wtorek, 10 grudnia 2013

Bonobo w Gdańsku



Simon Green, znany szerzej jako Bonobo, w marcu 2014 ponownie odwiedzi Polskę. Największa gwiazda wytwórni Ninja Tune wraz z zespołem zaprezentują ostatni krążek DJa, The North Borders, m.in. w gdańskim klubie B90.

Życzę powodzenia wszystkim próbującym opisać muzykę za pomocą określeń i etykiet. Występy Bonobo Live Band nie są typowymi dj setami. Nie da się im też przypiąć łatki koncertu. Najtrafniejsze (?) określenie to gigantyczny live act na gitarę, bas i perkusję, z towarzyszeniem sekcji smyczkowej i dętej. Opis wygląda koszmarnie, ale  zamknięcie tych dźwięków w słowach graniczy z niemożliwością.

To po prostu ogrom świetnej, trudnej do klasyfikacji muzyki. Downtempo, nu-jazz, breakbeat czy ambient - te wszystkie nurty tworzą u Bonobo doskonałą całość. Okazja, by doświadczyć magii już 21 marca. Szczegóły TU, zachwyt poniżej.

czwartek, 28 listopada 2013

What did You Fink?

Singer- songwriter to wymierający gatunek. Po kilku dekadach urodzaju (wystarczy wspomnieć Boba Dylana, Leonarda Cohena czy Joni Mitchell) nastał okres puszczy. A na puszczy woła jeden głos - Fink.


Można przykuć słuchacza do głośników na dwa sposoby. Pierwszy jest bardziej czasochłonny i kosztowny: skomplikowaną linię melodyczną ubieramy w bogatą aranżację, dorzucamy produkcyjne fajerwerki i frapujące detale, do tego obowiązkowo orkiestracja i chór gospel. Drugi to banał - sadzamy w studiu śpiewającego barda z gitarą. I czasami tyle wystarczy, by stworzyć coś niesamowitego.


Fink, a właściwie Fin Greenal, perfekcyjnie łączy grę techniką fingerstyle z lekko zachrypniętym, bluesowym wokalem. Aranżacja? Gitara, tamburyn i drugi głos Tima Thortona. Bez obaw - tak skromne środki w zupełności wystarczą, by wejść w głowę słuchacza na długie miesiące.





Fink - Maker (live at LP33, 2011)

czwartek, 22 sierpnia 2013

Buszujący w zbożu


Półtora roku po premierze Born And Raised ukazała się nowa płyta Johna Mayera. Miały być fajerwerki, są jedynie zimne ognie, ale i tak jest bardziej niż dobrze.

Wielki talent rodzi wielkie oczekiwania. Messi, Ronaldo czy Lewandowski w każdym meczu powinni strzelać gole, Kubica musi wygrywać każdy rajd, a John Mayer na każdej płycie ma obowiązek raczyć nas cudownymi kompozycjami. Najlepiej z długimi, porywającymi solówkami. Niestety, rzeczywistość wygląda trochę inaczej niż marzenia fanów. Bo siedmiokrotny laureat Grammy już po raz drugi serwuje nam country-pop made in Montana.

Wildfire nie jest otwarciem marzeń. Lekka piosenka o niczym, okraszona całkiem dobrą solówką to zimne ognie zamiast zapowiadanego dzikiego. Dear Marie do złudzenia przypomina Speak For Me z Born And Raised. Numer trzeci to utrzymana w spokojnym tempie ballada, uroczo snująca się przez cztery i pół minuty. Dobrze, ale bez błysku.

Błysk.


Paper Doll jest niemal idealną piosenką pop. Pięknie brzmiące gitary, pulsujący bas i łagodna, niebanalna melodia - oto przepis na sukces. Czy na miarę Gravity? Niekoniecznie. Ale od tej piosenki płyta nabiera rumieńców. Call Me The Breeze JJ Cale'a w interpretacji Johna Mayera wypada bardzo świeżo. Wiadomo, że to blues i odkrycie czegoś nowego w tym gatunku graniczy z niemożliwością, ale dodanie organów Hammonda i charakterystyczna gitara dodaje tej wersji sporo uroku. 

Romansu ciąg dalszy

Paper Doll było niemal idealne, Who You Love jest po prostu bardzo dobre. Duet z bardzo utalentowaną flecistką, Katy Perry, to nie tylko zabieg marketingowy. Wyczuwam skok na Grammy - czas pokaże, czy udany. Dalsza część płyty przynosi nudne I Will Be Found, za krótkie Wildfire, oraz 120-procentowe country w numerze dziewiątym. Ciekawiej robi się dopiero w Badge And Gun, kojarzącym się z dokonaniami tria Crosby, Stills & Nash. 


Na pół gwizdka

Powiedziałem sobie - nie chcę jechać w trasę, dopóki nie będę miał więcej muzyki, oddającej kim teraz jestem - tak w rozmowie z Billboardem Mayer uzasadniał potrzebę powstania Paradise Valley. Problem w tym, że nadal nie wiadomo, kim jest obywatel stanu Montana. Muzykiem country? Pop? Bluesmanem? Płyta zostawia zdecydowanie więcej pytań, niż odpowiedzi. Czuć, że nie jest to Mayer w szczytowej formie. Czuć, że stać go na więcej. Cały czas są to dobre kompozycje i ładne melodie. Ale czegoś brakuje. Czego? Być może przekonamy się na następnej płycie.

  1. Wildfire
  2. Dear Marie
  3. Waitin' On The Day
  4. Paper Doll
  5. Call Me The Breeze
  6. Who You Love
  7. I Will Be Found 
  8. Wildfire
  9. You're No One 'Til Someone Let You Down
  10. Badge And Gun
  11. On The Way Home
John Mayer - Paradise Valley, Columbia, 2013

sobota, 10 sierpnia 2013

Blues - remixed



Nie tylko politycy kochają zabawę statystyką. W pisaniu o muzyce sprawdza się równie dobrze. 

Led Zeppelin II sprzedała się w liczbie 12 milionów egzemplarzy.
Tak sformułowane zdanie nie robi na nas żadnego wrażenia. Bo czy ktokolwiek z nas widział milion płyt cd ułożonych obok siebie? Nie trzeba sobie tego wyobrażać, wystarczy rzucić okiem.


