środa, 28 listopada 2012

Sistars - A.E.I.O.U.


"Druga zwrotka, bo zawsze chciałem zacząć od środka" - rapował kiedyś Abradaab. Podobną logikę obrałem przy omawianiu płyt Sistars - drugi longplay formacji postanowiłem przybliżyć Wam w pierwszej kolejności. Uciekając od nadmiaru matematyczno- chronologicznych zawiłości szybko przejdźmy do bogatej w dobre dźwięki zawartości krążka. 

Rozpoczynający płytę utwór tytułowy to prawdziwy dynamit - pięknie brzmiąca perkusja z wyrazistym werblem napędza całą piosenkę, wtóruje jej plumkanie basu i syntezatorów, tworzące ciekawe tło dla świetnego wokalu sióstr Przybysz. Energetyczne dwie i pół minuty mija w mgnieniu ucha, by ustąpić miejsca rasowemu funkowi - świetne analogowe syntezatory, fenderowy clean i elektryczne pianino to Listen To Your Heart. Na największe uznanie w tym utworze zasługuje basista - urozmaicona wieloma technikami gra sprawia, że serce roście. Równie ciekawie prezentuje się Boogie Man, oparty na frapującej sekcji rytmicznej i dźwiękach elektrycznego pianina. Subtelniejsze brzmienia przynosi utwór czwarty i prezentujący pełen zakres wokalnego talentu Natalii Przybysz Inspirations. Balladę opartą na dźwiękach pianina i sekcji smyczkowej wieńczy rockowy finał, który pozytywnie mnie zaskoczył. Kolejnym wyśmienitym utworem jest zaczynający się dość złowieszczo Keep On Fallin'. Łagodne dźwięki organów, gitary akustycznej oraz głosy Sióstr kapitalnie współbrzmią w ramach ciekawej progresji akordowej. Numer ósmy oparto o żywą rytmikę, pianino oraz sekcje smyczkową, końcówkę wzbogacają samplowane dźwięki chóru. Skąd ja Cię mam i Dobranocka nie do końca trafiły w moje gusta; zupełnie inaczej postrzegam Na dwa. W przypadku tego utworu lekko ironiczny tekst nie ma zbytniego znaczenia - liczy się taneczna energia, która porywa do zabawy. Świetnym zwieńczeniem krążka jest My music, w którym na uwagę zasługują ciekawa aranżacja i wielogłosowe partie wokalne.

Być może w tym miejscu powinienem wymienić długą listę nagród zdobytych przez ten album i wspomnieć o znakomitej produkcji Bartka Królika i Marka Piotrowskiego. Nie to jednak w tej płycie jest najważniejsze. Pionierzy polskiego R'n'B stworzyli niemal godzinę kompozycji pełnych pozytywnej energii; co ważne, jest to muzyka na światowym poziomie. Całe szczęście, że zespół po kilkuletniej przerwie wznowił działalność - tak znakomity skład nie zasługuje na zapomnienie.





Sistars - A.E.I.O.U. (2005)
  1. A.E.I.O.U.
  2. Listen To Your Heart
  3. Boogie Man
  4. Life Line
  5. Inspirations
  6. Keep On Fallin'
  7. Pure Game
  8. U R Free
  9. Skąd ja Cię mam
  10. Dobranocka
  11. I'm Sorry
  12. Intovision
  13. Na dwa
  14. My Music

niedziela, 25 listopada 2012

Utwór: Black Label Society - Rust


Dziś coś z zupełnie innej beczki. Wspominany już kilkukrotnie Mojżesz z gitarą znów gości na łamach bloga, tym razem pod szyldem Black Label Society. Rust tekstowo okazuje się być kolejną wariacją na temat Koheleta. Muzycznie jest ciekawiej - klasyczna gitara i prosta perkusja tworzą spójne tło dla zachrypniętego wokalu Zakka Wylde'a. Największe wrażenie robią jednak high gainowe partie gitary, zwłaszcza nagrane w harmonii solo. Klimat posępny i mroczny aż miło.



1. Black Label Society - Rust (Stronger Than Death, 1998)

czwartek, 22 listopada 2012

Utwór: Cee Lo Green - F**K YOU/Forget You


Niepowtarzalny i jedyny w swoim rodzaju głos wspominanego TU, TU i TU duetu Gnarls Barkley od 2010 kontynuuje solową karierę. Cee Lo Green, bo o nim mowa, to sprytny prowokator - pod kontrowersyjnym tytułem sprzedaje nam niemal wyjęty z lat 60. chwytliwy soulowy kawałek. Skojarzenia z brzmieniem wytwórni Motown są zupełnie na miejscu.



