wtorek, 29 stycznia 2013

"Born and Raised" - Trailer.


W najbliższych dniach na blogu pojawi się recenzja ostatniej płyty Johna Mayera - "Born and Raised". W ramach zachęty zapraszam na akustyczne wykonanie "Something Like Olivia".  Prostota formy i ograniczone instrumentarium nie przeszkadzają stałemu bywalcowi pudelkowych łamów - muzycznie obyło się bez skandalu, wszak Mayer to wciąż rewelacyjny gitarzysta.

niedziela, 27 stycznia 2013

"Gdzie jesteś dziś? Tęsknię tak jak nikt..."


"Gdzie jesteś dziś? Tęsknię tak jak nikt..."- te słowa popowego straszydła autorstwa Kombii można odnieść wprost do Grzegorza Skawińskiego. Za jego gitarowym obliczem, znanym z O.N.A. i Skawalkera tęsknił niejeden miłośnik polskiego rocka. Doczekaliśmy się - Skawa i jego gitara sprawili nam wspaniały prezent. 

W jednej z recenzji tego wydanego w marcu 2012 roku krążka pojawiają się intrygujące pytania: czy Skawiński ma sobowtóra? A może brata bliźniaka? Ciężko jest bowiem pojąć dysonans pomiędzy komercyjną papką tworzoną przez Kombii a światowej klasy gitarową twórczością prezentowaną na solowych albumach. Muszę przyznać, że taka rozbieżność przekracza moje zdolności percepcyjne, postanowiłem zatem oddać głos sprawcy całego zamieszania. 
Ship Of Fools jest mi o tyle bliski, że traktuje o moim stosunku do świata i otaczającej mnie, nie zawsze życzliwej rzeczywistości. (...) Odwołuje się do moich fascynacji wczesnymi odmianami hard rocka i metalu, ale został zaaranżowany, jak sądzę, w nowoczesnym, nieco industrialnym klimacie. Riffy grane są na mocno przestrojonych gitarach 7-dmio strunowych, a całość dopełnia potężna bateria wzmacniaczy. 
Otwierający płytę numer to rzeczywiście hard rockowa jazda spod znaku Ozzy'ego Osbourne'a, przeplatana refrenem a'la Dream Theater. Solidne riffy, technicznie zabójcze solo, sprawna sekcja. Ciągle jednak nie opuszcza mnie obawa, że numerem drugim okaże się "Pokolenie" albo "Zaczaruj mnie". Nic z tego.
New Better World (...) to kolejny z ciężkich numerów na płycie. 
W dodatku przywodzący multum pozytywnych skojarzeń, zwłaszcza tych spod znaku Korn. Mnie uwiódł orientalny w skalach mostek, gdzie naprawdę dobrze sprawdza się charakterystyczny wokal Skawy.
W Last Thing chciałem pokazać szeroki wachlarz moich zainteresowań i inspiracji. Odniosłem się głównie do muzyki bluesowej i rockowej lat 60. i 70. Jest to niewątpliwie okres który mnie ukształtował jako muzyka i człowieka. 
Wielkie zaskoczenie. Początkowe dźwięki potężnie sprzęgającej gitary zapowiadają metalową rzeź - nic bardziej mylnego. Trzeci na płycie kawałek to okraszony organami Hammonda i ozdobiony soulowymi chórkami blues, w którym Skawiński gra jedne z lepszych na płycie partii. Czapki z głów!
Me&My Guitar dedykowany jest wszystkim fanatykom gitary w jej różnych wydaniach. (...) A dla mnie... jest to po prostu... święto sześciu strun!
Utwór tytułowy to w zasadzie dwa riffy i siedem wyśmienitych solówek, zagranych przez Skawę oraz gościnnie występujących na płycie polskich gitarzystów - m.in. Marka Napiórkowskiego, Nergala czy  Marka Radulego. Na wyróżnienie w tym numerze zasługuje też sekcja rytmiczna - wyraźny bas trzyma w ryzach pełną technicznego onanizmu popisów kompozycję.
Return To Innocence to bardzo liryczny, osobisty numer odnoszący się właśnie do mych lat młodzieńczych i stron rodzinnych. 
Sentymentalne? Tak. Liryczne? Owszem. Kiczowate i tanie? Bynajmniej. Return To Innocence jest najbardziej chwytającym za serce momentem na płycie. Piękne, przestrzenne brzmienia i nacechowana olbrzymim feelingiem gra dowodzi, że Skawiński to gitarzysta światowego formatu.
Stratosphere jest opowieścią o odwiecznej tęsknocie człowieka. O tym, by móc się wznieść i poczuć naprawdę wolnym. (...) Przyznam, że rock progresywny zawsze był mi bliski... Poszukiwania brzmieniowe, budowanie rozłożystych faktur i napięć, ciekawe harmonie.
Skawa wspomina w dalszej części wypowiedzi o inspiracji dokonaniami Led Zeppelin oraz Cream. Rzeczywiście, utwór pulsuje jak "Immigrant Song", ale partie solowe kojarzą mi się bardziej z Joe Satrianim.
Strength To Carry On jest bez wątpienia najbardziej reprezentatywny dla płyty (...) 