Brytyjski artysta Bruce Munro postanowił stworzyć płytowe "morze". Dzięki pomocy ludzi z całego świata udało mu się zrealizować ten karkołomny projekt. Gdyby ułożyć obok siebie wszystkie sprzedane kopie Led Zeppelin II taka instalacja zajęłaby prawie 14 arów. 

Album nagrano w 13 różnych studiach.
Jednak gdy zsumujemy odległości między tymi studiami otrzymamy astronomiczny wynik - 16 788 kilometrów. Page, Plant, Jones i Bonham rejestrowali poszczególne utwory w przerwach między koncertami podczas amerykańskich tras. 


Niektóre studia nie były, delikatnie mówiąc, zbyt nowoczesne. Jedno z nich, nazwane przez członków zespołu "szałasem" nie było wyposażone w ani jedną parę słuchawek... Robert Plant tak opisał proces nagrywania Led Zeppelin II
To było naprawdę szalone. Pisaliśmy numery w hotelowych pokojach, potem nagrywaliśmy sekcję w Londynie, wokale w Nowym Jorku, harmonijkę w Vancouver i wracaliśmy do Nowego Jorku dokończyć mix.
Płyta zajmuje czołowe miejsca w wielu rankingach.
Raz na kilka lat każde czasopismo muzyczne przygotowuje jakieś zestawienie: Guitarist - "50 najbardziej wpływowych albumów gitarowych w historii", Mojo - "100 najwspanialszych albumów jakie kiedykolwiek nagrano", Rolling Stone - "500 najwspanialszych albumów wszechczasów", i tak hen, w nieskończoność. Gdyby policzyć średnią z kilkunastu takich notowań i przyjąć, że każde z nich ma 100 pozycji, Led Zeppelin II zajęłoby 24. miejsce. Nieźle.

Dość ciekawostek, co z muzyką?
Ta płyta to w większości hard rockowe eksplorowanie bluesowych patentów. Jednak dzięki indywidualnościom każdego z członków zespołu otrzymaliśmy płytę wybitną. Najjaśniejszym blaskiem świeci gwiazda Jimiego Page'a. Zagrał na gitarze, skomponował (zremixował?) wszystkie utwory i co najważniejsze - kapitalnie wyprodukował album. Na szczególną uwagę zasługuje zabawa efektem stereo w What Is And What Should Never Be - majstersztyk! Co ważne, płyta nie ma słabych punktów, zapychaczy. Mimo upływu lat wszystkie kompozycje brzmią świeżo i dynamicznie.


O czym Plant piszczy?
O romansie z siostrą swojej żony w What Is And What Should Never Be, o miłości (głównie tej fizycznej) w Whole Lotta Love i The Lemon Song, podstarzałych groupies w Living Loving Maid oraz o tolkienowskim świecie Władcy Pierścieni w Ramble On. Słowem - dla każdego coś miłego. 

Podsumowując...
Pozycja obowiązkowa dla każdego zjadacza popkultury. Długogrająca definicja pojęcia "remix", jednocześnie na tyle oryginalna i energetyczna, by określić nowy gatunek - hard rock. Ciąg dalszy nastąpi.



Led Zeppelin - Led Zeppelin II (Atlantic, 1969)
  1. Whole Lotta Love
  2. What Is And What Should Never Be
  3. The Lemon Song
  4. Thank You
  5. Heartbreaker
  6. Living Loving Maid (She's Just A Woman)
  7. Ramble On
  8. Moby Dick
  9. Bring It On Home

poniedziałek, 5 sierpnia 2013

Best is yet to come


16 sierpnia na rynku ukaże się nowy album Johna Mayera - Paradise Valley. (nie?)Wierni czytelnicy wiedzą, że już ostrzę sobie zęby i ćwiczę słuch.

Premiera dopiero za 11 dni, czas więc odnaleźć ciekawostkę, mogącą pełnić rolę zapowiedzi. W przypadku Mayera nie jest to zbyt trudne - wystarczy wejść na pudelka youtube i odnaleźć jego występy zarejestrowane podczas Crossroads Guitar Festival. W 2004 roku gitarowy talent Johna po prostu eksplodował - już od pierwszych dźwięków dosłownie "kupił" zakochaną w bluesie publiczność. W poniższej improwizacji na pierwszy plan wybija się doskonała współpraca sekcji rytmicznej i lidera. Taki groove to dziś zjawisko niemal niespotykane - tym bardziej warto zwrócić na nie uwagę. 

piątek, 2 sierpnia 2013

Księga cieni


Za górami wzmacniaczy, za lasami gitar, już za Pride & Glory, a jeszcze przed Black Label Society, ukryła się płyta. 

I nie byłoby w tym nic szczególnego. Jednak Book of shadows to najbardziej zaskakujący krążek w bogatej dyskografii Zakka Wylde'a. Przypomnijmy - siedem płyt nagranych z Ozzym Osbournem, jedna z Pride&Glory, dziewięć z Black Label Society i jedna, jedyna sygnowana własnym nazwiskiem. Pierwsze spojrzenie na okładkę wprawia w zakłopotanie - na przypominającym obicie wzmacniacza materiale widzimy zdjęcie twarzy dziecka i ascetyczny napis. Im dalej w książeczkę, tym mroczniej - to zrozumiałe. Według jednej z neopogańskich religii księga cieni to zbiór tekstów rytualnych, przekazywanych adeptowi przez starszego kapłana. Co chce nam przekazać Zakk Wylde?

Pierwsza na płycie kompozycja częściowo odpowiada na to pytanie. Akustyczna gitara, harmonijka ustna i świetna linia basu, obsługiwanego przez znanego nam już z Pride&Glory Jamesa LoMenzo to tylko tło dla - uwaga - subtelnie śpiewającego Zakka. Book of shadows jest płytą przede wszystkim wokalną. Gitara elektryczna ma swoje pięć minut, m.in. w Sold My Soul - opowieści o człowieku, który dla miłości sprzedał duszę diabłu. Temat, jak temat - ale podany znakomicie. Kombinacja akustycznego i elektrycznego brzmienia gitary, harmonie wokalne, sekcja smyczkowa i pełna urozmaiceń gra sekcji rytmicznej -czego chcieć więcej? No tak, długiej i porywającej solówki.