1. Cee Lo Green - F**K YOU! (The Lady Killer, 2010)


Radiowa edycja singla, pozbawiona uroczego wyrażenia tłumaczonego w listach dialogowych jako "motyla noga" lub "kurczę pieczone".



2. Cee Lo Green - Forget You (The Lady Killer, 2010)

Wersja - ciekawostka: zespół wokalisty tworzą same urocze... Panie. 



3. Cee Lo Gren - Fuck You ( Live at Later With Jools Holland, 2010)

sobota, 17 listopada 2012

Jimi Hendrix - Band of Gypsys


Dobra recenzja powinna być obiektywna. Dzisiejszy wpis będzie więc bardzo złą recenzją. Do tej płyty po prostu nie umiem podejść obiektywnie. Nie wiem, czy istnieje taka możliwość - gitarowy geniusz Hendrixa i najpełniej brzmiąca sekcja rytmiczna jaką znam sprawiają, że zupełnie mimowolnie stawiam tej płycie pomnik.

Band of Gypsys zagrał jedynie pięć koncertów - cztery w Filmore East i jeden w Madison Square Garden. Jak widać, tyle wystarczy by stworzyć rockowe arcydzieło. Nie jest to wyłącznie zasługa Jimiego Hendrixa. Buddy Miles na perkusji i wokalu oraz Billy Cox na gitarze basowej wnieśli coś, czego brakowało "białej" sekcji The Jimi Hendrix Experience - soulową ekspresję i improwizacyjną swobodę. Włączmy utwór pierwszy - Who Knows to tak naprawdę jeden riff i przekrój możliwości tria - gitarowa maestria, soulowa wokaliza Milesa i psychodeliczna końcówka. Machine Gun jest jednym z najlepszych instrumentalnie protest songów. Zamiast smęcącego barda z akustyczną gitarą atakuje nas arsenał bluesowych zagrywek, przeradzających się w dziką feerię dźwięków imitujących spadające bomby i karabiny maszynowe. Ten utwór to chyba jedyny pozytywny skutek wojny w Wietnamie - tych niemal trzynastu minut mogę słuchać w nieskończoność. Bardziej żwawe Changes to solidna pozycja, blednąca jednak przy kompozycji czwartej. Już od pierwszych dźwięków byłem "kupiony". Ciepły crunch po kilku taktach zmienia się w ostro zniekształcone przez wah-wah i fuzz solo, wybrzmiewające na tle fenomenalnego basowego riffu. W języku polskim nie ma odpowiednika słowa groove -  nie ośmielę się być słowotwórcą, ale moim zdaniem Power to Love najlepiej oddaje ideę doskonałej współpracy między basistą a perkusistą. Szaloną improwizacją jest  Message To Love - Hendrix osiąga tu apogeum swoich technicznych możliwości. Inaczej przedstawia się utwór ostatni - nasycony soulem i niesamowitym feelingiem po prostu urzeka. 

Śmiało można nazwać Band of Gypsys najlepszą koncertową płytą w historii rocka. To zapis czystego geniuszu, błysku talentu i improwizacyjnej fantazji. Okazuje się, że aby stworzyć niezapomniany show nie potrzeba wyreżyserowanego w każdym detalu, pełnego fajerwerków spektaklu. Wystarczy dobra muzyka.

PS. Zupełnie nieprzypadkiem recenzja pojawiła się też na blogu Eweliny.


Jimi Hendrix - Band of Gypsys (1970)
  1. Who Knows
  2. Machine Gun
  3. Changes
  4. Power To Love
  5. Message To Love
  6. We Gotta Live Together

piątek, 16 listopada 2012

Utwór: Antoine Dufour - Memories of the Future


Goszczący już na łamach bloga kanadyjski gitarzysta to niesamowicie ciekawa postać. Do gry na gitarze używa...tipsów. W zasadzie czegoś na kształt tipsów. Tak naprawdę...nie wiem jak nazwać przyklejone do paznokci prawej ręki gitarowe kostki spiłowane tak, by wygodnie trącać nimi struny. Ciekawy jest również rezultat tych zabiegów - kompozycje skrzące się od wirtuozerii, pełne flażoletów i perkusyjnych zagrywek. Antoine Dufour z pewnością jeszcze nie raz umili nam wieczór. 



