krążek "In Your Eyes" to wręcz progresywny synth pop - mnogość struktur rytmicznych oraz dźwięków syntezatorów czy automatów perkusyjnych z lat 80. i 90. tworzy naprawdę intrygujące tło dla wciąż niesamowitego głosu Frusciante, któremu towarzyszy małżonka - Nicole Turley. Dominująca na poprzednich albumach gitara została jednym z wielu instrumentów budujących kompozycję, nie ma mowy o miażdżącym, trwającym kilka minut solowym wymiataniu. W "Day 909" pokręcony bit jest doskonale uzupełniony przez brzmienie instrumentów klawiszowych. Najbardziej kojarzącym się z dotychczasowymi dokonaniami Frusciante jest instrumentalne "Glowe". Samplowany operowy śpiew i wyraźnie hip-hopowy bit to wyróżniki "FM", gdzie rolę wokalisty przejmuje raper Rugged Monk. W synth popowe rejony ponownie zabiera nas "In My Light"; ponownie fascynuje bogactwo rozwiązań rytmicznych i brzmieniowych. 

Na 24 września zapowiedziano premierę utrzymanego w podobnej stylistyce albumu długogrającego. Po wielokrotnym przesłuchaniu EP-ki pokochałem to oblicze Frusciante - jest to świadoma eskapada na terytoria do tej pory obce dla muzyka. Próżno zatem czekać funk rocka a'la Red Hot Chili Peppers, kameralnych piosenek rodem z "Curtains" czy eksperymentalnego popu a'la "Shadows Collide With People". "Letur-Lefr" jest bardzo świeżą próbą odczytania muzyki pop przez pryzmat analogowych syntezatorów i automatów perkusyjnych. Naprawdę świetna epka.




John Frusciante - Letur- Lefr EP (2012)
  1. In Your Eyes
  2. 909 Day
  3. Glowe
  4. FM
  5. In My Light

środa, 19 września 2012

Sistars - Live at Duży Pokój


Ciekawostka na dziś to fragment próby zespołu podczas przygotowań do Orange Warsaw Festival 2011. Klip nakręcono w salonie domu Pauliny Przybysz; jest to miks dwóch równocześnie kręconych mastershotów. Od strony muzycznej - czuć, jaką radość daje Sistars granie. Dynamiczna sekcja rytmiczna, świetne klawisze, funkująca gitara i jedne z najlepszych polskich głosów - czy komukolwiek trzeba polecać ten zespół?  



Sistars - Live at Duży Pokój (2011)
  1. A.E.I.O.U.
  2. Listen To Your Heart

wtorek, 18 września 2012

Utwór: Van Halen - Hot For Teacher


Nasze kolejne spotkanie z Davidem Lee Rothem i spółką to owiany aurą skandalu singiel. Powodem oczywiście nie jest nieprzyzwoicie dobra muzyka, lecz krążący wokół seksu z nauczycielką tekst. Uciekając od niego najdalej jak się da usłyszymy obłędnie energiczne perkusyjne solo na początku utworu, karkołomny riff Eddiego Van Halena i wspaniałe, długie partie instrumentalne jego autorstwa. Poniżej kontrowersyjny teledysk oraz wersja live z rockowego koncertu marzeń - Monsters of Rock Donnington 1984 ( setlista: Motley Crue, Accept, Gary Moore, Dio, Ozzy Osbourne, Van Halen, AC/DC).  



1. Van Halen - Hot For Teacher (1984, 1984)

poniedziałek, 17 września 2012

The Cinematic Orchestra - Live at the Royal Albert Hall


The Cinematic Orchestra - Live at the Royal Albert Hall (2008)

  1. All That You Give
  2. Child Song
  3. Flite
  4. Familiar Ground
  5. To Build A Home
  6. Prelude
  7. Breathe
  8. Man With The Movie Camera
  9. Time & Space
Przed każdym dobrym obiadem powinno się podać pobudzający apetyt starter. W przypadku relacji The Cinematic Orchestra - Gnievku taką właśnie przystawką była ta płyta. Sama nazwa sali koncertowej gwarantuje wysoki poziom krążka, nie słyszałem bowiem słabego występu w tym doskonałym akustycznie miejscu. Zapraszam na krótki opis naprawdę intrygującego albumu. 