Koszmarny keyboard, rozpoczynający Road Back Home na całe szczęście trwa tylko 40 sekund. Potem zostajemy sam na sam z pianinem i wokalem Wylde'a. Łagodnym w części balladowej, zadziornym w rockowej. A na finał solo - southern rockowe do szpiku kości. Rejony country popu odwiedzamy przy okazji Way Beyond Empty. Jest sielsko i anielsko, ale tylko do numeru piątego. Throwin' It All Away jest poświęcone przyjacielowi Zakka - Shannonowi Hoonowi, liderowi grupy Blind Melon, który zmarł z powodu przedawkowania narkotyków. Smutek wyziera z każdego wyśpiewanego słowa i każdej zagranej nuty, jednak o melodii nie można powiedzieć zbyt wielu ciepłych słów - jest po prostu przeciętna. 

Prawdziwą perełką jest Dead As Yesterday. Osiągający wyżyny swoich wokalnych umiejętności Wylde wspomaga się jedynie akustyczną gitarą i subtelną orkiestracją. Tak skromne instrumentarium w zupełności wystarcza, aranżacyjną ascezę rekompensują emocje i dobra kompozycja.


Too Numb To Cry przypomina nieco znane z krążka Pride&Glory Fadin' Away. Kolejny utwór to odprężenie po tej emocjonalnej kulminacji. Na uwagę zasługuje wyluzowane frazowanie gitarowe z użyciem efektu wah-wah. Jedynym w 100% hard rockowym utworem jest 1,000,000 Miles Away. Potężny riff, błyskawiczne ogrywanie skal i charakterystyczne dla Wylde'a flażolety - na to wszystko czekali fani gitarzysty. Ich radość trwa jednak tylko jeden utwór - I Thank You Child to ponownie akustyczna ballada, choć z rockową, pełną niepokoju wstawką.

Na taką płytę Zakka Wylde'a czekam od kilku lat i... nie mogę się doczekać. Riffowa rzeźnia zwana Black Label Society z każdą kolejną płytą zjada swój własny ogon, wypuszczając przy okazji dwie- trzy balladowe perełki. A co z southern rockiem? Przestał odpowiadać Wylde'owi? Mam nadzieję, że nie.


Zakk Wylde - Book of shadows (Geffen Records, 1996)
  1. Between Heaven And Hell
  2. Sold My Soul
  3. Road Back Home
  4. Way Beyond Empty
  5. Throwin' It All Away
  6. What You're Looking For
  7. Dead As Yesterday
  8. Too Numb To Cry
  9. The Things You Do
  10. 1,000,000 Miles Away
  11. I Thank You Child

piątek, 21 czerwca 2013

Parszywa Trzynastka


End Of The Beginning do złudzenia przypomina Black Sabbath z debiutanckiego albumu formacji. Loner brzmi jak N.I.B., a Zeitgeist to kontynuacja Planet Caravan. Co z tego? Młodzież i tak pozostaje daleko w tyle.

Pamiętam, jak przy okazji pojedynku Przemysława Salety z Andrzejem Gołotą wielu dziennikarzy bezlitośnie wytykało bokserom wiek - razem mieli 90 lat. W przypadku Black Sabbath aż strach brać do ręki kalkulator. Iommi, Butler, Ward i Ozzy dawno już przekroczyli 60. rok życia. Jak przekłada się to na muzykę? W przypadku 13 nie ma mowy o nokaucie. To raczej spokojne zwycięstwo na punkty.

Jak się ma kurwa czuć legenda rocka? Czy wstając rano mówi: "Kochanie, czuję się dzisiaj bardzo legendarnie" ?

Black Sabbath zawsze otoczone było swoistą magią. Pełen niepokoju klimat pierwszych albumów zespołu, potężne brzmienie nisko strojonej gitary, klekoczący bas i charakterystyczny wokal Osbourne'a - to wszystko złożyło się na komercyjny i artystyczny sukces grupy. Tego wieczoru po koncercie wróciłem do hotelu i na korytarzu zastałem jakichś piętnastu świrów: mieli twarze pomalowane na czarno, peleryny, sztylety i świece. Zatrzasnąłem za sobą drzwi i zadzwoniłem do gościa z obsługi żeby zrobił coś z tymi ptasimi móżdżkami. Facet stanął między nimi, powiedział "sto lat", zdmuchnął im świece i kazał się wynieść. Gdzieśmy się wtedy nie ruszyli, takie typki zawsze sypiały na korytarzu pod moimi drzwiami. Słuchając opowieści Ozzy'ego trudno się nie uśmiechnąć. Oddaje ona stopień zaangażowania fanów  w twórczość Black Sabbath, ich bezgraniczne uwielbienie dla muzyki kwartetu z Birmingham. Uświadamia też jak olbrzymia presja ciążyła na czwórce przyjaciół, którzy postanowili po 35 latach nagrać płytę w oryginalnym składzie. Czy się udało?


Kasę mogliśmy puszczać z dymem i chlaliśmy na umór...

...aż przyszedł Rick Rubin i powiedział stop. Brodaty producent zabrał panom używki i narzucił reżim studyjnej pracy. W międzyczasie wykruszył się Bill Ward (żądał honorarium za występ charytatywny, co doprowadziło do potężnej kłótni w zespole), zastąpiony na czas sesji przez Brada Wilka. W 1997 roku Ozzy mówił: Między Tonym Iommim, Geezerem Butlerem a mną powstaje magia, której nie umiem wytłumaczyć. Kiedy stajemy na scenie, to są po prostu jakieś, kurwa, czary. Pierwsze dźwięki 13 potwierdzają słowa Księcia Ciemności. Odpowiedni ciężar posępnych zwrotek, riffowa galopada i jedyny w swoim rodzaju wokal - tak właśnie brzmiało Black Sabbath w najlepszych czasach. End Of The Beginning to wymarzone otwarcie.





Na pierwszy singiel wybrano drugi na płycie God is dead? Prawie dziewięciominutowy utwór jest popisem riffowego kunsztu Iommiego. Wielu krytyków zarzucało mu autoplagiat, ja nazwałbym to raczej "puszczaniem oka" do fanów Black Sabbath. Poza tym - mówimy o człowieku, który wymyślił heavy metal. Dlaczego klasyk miałby nie brzmieć klasycznie?

Cokolwiek można powiedzieć o Tonym Iommim, jest on na pewno mistrzem riffowania.