1. Antoine Dufour - Memories of the Future (Development, 2007)

poniedziałek, 12 listopada 2012

Utwór: Ozzy Osbourne - Crazy Train



Jeden z najbardziej charakterystycznych głosów rocka miał niesamowite szczęście do wybitnych gitarzystów.  Najpierw ponad dekada spędzona z mistrzem metalowych riffów, Tonym Iommim, następnie przerwana tragicznym wypadkiem współpraca z Randy'm Rhoadsem, później obfita w świetne kompozycje przygoda z Zakkiem Wylde'm. Piosenka na dziś to wspólne dzieło Osbourne'a i Rhoadsa. Dynamiczny riff, melodyjne zwrotki i wspaniałe gitarowe solo to cechy charakterystyczne kompozycji; wpływ muzyki klasycznej na grę Rhoadsa aż "rzuca się w uszy". Poniżej oraz dwie wersje koncertowe: z Randym i Zakkiem Wylde'm, który dorzucił swoje muzyczne trzy grosze do tej kompozycji (flażolety!). 




1. Ozzy Osbourne - Crazy Train (live After Hours TV Show, 1981)
2. Ozzy Osbourne - Crazy Train (Live at Budokan, 2002)

The White Stripes - Icky Thump


Cztery lata po bestsellerowym Elephant światło dzienne ujrzało Icky Thump.  Pochodzące z okolic Lancashire gwarowe określenie wyrażające zdziwienie stało się nie tylko tytułem płyty, ale też najlepszą jej recenzją. Ten krążek zadziwia, i to z wielu powodów. 

Po pierwsze zawiera świetny otwieracz. Utwór tytułowy zawiera wszystko to, co w muzyce Jacka White'a najlepsze - energię, świetne riffy i jazgotliwe solówki. Numer drugi zaskakuje sposobem powstania - najpierw reżyser Emmet Malloy wymyślił koncepcję teledysku, do którego Jack White napisał piosenkę. W epoce MTV świat rzeczywiście staje na głowie... Po Conquest utwierdzamy się w tym przekonaniu - trąbka i wariacja na temat flamenco w wykonaniu duetu zupełnie dezorientuje słuchacza. Myśleliście, że to koniec? Skądże. W Prickly Thorn, But Sweetly Worn, jednej z lepszych na płycie kompozycji słyszymy tym razem dudy i mandolinę. Na kolejną dobrą pozycję musimy czekać aż do numeru dziesiątego - I'm Slowly Turning Into You to pięknie brzmiące Hammondy i wyśmienita, charakterystyczna solówka z zastosowaniem efektu Whammy. Jednak moim faworytem jest zdecydowanie Catch Hell Blues. Przede wszystkim za brzmienie - przesterowana gitara slide i surowa perkusja budują niepowtarzalny klimat. Co ciekawe, ostatnim gitarzystą tak mocno traktującym grę slide był Jimmy Page (!). 

Elephant był płytą doskonałą, Icky Thump jest po prostu nierówną. Błysk geniuszu, zgrzyt miałkości. Dla kilku jasnych punktów warto jednak sięgnąć po ten krążek. Silnie naznaczony osobowością Jacka White'a, pełen energii i dobrych riffów. Po prostu w białe paski.


The White Stripes - Icky Thump (2007)
  1. Icky Thump
  2. You Don't Know What Love Is (You Just Do as You're Told)
  3. 300 M.P.H. Torrential Outpour Blues
  4. Conquest
  5. Bone Broke
  6. Prickly Thorn, But Sweetly Worn
  7. St. Andrew (This Battle Is in the Air)
  8. Little Cream Soda
  9. Rag and Bone
  10. I'm Slowly Turning Into You
  11. A Martyr for My Love for You
  12. Catch Hell Blues
  13. Effect and Cause

piątek, 2 listopada 2012

Utwór: Deep Purple - Perfect Strangers


W dniu dzisiejszym kontynuujemy trójkowy trop - "Perfect Strangers" po raz pierwszy usłyszałem w zestawieniu "Top Wszechczasów" w 2004 roku. Największe wrażenie zrobiło na mnie rozedrgane, mocarne brzmienie organów Hammonda, za którymi zasiadał zmarły w 2012 roku Jon Lord - tak potężnej energii z klawiatury nie umiał wykrzesać nikt przed nim. Sam utwór to typowa dla Deep Purple mieszanka mocnych riffów, melodyjnego refrenu i lekko orientalnych klawiszy. Czy da się zrobić to lepiej?