Zacznę od kosmicznego mankamentu: wydawnictwo zawiera TYLKO płytę CD. Pozbawiono nas wizualnej przyjemności oglądania 24 osobowej orkiestry, kilku występujących gościnnie wokalistów i grającej na żywo grupy (co wcale nie jest takie oczywiste - mózg całej operacji, dj i multiinstrumentalista Jason Swinscoe na albumach studyjnych zazwyczaj miksuje żywe jazzowe granie z elementami starej muzyki filmowej). Największy mankament płyty jest jednocześnie jej największym atutem: wydawnictwo zawiera TYLKO płytę CD, która zamiast raczyć nas obrazem pozwala na stworzenie własnego - w wyobraźni. Muzyka The Cinematic Orchestra to soundtrack do nieistniejącego filmu i właśnie w takiej kategorii należy ją umieścić; dla miłośnika klasycznego jazzu improwizacje grupy mogą być nieco irytujące, jednakże dla słuchacza z otwartą głową to propozycja niemal idealna. Początek do mnie nie przemawia - "All That You Give" to coś dla wyznawców piskliwych dźwięków saksofonu i soulowego wokalu. Moje zakochane w elektrycznym pianinie ucho zdobył utwór drugi. "Child Song" to (wracając do estetyki kulinarnej) smakowite danie: idealnie rozkładają się proporcje pomiędzy grą wspomnianych już klawiszy, lekko przesterowanej, przestrzennej gitary i tym razem doskonałego saksofonu. Bardziej dynamiczny jest urozmaicony orkiestracją "Flite", po którym następuje kolejna świetna pozycja - powoli narastające "Familiar Ground", z kapitalnym wokalem Heidi Vogel. Męski głos Grey'a Reverenda pojawia się w "To Build A Home", zwieńczonym pięknym, orkiestrowym finałem. Trzy minuty pod numerem szóstym to iście filmowe "Prelude", poprzedzające najlepszą na płycie balladę - "Breathe". Lekko psychodeliczne "Man With The Movie Camera" nie wywiera na mnie wrażenia, w przeciwieństwie do ostatniego na krążku "Time & Space" - ponownie przepiękna orkiestracja jest niepodważalnym atutem kompozycji. 

Płyta jest pięknie skomponowana, zaaranżowana i zarejestrowana. Jeżeli poszukujecie krążka pobudzającego wyobraźnię i pozwalającego odpocząć znękanym przez miałkie przeboje uszom, to sięgnijcie po The Cinematic Orchestra. Po starterze przyjdzie czas na kolejne, nie mniej smakowite, dania. Smacznego.

Cinematic Orchestra - Child Song (live at Royal Albert Hall)

niedziela, 9 września 2012

Utwór: The Dead Weather - Will There Be Enough Water


1. The Dead Weather - Will There Be Enough Water (live at Roxy, 2009)

The Dead Weather - to kolejny po The White Stripes i The Raconteurs projekt Jacka White'a. Tym razem zanurzony w brzmieniu wysoko strojonych bębnów, organów Hammonda i niewiarygodnie bluesowych partii gitarowych. Dzisiejszy wpis jest tylko zapowiedzią recenzji albumu; "Will There Be Enough Water" to prosty blues, w którym sprawdzają się wszystkie atuty zespołu a zwłaszcza  (jakże zmysłowy) duet White'a z palącą jak smok i cudownie przy tym wyglądającą Alison Mosshart. Na pięknym czarno-białym wideo udało się uchwycić sporą część tej dusznej atmosfery. Mnie występ formacji porwał - tak musieli się czuć widzowie na koncertach Led Zepplin w latach 70. 