Udowadnia to w wyśmienitym Loner i godnym pierwszych płyt kwartetu Age Of Reason, gdzie na uwagę zasługuje długie, rozbudowane solo. Po słabszym Live Forever następuje moja ulubiona pozycja z krążka - Damaged Soul. Ciężki riff, "tłusty" bas i perfekcyjna gra perkusji tworzą doskonałe tło dla wokalu Ozzy'ego. Wokalu, który na całym albumie brzmi świeżo, czysto i potężnie, jak za najlepszych lat. Wielka w tym zasługa Ricka Rubina. Przed rozpoczęciem sesji nagraniowej do 13 producent przesłuchał z zespołem ich debiutancki krążek. Jak wspomina Ozzy: 
Poszliśmy do domu Ricka i zaczął nas wałkować o pierwszy album. Pomyślałem - o co, kurwa, chodzi? Dlaczego pierwszy album? Nagraliśmy miliard albumów od tamtego czasu. Ale on powiedział:  
- Nie jesteście heavy metalowym zespołem. Wasz pierwszy album był bluesowy.   
- Taaaak... - przytaknąłem. 
- I o to mi chodzi. 
- Bluesowy album! Chcesz żebyśmy nagrali bluesowy album?! - nie wiedziałem, o co do kurwy nędzy mu chodzi. Myślałem, że go zdrowo popieprzyło. Ale trzy tygodnie później olśniło mnie. Nie chodziło o bluesowy album, ale o bluesowy feeling. 
W Damaged Soul na słuchacza oprócz heavy bluesowego feelingu czeka wspaniały pojedynek gitary i harmonijki ustnej. Pozycja obowiązkowa.


Jako stary dziadek będę pewnie ciągle śpiewał "Paranoid".

Przepowiednia Ozzy'ego nie spełniła się - dzięki 13 jako dziadek może zaśpiewać coś nowego. Album nie eksploruje nieznanych obszarów heavy metalu, ale czy ktokolwiek tego oczekiwał? Trzech klasyków pokazało metalowej dzieciarni miejsce w szeregu. Pytanie, czy jest się z czego cieszyć? Płytę kończy odgłos burzy i kościelnych dzwonów - ten sam, który rozpoczynał debiutancki Black Sabbath. Piękna to klamra, a być może pożegnanie. Jeśli tak, to w wielkim stylu.

Black Sabbath - 13
1.End of the Beginning
2.God is Dead?
3.Loner
4.Zeitgeist
5.Age of Reason
6.Live Forever
7.Damaged Soul
8.Dear Father

Universal Music, 2013


Źródła cytatów: "Mówi Ozzy", red. Harry Shaw, wyd. In Rock



środa, 5 czerwca 2013

Radość i smutek


Musieli zrobić coś, co będzie inne. Ciągle w ramach muzyki dance, elektroniki, ale z "ludzkim" piętnem. 

Uwielbiam disco. Diana Ross, Bee Gees, Chic, Donna Summer czy Sister Sledge - to ich muzyka definiuje dla mnie ten gatunek. Wyrastające z funku i soulu brzmienie, złożone progresje akordowe i lekko jazzujący feeling stworzyły mieszkankę, która na ponad dekadę zdominowała listy przebojów. Z czasem disco zostało wyparte przez syntezatorową papkę spod znaku Poker Face. Tym bardziej cieszy, że zakuty w kosmiczne hełmy producencki duet, znany światu jako Daft Punk, postanowił nagrać płytę z melodyjną i archaicznie zaaranżowaną muzyką dance. 

I'm coming out

Mocne otwarcie - tak najkrócej można opisać Give life back to music. Moją uwagę zwróciły nazwiska kompozytorów. Oprócz Thomasa Bangaltera i Guy-Manuela de Homem-Christo (Daft Punk) w książeczce widnieją nazwiska dwóch gitarzystów: Paula Jacksona Juniora i Nile'a Rodgersa. Dla niewtajemniczonych - Rodgers to podpora zespołu Chic, kompozytor takich przebojów jak Le Freak czy I'm coming out, śpiewanego przez Dianę Ross. W otwierającym Random Access Memories utworze prym wiodą właśnie gitary. Czyste, selektywne brzmienie i charakterystyczne dla Rodgersa przeplatanie akordów i zagrywek rytmicznych stanowi świetne tło dla przetworzonego przez vocoder, nieco irytującego głosu. 




Utwór drugi jest, a jakoby niczego nie było. Potencjał pięknej melodii i aranżacji skutecznie zniszczył vocoder. O wiele ciekawsza jest najdłuższa na płycie kompozycja - Giorgio by Moroder.

Sound of the future

Numer trzeci to coś w rodzaju słuchowiska. Opowieść włoskiego producenta, Giorgio Morodera, zilustrowano wyśmienitą muzyką. Początkowo jest to standardowe disco w stylu Chic z wiodącą rolą gitary. Później dołączają się syntezatory, a kompozycja ewoluuje w kierunku jazzu fusion - świetna jest zwłaszcza partia solowa elektrycznego pianina. Kulminacja Giorgio by Moroder to fragment z rockową perkusją i orkiestracją. Robi wrażenie. 



Within to ważny utwór z punktu widzenia całego albumu - następuje w nim zmiana tonacji. Trzy pierwsze utwory, zagrane w a-moll za pomocą jednego zgrabnego przejścia łączą się z kolejnymi w tonacji b-moll. Delikatny akompaniament sekcji rytmicznej i pianino Chilly'ego Gonzalesa to czyste popowe piękno, zasługujące na coś lepszego niż fatalnie brzmiący, syntetyczny wokal. Szkoda.

Rodgers again

Na utwór piąty można spuścić jedynie zasłonę milczenia, natomiast o Lose yourself to dance trzeba powiedzieć kilka ciepłych słów. Wielka w tym zasługa Neila Rodgersa, który skomponował kolejny znakomity riff: prosty, ale rozbrzmiewający w głowie długie godziny po wyłączeniu płyty. Sam utwór jest niestety zbyt długi i po trzech minutach staje się nużący. 

Touch powstał we współpracy z Paulem Williamsem. Ta piosenka to dyskotekowy odpowiednik Day In A Life Beatlesów. Od syntezatorowego kolażu, przez piano pop urozmaicony sekcją dętą i orkiestracją, aż do lekko eksperymentalnego zakończenia - po prostu majstersztyk. Upływu lat nie odczuł głos Williamsa. Doświadczony songwriter wyznał: Od kolesi którzy są znani z techno popu, cokolwiek to jest, wyszła piękna kompozycja. To mnie poruszyło. Ta dziewięciominutowa podróż jest dla mnie bardzo emocjonalna i mam nadzieję, że taka będzie też dla innych ludzi. Nie pomylił się, jest.