1. Deep Purple - Perfect Strangers (Perfect Strangers, 1984)

Frontman Deep Purple, Ian Gillan jest ulubionym wokalistą Bruce'a Dickinsona - najbardziej znanego jako głos Iron Maiden. W 1995 roku połączył siły z progresywno-metalowym Dream Theater, by wykonać "Perfect Strangers" inaczej. Lepiej? Ciężko to rozstrzygnąć. Na pewno organy Hammonda są bardziej przesterowane, gitara brzmi potężniej, oraz w przeciwieństwie do oryginału w końcówce nasze uszy raczy gitarowe solo. Warto sprawdzić.



2. Dream Theater & Bruce Dickinson - Perfect Strangers (live at BBC, 1995)

czwartek, 1 listopada 2012

Utwór: Bee Gees - How Deep Is Your Love


Zainspirowany trójkową "Listą Nieobecności" postanowiłem dziś przypomnieć o czasach, gdy nawet w absolutnie mainstreamowych piosenkach pop ocierano się o sztukę. Wyjątkowy talent do świetnych kompozycji posiadali bracia Gibb - Barry oraz nieżyjący już Robin i Maurice. "How Deep Is Your Love" z setek utworów utrzymanych w konwencji disco wyróżnia się strukturą akordową - złożoną i nieoczywistą. Dokładając do tego analogowe syntezatory i falsetowe harmonie wokalne otrzymujemy definicyjny evergreen, który o wiele lat przeżyje swoich twórców.


1. Bee Gees - How Deep Is Your Love (Saturday Night Fever: The Original Movie Sound Track, 1977)

Jako ciekawostkę zamieszczam cover wykonany przez Johna Frusciante podczas koncertu w paryskim klubie La Cigale w 2006 roku. Warto zwrócić uwagę na ilość i stopień skomplikowania akordów granych przez gitarzystę - majstersztyk.



2. John Frusciante - How Deep Is Your Love (Live at La Cigale, 2006)

Led Zeppelin - Led Zeppelin II


W 2011 roku George F. Blackburn, 64 letni mieszkaniec stanu Missouri, rozwodząc się ze swoją trzecią żoną zmienił imię i nazwisko na Led Zeppelin II. Wcale mnie to nie zdziwiło - ta płyta zasługuje na wszelkie formy upamiętnienia i uwielbienia. Nie znam najlepszych momentów krążka według Leda Zeppelina Drugiego, wiem natomiast, co u mnie powoduje szybsze bicie serca.

Płyta powstawała podczas trasy promującej pierwszy album, w sposób niezwykle spontaniczny i chaotyczny. Nagrywano go w przerwach między koncertami, korzystając z wielu studiów nagrań w Stanach Zjednoczonych, Kanadzie oraz Europie; nad całością procesu rejestracji osobiście czuwał Jimmy Page. Numer pierwszy to stały bywalec wszelakich rankingów i zestawień - zna go każde dziecko w wieku przedszkolnym. Pominę kwestię niejednoznacznych odgłosów wydawanych przez Roberta Planta i ich wpływu na umysły 6-latków... Utwór drugi to łagodny blues w zwrotce i energiczny hard rock w refrenie. Aż ciężko uwierzyć, że kiedyś było to nowatorskie rozwiązanie.W "The Lemon Song" wyróżnia się doskonały bas, podczas gdy w "Thank You" na uwagę zasługują jedynie organy Hammonda. Esencją rocka jest dla mnie "Heartbreaker" - riff prosty, oczywisty, ale jakże energetyczny i wpadający w ucho! Utworu 6 bardzo nie lubił Jimmy Page - uważał go za zabyt słaby i nie pasujący do albumu. Ciekawym urozmaiceniem i pewną zapowiedzią przyszłych dokonań jest akustyczne "Ramble On", inspirowane prozą J.R.R. Tolkiena. Utwór ósmy składa się z genialnego riffu i równie powalającego perkusyjnego sola Johna Bonhama. Kończący płytę "Bring It On Home" to wiązanka klasycznego bluesa, hard rockowych riffów, histerycznego śpiewu Planta i dźwięków przesterowanej harmonijki ustnej. 

Płyta - legenda. Nagrana w pośpiechu i "z doskoku" jest moim zdaniem więcej warta niż tuzin współczesnych przeprodukowanych i wypieszczonych krążków. Energia, pomysłowość oraz wysoka klasa popisów instrumentalnych to wystarczające argumenty za zmianą nazwiska na Led Zeppelin II przynajmniej na kilka odsłuchań. 


Led Zeppelin - Led Zeppelin II (1969)
  1. Whole Lotta Love
  2. What Is and What Should Never Be
  3. The Lemon Song
  4. Thank You
  5. Heartbreaker
  6. Living Loving Maid
  7. Ramble On
  8. Moby Dick
  9. Bring It On Home