sobota, 8 września 2012

Utwór: Black Label Society - Just Killing Time


1. Black Label Society - Just Killing Time (Stronger Than Death, 1998)

Początkowy etap działalności Black Label Society ginie w mroku dziejów - na drugim krążku, z którego pochodzi utwór na dziś, Zakk Wylde zagrał na wszystkim oprócz perkusji. Można zatem śmiało nazwać "Stronger Than Death" solowym dokonaniem tego artysty. "Just Killing Time" to bliska twórczości  Pride&Glory piano ballada z absolutnie obezwładniającym solem. Harmonizowanie high gainowych gitar jeszcze nikomu nie wyszło tak pięknie jak Wylde'owi - właśnie w takich piosenkach widać błysk geniuszu mistrza metalowej gitary. 

Black Label Society - Just Killing Time

piątek, 7 września 2012

Touch And Go - I Find You Very Attractive

Touch And Go - I Find You Very Attractive (1999)

  1. Straight to...number one. 
  2. Big Beat
  3. Ecoutez, repetez
  4. Would you...?
  5. So hot
  6. Mein freund Harvey
  7. Tango in Harlem
  8. Are you talking about me?
  9. Life's a beach
  10. Thanks for coming
  11. Would you... (Trailerman go to Rio edit)
  12. Straight to...number one (Dreamcatcher's mix)
Większość z nas nieświadomie zna 3/4 tej płyty. Jej dźwięki docierały do nas z rozmaitych reklam, ktoś znajomy słuchał tego w samochodzie, do utworów z krążka tańczyliśmy na niejednej imprezie. Dlaczego zatem mało kto wie, kto kryje się za tą kapitalną muzyką? 

Powód jest prosty: Touch and Go nie jest nazwą zespołu lub solisty. Najlepiej pasuje tu określenie "projekt" ; jego głową jest David Lowe - uznany twórca muzyki podkładowej, od lat współpracujący z BBC. Producentami oprócz niego zostali Charlie Gillett i Gordon Nelki, a na bezpośrednich wykonawców wybrano Vanessę Lancaster i Jamesa Lyncha. Muzyka tej przedziwnej spółki określana jest jako jazz pop, chociaż taka etykietka kojarzy się bardziej ze słodkimi do bólu zębów wokalistami w stylu Jamesa Blunta czy Katie Melua. Touch and Go to po prostu świetnie skomponowana muzyka taneczna z jazzowymi naleciałościami w postaci wszechobecnej trąbki. Rozpoczyna się z dynamitem i energią - "Straight to...number one" zawiera wszystkie wyróżniki tego albumu - delikatną elektronikę, samplowane z filmów dokumentalnych głosy, nadające tempa pianino i wyśmienity motyw trąbki. Nie zwalnia równie taneczne "Big Beat", które blednie jednak przy genialnie bujającym "Ecoutez, repetez". Największy przebój z płyty to bez wątpienia "Would you...?" - utwór ten swego czasu miał znaczący wpływ na życie seksualne Europejczyków, skracając czas podrywu do napomknięcia samego tytułu piosenki. Samplowana kwestia "I've noticed You around/I find You very attractive/Would You go to bed with me?" pochodzi z badań dotyczących ludzkich zachowań seksualnych przeprowadzanych w latach 70..  Bardziej leniwie robi się w utworze czwartym, chyba najnudniejszym na płycie. W rejony house prowadzi nas "Mein freund Harvey", po którym następuje znakomite "Tango in Harlem" - kolejny szeroko rozpoznawalny motyw Touch and Go, słyszany w nieskończonej ilości reklam i spotów. Nastrojowa kompozycja numer osiem to mój faworyt z płyty - przestrzenna gra instrumentów dętych, delikatne perkusjonalia i okraszony pogłosem wokal to zestaw niemal doskonały. "Life's a beach" to zgrabny żart słowny w tytule i równie zgrabna, lekka kompozycja z leniwą grą trąbki. Jazzująca gitara to jedyny atut raczej irytującego i nie pasującego do płyty zakończenia, jakim jest "Thanks for coming". Zazwyczaj jestem wrogiem remixów, ale na tym krążku wyjątkowo święcą jasnym blaskiem. Numer jedenasty to największy hit zespołu w wersji stylizowanej na brazylijską sambę - brzmi to bardzo świeżo i dynamicznie. Prawdziwą perełką jest jednak utwór dwunasty - przy pomocy klawiszowych plam dźwięku i nieco zmienionej partii trąbki otrzymujemy zupełnie inny utwór - nastrojowy, o pewnej dozie melancholii. Wielki szacunek dla miksującego. 