Get lucky, czyli jak się robi przebój

Metoda jest bardzo prosta. Radosna progresja akordowa, przeplatana rytmicznymi zagrywkami i falsetowy wokal; do tego "żywa" sekcja rytmiczna oraz nienaganna produkcja. Tę prostą receptę odkrył już w latach 70. - tu niespodzianka - Neil Rodgers, który ponownie gości na Random Access Memories. Utwór bezlitośnie wchłonęła machina radiowej promocji, co nie odbiera mu bardzo naturalnego uroku. Zdziwię się, jeżeli nie będzie Grammy. 

Po tak przebojowym momencie ciężko w skupieniu wysłuchać drugiej części płyty. Beyond, skomponowane wraz z Paulem Williamsem, dzięki funkowej gitarze i ciekawej orkiestracji brzmi naprawdę frapująco.  Kolejne pozycje niestety rozczarowują: są nudne, przewidywalne i przeciętne. Dobre imię duetu ratuje ostatni na krążku utwór, Contact. Dynamiczna sekcja rytmiczna, klasycznie brzmiące syntezatory i niepokojąca gra szumów, trzasków i sprzężeń choć trochę rekompensuje uczucie zawodu.

Co dalej?

To kosmicznie nierówna płyta. Obrazuje jednak pewną tendencję. Od dnia premiery Random Access Memories okupuje czołowe miejsca na listach sprzedaży. Słuchacze muzyki pop tęsknią za żywymi instrumentami. Pragną melodii, bogatych aranżacji i dobrych kompozycji. Tu napotykamy jednak pewien problem - młodzi wykonawcy nie potrafią pisać muzyki dorównującej poziomem tej z lat 70. i 80. Daft Punk sięgnęli po emerytów: Neila Rodgersa czy Paula Williamsa i przywrócili muzyce groove. Co będzie, gdy pokolenie twórców muzyki disco zacznie wymierać, tak jak obecnie dzieje się z legendami rocka? 

Najnowsze dzieło Daft Punk cieszy i smuci jednocześnie. Czas pokaże, czy muzyka pop zawróci z dubstepowej, pozbawionej melodii ścieżki. Ta płyta to warty poznania, mały krok w tę stronę. Ciąg dalszy nastąpi?

sobota, 18 maja 2013

Awantura o zamsz cz. 2


Dziś ciąg dalszy intrygujących wersji tego utworu.

John Lennon & Plastic Ono Band

John Brower i Kenny Walker, organizatorzy Toronto Live Peace Festival, do udziału w imprezie namówili plejadę gwiazd rock and rolla: Chucka Berry'ego, Little Richarda, Jerry'ego Lee Lewisa, Fatsa Domino, Bo Diddley'a i Gene'a Vincenta. Kilku współczesnych wykonawców, takich jak Alice Cooper, Chicago czy The Doors  uzupełniło setlistę. Panowie postanowili więc poprosić Johna Lennona o poprowadzenie całej imprezy. Beatles odparł: Jeżeli w ogóle się tam pojawię, to po to, żeby grać. Tylko jeśli pozwolicie mi zabrać ze sobą mój nowy zespół, żebyśmy mogli zagrać. Problem w tym, że nie było żadnego zespołu...

Koncert miał odbyć się 13 września 1969 roku. Dzień wcześniej kilka połączeń telefonicznych doprowadziło do powstania Plastic Ono Band. Oprócz Lennona i Yoko Ono skład tworzyli Eric Clapton, Klaus Voorman i Alan White. Grupa odbyła dwie próby: jedną na pokładzie samolotu, a drugą na chwilę przed koncertem. Według słów lidera Grupa nie wiedziała, co grać. Zagrali więc rock and rollowe klasyki, w tym Blue Suede Shoes.


Stray Cats & friends

Zespół Briana Setzera na początku lat 80. przywrócił rock and rolla do życia. Utrzymane w konwencji klasycznego rockabilly utwory, charakterystyczne fryzury i wyrazista osobowość lidera zapewniły kapeli artystyczny i komercyjny sukces. Blue Suede Shoes wykonane podczas tego koncertu obfituje w bogaty zestaw gości. Na scenie pojawili się Eddie Van Halen, David Gilmour, B.B. King, Stanley Jordan, Les Paul, Jon Hammer, Waylon Jennings i Steve Miller. Od natłoku nazwisk aż boli głowa, lepiej obejrzeć i posłuchać.



Jimi Hendrix


Nagrana z Buddy'm Milesem wersja ma sporo garażowego klimatu. Przez 1,5 minuty perkusista nie może zrozumieć intencji Jimiego. Gdy w końcu udaje im się dogadać otrzymujemy naprawdę wyśmienity cover, nacechowany indywidualnym gitarowym stylem Hendrixa.

piątek, 17 maja 2013

Awantura o zamsz cz. 1


Jakiś czas temu przyobiecałem kilka postów o standardach muzyki rozrywkowej. Dziś czas na Blue Suede Shoes.

Carl Perkins


W połowie lat 50. w programie Luisiana Hayride spotkała się czołówka amerykańskiej sceny rockabilly. Johnny Cash, Elvis Presley oraz Carl Perkins razem nagrywali i koncertowali. Cash wpadł na pomysł napisania piosenki o niebieskich zamszowych butach podczas służby wojskowej w Niemczech. Poznał tam czarnego lotnika, który wszystkim chwalił się swoim obuwiem. Perkins początkowo wyśmiał ten pomysł. Nic nie wiem o butach. Jak miałbym napisać piosenkę o butach? Gdy 4 grudnia 1955 roku grał na potańcówce, w przerwie między utworami usłyszał okrzyk: Uh-uh, don't step on my suedes! Gdy spojrzał w kierunku, z którego dochodził głos, zobaczył chłopaka w... niebieskich, zamszowych butach. Jeszcze tej samej nocy Perkins napisał piosenkę, a 19 grudnia dokonano pierwszego nagrania.




Elvis Presley

Najbardziej znany cover tej piosenki. Wersja Króla została zarejestrowana w styczniu 1956 roku i pojawiła się na wydanym w marcu tego roku debiutanckim albumie muzyka, zatytułowanym po prostu Elvis Presley. Co ciekawe, utwór dotarł jedynie do 20. miejsca na listach przebojów. Nieśmiertelna sława przyszła później.