Ten utwór jest najbardziej reprezentatywny nie tylko dla płyty, ale być może dla Skawińskiego w ogóle. Mocny, akcentowany flażoletami riff, świetna melodia i gitarowa maestria w solówce. Czego chcieć więcej?
Numer ten to istna żonglerka konwencjami. Jest on w swojej genezie klasycznym bluesem, natomiast aranżacja - jak sądzę - wymyka się już tak jasnym kryteriom. W utworze tym nawiązuję do stylistyki jazz i fusion. 
21st Century Blues przez zastosowanie sekcji dętej w aranżacji kojarzy mi się z motywem przewodnim filmów o Jamesie Bondzie. Gra gitarowa znów na najwyższym poziomie - tym razem urzeka świetnie zastosowany talk-box oraz urozmaicona gra solowa w końcówce.
W Over The Mountain starałem się oddać uczucie zbliżenia do nirwany - unoszenia się nad własnym ciałem, problemami, ograniczeniami. 
Jest to próba w 100% udana. Obok Return To Innocence to mój ulubiony moment na płycie. Skawiński po mistrzowsku kontroluje każdy dźwięk śpiewającej w jego rękach gitary. Aranżacja bardzo mocno kojarzy się z... Vangelisem.

Po 38 minutach spędzonych z Me&My Guitar po prostu nie mogłem otrząsnąć się ze zdumienia. Ten sam człowiek wypuszcza taśmowo radiowe gnioty i tworzy naprawdę wspaniałą muzykę? Najwidoczniej Kombii to czysta biznesowa kalkulacja. Jedynym minusem wydawnictwa jest produkcja - inaczej wyważyłbym poziomy głośności poszczególnych instrumentów. Pomimo tej dość istotnej wady album jest dziełem świadomego swojej wartości artysty, który doskonale porusza się w rockowych rejonach.




niedziela, 20 stycznia 2013

Po co?


Dawno, dawno temu, za górami, za lasami, przed ustrojowymi transformacjami, mieliśmy w Polsce mainstreamowy, choć rockowy zespół na światowym poziomie. Czy dziś ktokolwiek jest w stanie w to uwierzyć?

Gdy pierwszy raz usłyszałem "Po co?" nie mogłem uwierzyć w swobodę gitarowej gry Andrzeja Urnego - jego partie w niczym nie ustępują grze herosów sześciu strun zza Oceanu. Sama piosenka to w zasadzie jeden, prosty jak konstrukcja cepa riff, nieco banalny rockandrollowy tekst oraz mocny wokal Markowskiego. Na tym tle to właśnie gitarowe popisy najmocniej rzucają się w uszy - Polak potrafi!


środa, 16 stycznia 2013

"Glaca w słońcu błyszczy, jakby kombajn kosił."


Youtube to tak naprawdę krzywe zwierciadło "Internetów". Obok filmików zabawnych zwierząt, kilkunastogodzinnego Nyan Cat czy teledysków Tomasza Niecika można tam znaleźć zagłębie dobrej muzyki. W tej części zdecydowanie zamieszkuje Joe Satriani. 

Utwór na dziś to pochodząca z "Black Swans &Wormhole Wizards" kompozycja o uroczym tytule "Wind In The Trees". Moje serce zdobyła już dawno temu, jednakże dziś przeglądając kanał Satrianiego natrafiłem na naprawdę ciekawą wersję live. Cały show kradną Satchowi klawiszowiec i perkusista. Po zakończeniu partii gitarowej, gdy główny aktor schodzi ze sceny, zespół serwuje nam frapującą improwizację - niebiańskie dźwięki Rhodes piano i połamane rytmy powinny przypaść do gustu nie tylko miłośnikom rocka, ale też wielbicielom jazzu fusion. Poniżej dwie wersje: studyjna oraz koncertowa.





wtorek, 15 stycznia 2013

Łyżka dziegciu w beczce miodu.