Świetna muzyka do samochodu, na dobry początek dnia, na wieczorny chillout. Można ją definiować jako wzór uniwersalności - zadowoli zarówno miłośnika jazzu, osobę kochającą taniec jak i wielbiciela elektroniki. Pozostaje żałować, że jest to jednopłytowy wybryk Davida Lowe'a, który nie doczeka się kontynuacji. 

PS. Klip w stylu typowo brytyjskim - Terry Gilliam byłby dumny. 


Wersja albumowa:

Touch & Go - Straight To Number One

Remix: 

poniedziałek, 3 września 2012

The Darkness- Permission to Land



The Darkness- Permission to Land (2003)
  1. Black Shuck
  2. Get Your Hands off My Woman
  3. Growing on Me
  4. I Believe in a Thing Called Love
  5. Love Is Only a Feeling
  6. Givin' Up
  7. Stuck in a Rut
  8. Friday Night
  9. Love on the Rocks with No Ice
  10. Holding My Own
Przeglądając archiwum natrafiłem na tego posta - przedawnił się zamieszczony obrazek. Wyszukałem podobną grafikę, kliknąłem aktualizuj, i... post został opublikowany z dzisiejszą datą. Niechaj tak będzie, The Darkness nie mają daty ważności. Post powstał w lutym 2011 roku.

Wczoraj była niedziela, więc jak co dwa tygodnie nawiedziła mnie Babcia. I zadała trudne pytanie: "Paweł, powiedz mi, kto teraz jest w Polsce takim dobrym rozrywkowym artystą?"; jak na wiele trudnych pytań, na to też nie znalazłem odpowiedzi. Bo rzeczywiście- kiedyś i Czerwone Gitary, i 2+1, i Rodowicz, i Trubadurzy, i wielu rockowych bardziej wykonawców. Słowem- obfitość. A teraz w Polsce czas posuchy, zatem wybieramy się znów na Wyspy.

A tam czeka na nas zespół jedyny w swoim rodzaju. The Darkness to połączenie najlepszych tradycji Glam Rocka (stąd wirtuozeria i delikatnie mówiąc "dziwne" wdzianka) oraz niesamowitego falsetu Justina Hawkinsa. Do tego trzeba dorzucić sporo angielskiego, absurdalnego i zwariowanego poczucia humoru oraz talent kompozytorski i otrzymujemy porcję ciekawej muzyki, ale nie tylko muzyki.

Cała płyta to solidnie zagrany hard i glam rock. Nie ma w zasadzie słabych utworów, każdy ma w sobie coś ciekawego. Na pewno wyróżnia się "Get Your Hands off My Woman", ma wręcz punkową energię i niesamowity dynamit. Kolejną mocną pozycją jest klasyk- "I Believe in a Thing Called Love", najbardziej znany utwór grupy, gdzie uwagę przykuwają conajmniej intrygujące partie solowe gitary. "Love Is Only a Feeling" to patetyczna, wręcz epicka ballada, lecz znów z genialnymi solówkami, natomiast "Friday Night" to świetny imprezowy kawałek, będący w pewnym sensie kontynuacją utworu numer 4. W czym więc tkwi coś wyjątkowego?