Black Sabbath

Podczas koncertów w 1969 pionierzy heavy metalu często wykonywali Blue Suede Shoes. Wokal Ozzy'ego brzmi w tym kontekście dość kuriozalnie, ale całość wypada bardziej niż przekonująco.  



Kolejne wersje tego utworu pojawią się w jutrzejszym wpisie. Zapraszam! 

wtorek, 14 maja 2013

Praktyczna supergrupa


Klasyczny rockowy skład wieje nudą na kilometr. Co z tym zrobić? Dodajmy trzech DJ-ów, będzie ciekawiej.

Nowojorski basista Bill Laswell, bębniarz o uroczej ksywie Brain, gitarowy wymiatacz Buckethead i grający na klawiszach Bernie Worrell sformowali w 1992 roku grupę Praxis. Zespół łączył hip-hop, funk, jazz, heavy metal oraz muzykę progresywną w fantazyjną i spójną całość. Dziś zapraszam na zarejestrowany w warszawskiej Sali Kongresowej utwór Animal BehaviorStudyjny skład poszerzono na tym koncercie o DJa Diska, DXT oraz Mix Master Mike'a. Wysunięty na pierwszy plan bas, urozmaicona perkusja i gitarowa wirtuozeria występują na równych prawach z wieloma rodzajami scratchy (pojawiają się m.in. tweak i crab, autorskie tricki Mix Master Mike'a). Warto to sprawdzić.

  

niedziela, 12 maja 2013

Powrót na południe


Kwartet z Nashville nie ma łatwego życia - każde ich wydawnictwo wywołuje skrajne reakcje. Początkowo popularni w Europie i anonimowi w USA, byli chwaleni przez recenzentów i pewnie zdobywali kolejne wyróżnienia. Przeskok ze świata alternatywy do mainstreamu w postaci Only by the night zniechęcił krytyków, ale otworzył dla nich rynek amerykański. Postanowili więc odwdzięczyć się rodzimej publiczności - tak powstało Come Around Sundown. 

Po wypełnionym przebojami, świetnie wyprodukowanym czwartym krążku zespół został twarzą światowego rocka. Wyprzedane do ostatniego miejsca stadiony, milionowe nakłady płyt, 3 nagrody Grammy. Historia lubi się powtarzać - każdy znaczący zespół w historii rocka dotarł do tego momentu. Po wielkim sukcesie grupa ma dwa wyjścia: rozpaść się lub zaryzykować i pójść naprzód. Rodzina Followillów postanowiła wrócić do korzeni i nagrać najbardziej amerykańską płytę w karierze. 

Początek od końca

Otwarcie nie zwiastuje rewolucji. The End rozpoczyna się świetnie brzmiącą partią perkusji, dynamicznym basem i przestrzennymi gitarami. Poprawił się wokal Caleba. Jego głos brzmi czyściej, wyraźniej, chociaż nadal na wskroś rockowo. Jak powiedział frontman - Jeżeli ktoś był fanem naszego poprzedniego albumu i włączy nowy, ten utwór go nie odstraszy. Odkrywanie Ameryki musi poczekać do drugiej na krążku kompozycji.

Ojciec braci Followillów (zespół tworzą Caleb, Nathan, Jared i ich kuzyn Matthew) jest pastorem Zjednoczonego Kościoła Zielonoświątkowego. Wielki wpływ na wychowanie chłopców miała zatem muzyka gospel i właśnie te inspiracje można odnaleźć w Radioactive. Zespołowi towarzyszy dziecięcy chór, refren inspirowany jest religijną pieśnią, a tekst opowiada o natchnieniu płynącym z modlitwy. Prym wiedzie jednak doskonała sekcja rytmiczna. Początkowo utwór miał być... punkowy. Podczas przerwy w nagrywaniu frontman zespołu nagle oderwał się od gry w rzutki i postanowił ponownie zarejestrować wokal. Przy asyście butelki whisky zwolnił tempo i sposób śpiewania tak mocno, że kolejnego dnia po odsłuchaniu nowej wersji wszyscy zastanawiali się: co to za piosenka?


"Ogień to tworzywo"

Kings of Leon zawsze dobrze wypadali w balladach. Trzeci utwór to opowieść o piromanie, chociaż dla mnie mogłaby być równie dobrze o paście do butów - wokal Caleba doskonale dozuje emocje, snując się na tle delikatnych gitar i nasyconych pogłosem klawiszy. Mary to nagrana za jednym podejściem kompozycja z czasów Only by the night, która nie wzbudza większych emocji. 


Większe ich spektrum pojawia się w The Face. Pięknie uzupełniająca się gra perkusji i basu, przestrzenne plumkanie gitary oraz obecne w tle organy tworzą... bardzo brytyjski klimat. Zespół swój piąty album nagrywał w Nowym Jorku, co zaowocowało świetnym tekstem, poruszającym motyw domu i tęsknoty za rodzinnym stanem - if You give up New York/I'll give You Tennessee/The only place to be. Jakie to amerykańskie...

Born in Nashville

Czy można bardziej? Oczywiście, jest przecież Back Down South. Pojawiają się w nim akustyczne gitary, skrzypce, gitara lap steel - ta piosenka to typowy utwór country. Czuć, że nagrywanie sprawiło członkom Kings of Leon niezłą frajdę. Matthew Followill wspomina je jako Jedne z najlepszych chwil jakie spędził w studio. Nie dziwię się - pracę rozpoczęli od kilku szklanek whisky, a do wspólnego śpiewania zaprosili wszystkich obecnych, włącznie z dostawcą pizzy. Atmosfera udziela się słuchaczom, aż się chce wsiąść do starego Chevroleta Camaro i wyruszyć na południe.


W tym momencie zespół dopada kryzys środka płyty. Beach Side, pierwotnie nieprzypadkowo nazywane B-Side, to lekka piosenka w stylu soft-rocka lat 70. Nie zostawia trwałego śladu w pamięci, podobnie jak No Money i Pony Up. Lepiej wypada Birthday, oparte o świetną sekcję rytmiczną. W końcówce albumu wyróżnia się Mi Amigo, według niektórych interpretacji opowiadające o uzależnieniu od alkoholu. W warstwie muzycznej to dynamiczny rockowy kawałek, wzbogacony aranżacyjnie o dźwięki sekcji dętej. Ostani na płycie Pickup truck miał być hymnem na miarę Arizony, ale niestety nie dorasta jej do pięt.