Czwarty krążek Black Label Society to niemalże solowe dzieło Zakka Wylde'a, który na płycie zaśpiewał oraz zagrał na wszystkim oprócz perkusji. Czego można spodziewać się po "The Blessed Hellride"? Wystarczy rzut oka na okładkę - to będzie szybka i bezlitosna jazda. 

Od pierwszego kontaktu z BLS mam problem z oceną tej odsłony twórczości legendarnego już metalowego gitarzysty. Największym sentymentem darzę nieodżałowanej pamięci Pride&Glory, lubię wszystkie płyty tandemu Zakk&Ozzy, natomiast krążki sygnowane przez charakterystyczną czaszkę wymagają od fanów anielskiej cierpliwości. Przyczyną całego zamieszania jest kosmiczna wręcz nierówność zawartych na albumie utworów - obok małych arcydzieł muzyki metalowej znajdują się po prostu gnioty. Gdy już pogodzimy się z tym faktem i nauczymy się obsługi przycisku pomijania w odtwarzaczu, możemy śmiało zabierać się za słuchanie.


Po pominięciu pierwszego utworu, który po prostu męczy, właściwą przygodę z płytą zaczynamy od "Doomsday Jesus". To porządna szkoła riffowania, odrobione zadanie domowe z twórczości Black Sabbath oceniam na solidną czwórkę. Niejaki towarzysz Lipa dawno temu rzekł: "Następna piosenka wiadomo jest jaka - szybka po prostu. Po wolnej musi być szybka. Takie są zasady muzykowania.". Na utwór trzeci podążający tym tropem Zakk wybrał zaśpiewane z Ozzym Osbournem "Stillborn". Energetyczna kompozycja z wyśmienitym, choć krótkim solem robi wrażenie, choć o prawdziwą sztukę ociera się dopiero wersja akustyczna (poniżej). Wolniejszy i bardziej majestatyczny  jest kolejny riffowy walec, "Suffering Overdue", pełen charakterystycznych dla Zakka flażoletów. Utwór tytułowy to zwrot w stronę zupełnie innej stylistyki. Akustyczna gitara, nieprzesterowane solo, melodyjny refren - poprawnie, ale bez znanego z "Pride&Glory" czy "Book of Shadows" błysku. Po trzech szybkich, nie robiących wrażenia kompozycjach przechodzimy do serca tej płyty, czyli "Blackened Waters". To niemalże definicja rockowej ballady - stopniowo narasta, by eksplodować pełnym emocji solem. Bardzo ważną rolę pełni niski, dudniący bas przez który kawałek aż kipi grozą i niepokojem. Kolejny utwór to bardziej coś na kształt rockowego hymnu. Prosty rytm, potężne gitary, pełen patosu tekst i melodyjny refren - nawet opis brzmi jak recepta na sukces. Na wyróżnienie zasługuje inne niż pozostałe solo - zamiast wygrywanych z prędkością światła pasaży Wylde serwuje nam bardziej klasyczne patenty i ciekawą zabawę efektem stereo. "Dead Meadow" dla Zakkoholików pozostanie niestety tylko cieniem doskonałego "Fadin' Away".

"The Blessed Hellride" to dobry krążek. I w tym właśnie tkwi problem - wybitny artysta nie nagrywa wybitnej, a "tylko" dobrą płytę. Zupełnie inaczej należy ocenić album na tle innych rockowych wydawnictw XXI wieku. Zakk Wylde to wciąż absolutny top metalowego panteonu, prawdziwy heros gitary, a przy tym sprawny kompozytor i wokalista - to wszystko sprawia, że pokochanie "The Blessed Hellride" to nie taki poroniony pomysł.