Mnie przekonała nie tylko wirtuozeria gitarowa, ale przede wszystkim kapitalny dystans do siebie muzyków zespołu. Idealnie odzwierciedla to wideografia, którą postaram się nieco przybliżyć, pełna dziwnych wdzianek, absurdalnych pomysłów i głupich min. Ponadto wyjaśnia ona tytuł płyty. Dlaczego "Pozwolenie na lądowanie"? Ponieważ The Darkness to przybysze z kosmosu, co tłumaczy klip do "I Believe in a Thing Called Love".

 Jego nie mniej absurdalną kontynuację stanowi "Friday Night":

 A totalnym szczytem, z lataniem na pterodaktylu włącznie jest "Growing On Me"
Do tej kolekcji nie pasuje nieco nakręcone na górze "Love Is Only a Feeling", ale warto zobaczyć dla samych ujęć:


Podsumowując: Jeśli masz zły humor, a chcesz absurdalnej, nieco pojechanej rozrywki i ciekawej, dobrze zagranej muzyki- wybierz The Darkness i daj się porwać kiczowi, falsetowym wokalom i zabawie z konwencjami i gatunkami. Dla mnie są uzdrowieniem muzyki, odzierając ją z niepotrzebnego zadęcia i artyzmu na pokaz. Dobra robota.

niedziela, 2 września 2012

Utwór: Mariah Carey - Emotions


1. Mariah Carey - Emotions (Emotions, 1991)

Znana jako posiadaczka jednego z najpiękniejszych głosów na świecie Mariah to jedna z moich ulubionych popowych piosenkarek. Decyduje o tym nie tylko nieprzeciętna skala wynosząca 5 oktaw, ale też talent do błyskotliwych wypowiedzi:
 "W tym roku chcę spróbować nauczyć się jeździć na snowboardzie. Mam taki zamiar od 6 lat, ale jakoś mi się nie udaje. Kiedy jestem na urlopie, lubię spać do godz. 15 po południu, a wyciągi są zamykane o 16, więc zwykle ubieram się i od razu idę na zakupy"
"Za każdym razem, gdy widzę w telewizji te biedne, wygłodzone dzieci nie mogę się powstrzymać od płaczu. Też chciałabym być tak chuda, ale bez tych much, brudu i wszechobecnej śmierci." 
Powracając do muzyki: utwór na dziś to 5 z rzędu singiel Carey, który dotarł do pierwszego miejsca na liście Billboard Hot 100. Wersja albumowa to solidny disco pop, natomiast wykonanie z cyklu MTV Unplugged to prawdziwy majstersztyk.


sobota, 1 września 2012

Utwór: Chris Isaak - Wicked Game


1. Chris Isaak - Wicked Game (Heart Shaped World, 1989)

Wydany w 1989 roku singiel przeszedł zupełnie niezauważony przez muzyczny świat. Wielki sukces przyszedł dopiero wraz ze znakomitą "Dzikością serca" Davida Lyncha. Scena, w której główni bohaterowie słuchają tego utworu podczas nocnej jazdy autostradą na długo pozostaje w pamięci - podobnie jak sama piosenka. Uwielbiam sposób śpiewania Chrisa Isaaka i wysmakowaną, inspirowaną surf rockiem grę Jamesa Calvina Wilsey'a. Do utworu nakręcono uznany za "najseksowniejszy teledysk w historii" klip z udziałem duńskiej topmodelki Heleny Christensen. Uczta dla oczu i uszu.



2. HIM - Wicked Game ( Greatest Love Songs Vol. 666,  1997)

Mocno odbiegający od oryginału cover - przesterowane, nisko strojone gitary i mocna perkusja to wyróżniki tego wykonania. Łączy jednakże sposób śpiewania lidera - Villie Valo, obdarzony pięknym niskim głosem zachował sporo z subtelności cechującej Isaaka. Jako ciekawostkę należy potraktować pełne flażoletów solo.