Wiele hałasu o nic

Album został skarcony przez recenzentów. Zarzucano mu sformatowanie na potrzeby radia, kopiowanie stylu U2 i zbyt wygładzoną produkcję. Po trzech latach od premiery nadal nie rozumiem tych formułowanych naprędce oskarżeń. Kings of Leon nie udawali nigdy zbawców awangardy, zawsze grali melodyjne, proste, dobrze skrojone rockowe piosenki. A że taka muzyka świetnie się sprzedaje? Pozostaje tylko się cieszyć i mieć nadzieję, że nie wpłynie to na kompozytorską sprawność kwartetu. 

niedziela, 21 kwietnia 2013

Lutosławski dla mas


Rok 2013 ogłoszono rokiem Witolda Lutosławskiego. Aby nie drażnić melomanów i nie nudzić fanów popkultury, na twórczość wielkiego kompozytora spojrzymy z nieco innej perspektywy. 

Leszek Możdżer to taki muzyczny Midas - wszystko czego dotknie zamienia w złoto. Tak było w przypadku interpretacji utworów Komedy, impresji Chopinowskich, oraz koncertowego projektu Lutosphere. Do mistrza klawiatury dołączyli wiolonczelista Andrzej Bauer i DJ M.Bunio.S. Efekt - nieco awangardowe interpretacje utworów Lutosławskiego. Świeże, intrygujące brzmieniem i improwizacyjną swobodą. Odpowiednie dla osób, które filharmonie omijają szerokim łukiem. 

Dziś zapraszam na fragment koncertu w Teatrze 6. piętro, a konkretnie na Intradę. Lutosławski mówi: I'll be back. 



A. Bauer, M.Bunio.S., L. Możdżer - Intrada (live at Teatr 6. piętro, 26 VIII 2010)



niedziela, 14 kwietnia 2013

Lot Feniksa


Nie tylko Beyonce śpiewa z playbacku. 50 Cent rapuje z taśmy, Madonna tylko rusza ustami, a David Coverdale odtwarza nawet pozdrowienia dla fanów. Dawno, dawno temu było zupełnie inaczej...

Dzisiejszy wpis mógłby być poradnikiem zatytułowanym Jak rozpocząć koncert. Mistrzostwo w tej sztuce osiągnęli Grand Funk Railroads. Czas i miejsce akcji: Nowy Jork, 23 grudnia 1972. Przed Rockefeller Center świecą się już lampki na gigantycznej choince, statystyczny Amerykanin myśli o prezentach i świątecznym puddingu. Zgromadzona w Madison Square Garden długowłosa młodzież swój prezent odbiera dwa dni wcześniej. 

Przez szmer publiczności przebijają się pierwsze organowe akordy. Mark Farner, siła napędowa GFR, rozpoczyna Flight of the Phoenix. Po kilku sekundach dołącza sekcja rytmiczna i rozpoczyna się prawdziwe szaleństwo. Mijają dwie minuty. Lider porzuca klawisze, łapie za gitarę i gra krótkie, ale znakomite solo. Kilkadziesiąt sekund i znów zmiana - na pierwszy plan wybija się sekcja rytmiczna, płynnie przechodząc w Footstompin' music. Zwrotka, refren, ponownie sama sekcja. I rozpoczyna się coś wspaniałego - dialog wokalu i gitary, zwieńczony kolejną porywającą solówką. Surowo, ostro, dynamicznie. 

Gdy są umiejętności, nie potrzeba taśmy. 

sobota, 13 kwietnia 2013

Poza granicami


Od wydania poprzedniej płyty Bonobo minęły już trzy lata. W tym czasie Simon Green koncertował, przeprowadził się z Londynu do Nowego Jorku i na ponad rok zniknął w studiu. Tak powstała The North Borders - płyta, którą Brytyjczyk odkrywa nowe terytoria, nie tracąc jednak swojego wysmakowanego stylu. 

W wywiadzie dla interviewmagazine zapytany o receptę na świeżość brzmienia powiedział: 
Mój gust muzyczny ciągle się rozwija i idzie w tą stronę, w którą chce podążyć - to muzyka mnie prowadzi. Czuję się daleki od sklasyfikowania siebie jako muzyka jazzowego czy down-tempo.
Rzeczywiście - The North Borders to zupełnie inna płyta niż jazzująca Days To Come czy eklektyczna Black Sands. Na pierwszy rzut ucha nic się nie zmieniło. Charakterystyczny, głęboki bas, złożone i wielowarstwowe aranżacje, świetni wokaliści - te elementy pojawiły się również na dwóch poprzednich albumach Bonobo. Najwięcej zmian przynosi rytmika. Kompozycje są utrzymane w szybszych tempach, dominuje nietypowe dla tego artysty metrum 4/4. Zupełnie inne są też sample - pełno tu fragmentów soulowych wokali (Emkay, Don't Wait), wkomponowanych w nowe muzyczne środowisko. Żegnajcie etykietki.

Czuć, że mamy rok 2013. Na The North Borders pobrzmiewają echa dubstepu, północnej elektroniki i twórczości Buriala. Zmieniło się też instrumentarium. Prym wiedzie syntezator Prophet-5, sekret brzmienia albumu. Bonobo na tej płycie idealnie wyważył proporcje między elektroniką a dźwiękami żywych instrumentówSłyszymy m.in. kalimbę, wibrafon, saksofon, harfęsekcje smyczkową i dętą.  Znakomici są również goście: królowa neo-soulu Erykah Badu, obdarzony aksamitnym głosem Grey Reverend,  czy łagodna i ciepła Szjerdene. Istny róg obfitości. 

Od premiery krążka upłynęły 3 tygodnie. Czy w w tak krótkim czasie można dobrze poznać płytę? Nie w przypadku Bonobo. The North Borders to nie tylko trzynaście kompozycji. To setki detali, brzmień, muzycznych tropów które warto odkryć i poznać. Takie Albumy nie mają terminu ważności. Na szczęście.



Bonobo - The North Borders (2003)
  1. First Fires (feat. Grey Reverend)
  2. Emkay
  3. Cirrus
  4. Heaven For The Sinner (feat. Erykah Badu)
  5. Sapphire
  6. Jets
  7. Towers (feat. Szjerdene)
  8. Don’t Wait
  9. Know You
  10. Antenna
  11. Ten Tigers
  12. Transits (feat. Szjerdene)
  13. Pieces (feat. Cornelia)

poniedziałek, 8 kwietnia 2013

Przegląd tygodnia vol. 2


Dziś (8 kwietnia) miała miejsce premiera drugiego albumu Jamesa Blake'a Overgrown. Gościnnie na płycie pojawią się Brian-chwytam-się-popularnych-dzieciaków-Eno, oraz znany z Wu-Tang Clanu i serialu Californication raper RZA. 