Black Label Society - The Blessed Hellride (Spitfire Records, 2003)
  1. Stoned and Drunk
  2. Doomsday Jesus
  3. Stillborn (feat. Ozzy Osbourne)
  4. Suffering Overdue
  5. The Blessed Hellride
  6. Funeral Bell
  7. Final Solution
  8. Destruction Overdrive
  9. Blackened Waters
  10. We Live No More
  11. Dead Meadow

piątek, 11 stycznia 2013

Share Week 2


Postanowiłem rzutem na taśmę dołączyć do opisanej TUTAJ akcji - do wtorku bez żadnych konsekwencji można polecać spamować o odwiedzanych przez siebie witrynach. Oto i skromne zestawienie- wycinek "moich" Internetów.

1. The Little People Project. Najciekawszy na jaki do tej pory natrafiłem sieciowy projekt fotograficzny. Aby przykuć mnie na dłuuugi czas wystarczyły trzy zdjęcia, które zamieszczam poniżej.


2. Macaroni Tomato. Blog o klasycznej męskiej elegancji i krawiectwie miarowym. Ciekawa witryna prowadzona przez intrygującą postać - scenarzystę Wojciecha Szarskiego. 

3. Mr. Vintage. Kolejna strona poświęcona męskim fatałaszkom - często aktualizowana, barwnie i ciekawie pisana. Co ważne - nie samym zdjęciem żyje człowiek.

4. Emcyklopedia. Mistyczna postać niejakiego Andrzeja wynajduje muzykę, od której włos jeży się na głowie. Ubaw powyżej pach.

5. jesz pieroga, a może on ma rodzinę. Niepoprawnie odjechany blog rysunkowy - miłość od pierwszego wejrzenia.


PS. - Share Week polega na wielokrotnym dzieleniu się dobrymi linkami. Zachęcam do radosnego spamu w komentarzach, niech ludzkość odwiedza ciekawszą stronę sieci.

piątek, 4 stycznia 2013

Vai is God


Zespół grający na pustkowiu i multum migawek z najnowszej historii świata. Znajomy obrazek, prawda? Linkin Park w klipie do "What I've Done" dokonali zacnego zapożyczenia od Steve'a Vai. Muzycznie to jednak zupełnie inna półka. "For the Love of God" jest małym arcydziełem - instrumentalny utwór opowiada o tym, do czego zdolni są ludzie walczący w imię swojego boga. Nie jest to czczy opis - ta kompozycja naprawdę jest "o czymś", potężny ładunek emocji kryje się w każdej nucie. Tym razem techniczna doskonałość niepozbawiona jest artyzmu.


1. Steve Vai - For the Love of God (Passion & Warfare, 1990)

Wykonanie live ma jedną zasadniczą zaletę - pozwala dostrzec, jak trudnym technicznie utworem jest "For the Love of God". Szalone bendingi, flażolety, tremolo, tapping, shredding, wykorzystanie sprzężeń zwrotnych, efektów whammy i wah-wah - wszystkie te patenty użyto w jednej kompozycji. Tak naprawdę nie ma to jednak większego znaczenia - na pierwszym planie i tak są emocje.


2. Steve Vai - For the Love of God (G3 live, 1996)

środa, 2 stycznia 2013

Różnica tapira.


1. Europe - Rock The Night (The Final Countdown, 1985)

Lat 80. unikam. Wręcz panicznie się boję. Bo jak zrozumieć fenomen facetów z tapirowanymi włosami, biegających po scenie w dziwacznych wdziankach?




Zamykam oczy. Otwieram uszy. Hm. Podświadomie nadal wyczuwam kicz. Ale pod jego cienką warstwą odnajduję muzykę ciekawą i wartą odkrycia. Zespół Europe, bardziej powściągliwy w ubiorze niż David Lee Roth, zafascynował mnie niesamowitymi, wręcz perfekcyjnymi koncertami. Riff "utworu na dziś" to klasycznie rockowa progresja akordów, ale przez wokal Joey'a Tempesta i gitarową maestrię Johna Noruma przykuwająca uwagę. 


2. Europe - Rock The Night (Live at Sonisphere festival, 2010)

Rozwiązaniem równania Europe - tapirowane włosy jest lepsze wykonanie. W 80% przypadków bawi mnie widok 50-latków śpiewających o żywocie rockandrollowca. Europe po zmianie fryzur i lekkiej korekcie wizerunku nie drażnią. Na poniższym video najbardziej w uszy rzucają się świetny kontakt zespołu z publicznością, klawiszowe brzmienia w stylu lat 70., oraz fenomenalna gra Noruma. Ciekawostką jest muzyczny cytat z "Heaven and Hell" Black Sabbath, zaśpiewany razem z publicznością.