Również od dziś pod tym adresem możecie za darmo odsłuchać najnowsze dzieło The Flaming Lips - The Terror. Zapowiada się naprawdę obiecująco.



16 kwietnia ukaże się w sklepach czwarty album Yeah Yeah Yeahs, zatytułowany Mosquito. Obdarzona oryginalnym głosem Karen O (w pełnym brzmieniu Karen Lee Orzołek) ma znów okazję zachwycić czymś więcej niż ekstrawaganckim ubiorem. Nie mogę się doczekać!



Chris Martin, co widać na powyższym zdjęciu, nie może otrząsnąć się z szoku. To zupełnie prawidłowa reakcja na wyniki głosowania przeprowadzonego przez BBC. Drugi album grupy Coldplay został w nim wybrany najlepszą płytą wszech czasów... Dobrze, że w Wielkiej Brytanii aż roi się od polskich laryngologów.



W klubową trasę koncertową po Polsce wyruszyli Finowie z Korpiklaani. Folk- metalowcy promują swój ósmy album - Manala. Najbliższy koncert odbędzie się 10 kwietnia w gdańskim klubie Parlament.

czwartek, 28 marca 2013

Morda w kubeł


Biała maska bez wyrazu, burza kręconych włosów i kubeł na głowie. Nie, nie chodzi o pacjenta zbiegłego z możdżerowskiego psychitatryka. Panie i Panowie - przed wami Brian Patrick Carroll. Buckethead. 

To z pewnością jeden z największych oryginałów w rockowym światku. Artysta jest połączony magiczną więzią z kurczakami - przez długie lata występował w kuble po skrzydełkach z KFC na głowie. Podczas nagrywania Chinese Democracy (tak, Kubłogłowy był członkiem Axl 'n' Roses) kazał wybudować w studiu kurnik, żeby poczuć się bardziej komfortowo. Jednak poza wizerunkiem totalnego świra jest jeszcze muzyka. 


Dyskografia tego artysty liczy 40 albumów solowych, 60 wydanych z innymi wykonawcami oraz 44 występy gościnne. Twórczość Bucketheada ma bardzo szerokie spektrum - od łagodnych ballad, przez rockową awangardę aż po najcięższe odmiany metalu. Na dobry początek zapraszam na Soothsayer z albumu Crime Slunk Scene. Kompozycja straszliwie długo się rozkręca. Jednak gdy od trzeciej minuty pojawia się partia solowa, zaczyna "się dziać": szaleńcze pasaże, tappingi, zabawa efektem Whammy... Techniczna strona kompozycji nie przeszkadza na szczęście melodii.


Buckethead będzie jednym z bohaterów audycji Good Times Old Times, którą na antenie radia MORS prowadzę wraz z Piotrkiem Bonarem. Początek o 19.00, słuchajcie na www.mors.ug.edu.pl . Zapraszam!






1. Buckethead - Soothsayer (Crime Slunk Scene, 2006)
2. Buckethead - Soothsayer (live, 20xx)

wtorek, 26 marca 2013

Klasztor obłąkanych



Dawny klasztor, obecnie szpital psychiatryczny. Kolorowe witraże zdobią strzeliste okna, z czerwienią ceglanych ścian kontrastują kamienne łuki, podtrzymujące zawieszone wysoko sklepienie. Przy wejściu do kaplicy stoi wielka chrzcielnica. W miejscu ołtarza -  błyszczący fortepian.

W tak niecodziennych warunkach powstawała wydana w 2004 roku płyta  Piano.  Realizujący nagranie Leszek Siewierski do rejestracji użył jedynie dwóch mikrofonów, wysokiej jakości kabli połączeniowych i rejestratora Nagra D. Tak prosty zestaw umożliwił zachowanie niebywale wysokiej jakości dźwięku, co słychać nawet na średniej klasy komputerowych głośnikach.

Dziś zapraszam na drugą na albumie kompozycję - Sanctus. Leszek Możdżer na preparowanym klinami strojeniowymi i gumkami do ścierania fortepianie czaruje już od pierwszych dźwięków. Słychać, że nagrania dokonano w 1997 roku, frazowanie znacząco różni się od tego znanego chociażby z The Time, częściej zahacza o "klasyczne" rejony. Mimo to jest niesamowicie charakterystyczne - stylu Możdżera nie da się pomylić z żadnym innym. Poniżej porywające wideo autorstwa Tomasza Toporowicza.

poniedziałek, 25 marca 2013

Przegląd tygodnia vol. 1


Dziś (25 marca) ukazuje się reedycja debiutanckiej płyty legendy polskiego rocka - grupy Perfect. Do podstawowej tracklisty dorzucono trzy bonusy, znane dotychczas tylko z kompilacji i koncertów: Po co?, Pepe wróć i Opanuj się.


Delta Machine - tak muzycy Depeche Mode zatytułowali swój trzynasty LP, dostępny w sprzedaży od 22 marca. Grupa wystąpi w Polsce podczas trasy promującej płytę. Więcej informacji TUTAJ.




22 marca przypadła 50. rocznica wydania debiutanckiego krążka The BeatlesPlease, please me wspięło się na szczyt list przebojów, a po 30 tygodniach spędzonych na pierwszym miejscu zostało zmienione... drugim albumem Beatlesów. Basista zespołu, Paul McCartney po raz pierwszy odwiedzi Polskę w ramach trasy Out There! Koncert odbędzie się 22 czerwca na Stadionie Narodowym w Warszawie. 



24 marca minęło 40 lat od premiery The Dark Side of The Moon zespołu Pink Floyd. Ten album to dla fana rocka pozycja obowiązkowa - wstyd nie znać. Więcej na temat płyty możecie przeczytać TUTAJ
Nowy krążek Joe Satrianiego, Unstoppable Momentum ukaże się 7 maja. Następca rewelacyjnego Black Swans & Wormhole Wizards powstaje w Skywalker Studios pod okiem samego Mike'a Frasera



Ozzy Osbourne w wywiadzie dla Tip It Up wyznał, że chciałby zaśpiewać z Adele. Czekam na ten duet z wypiekami na twarzy.