sobota, 23 lutego 2013

Rozjechać walcem walca.


Francuz, Jacques LeFevier postanowił popełnić samobójstwo. Stanął na urwisku i przywiązał kamień do szyi. Następnie wypił truciznę i podpalił swoje ubranie. Próbował nawet zastrzelić się podczas skoku, ale kula chybiła przecinając linę z kamieniem. Woda morska, do której wpadł niedoszły samobójca, ugasiła ogień, a zalewając usta spowodowała wymioty, które usunęły truciznę z żołądka. Jacques został wyciągnięty z wody przez rybaków i odwieziony do szpitala, gdzie... zmarł z powodu wychłodzenia organizmu. 


Jaki związek ma historia nieszczęsnego Francuza z Francisco Tárregą, bohaterem dzisiejszego wpisu? Zarówno po Jacques'u LeFevier jak i po hiszpańskim kompozytorze bezlitośnie przejechał walec historii. Pierwszego zapamiętamy tylko z powodu jego idiotycznej śmierci, drugiego przez nader skromny wycinek twórczości: trzy takty, znane ludzkości jako Nokia Tune. Przerywają wykłady, konferencje, irytują w komunikacji miejskiej i kościołach. Czas odzyskać tych kilka nut i zwrócić je muzyce.


Słynne osiem dźwięków pochodzi z utworu Gran Vals, skomponowanego przez Tárregę w 1902 roku. Twórczość Hiszpana wiele motywów czerpie z muzyki flamenco, którą amatorsko wykonywał jego ojciec. Bogaty warsztat gitarzysty i nietypowe dla flamenco metrum 3/4 to zasługa solidnej muzycznej edukacji m.in. u Juliána Arcasa, oraz biegłego opanowania gry na pianinie. Gran Vals zachwyca zróżnicowaniem kompozycji. Utwór dosłownie zmusza gitarzystę do operowania na całej długości gryfu. Poniżej świetna interpretacja Davida Russela. 



wtorek, 19 lutego 2013

Progresja made in Poland


Słoneczna plaża nad Morzem Czarnym. Do dwóch wylegujących się na słońcu turystek podchodzi miejscowy podrywacz. 
- Where are You from? - pyta, szczerząc w uśmiechu nieskazitelnie białe zęby.
- We are from Poland - zamiast spodziewanego dopytywania, cóż to za miasto?, zdziwione Polki usłyszały zaskakującą odpowiedź:
- Poland, Polska... Oh, yes! Walesa, Wojtyla, Riverside!

Na Palcach jednej ręki możemy policzyć polskie zespoły, które odniosły znaczący, międzynarodowy sukces. Wielu urodzonym nad Wisłą śpiewakom operowym (m.in. Wiesław Ochman czy Teresa Żylis-Gara), kompozytorom (Krzysztof Penderecki) czy solistom muzyki pop (Barbara Trzetrzelewska) udało się podbić rynki zachodnioeuropejskie i amerykański. Niestety, w kategorii grup muzycznych możemy wymienić jedynie trzy i to związane ze zdecydowanie ciężkimi brzmieniami marki: death-metalowe Vader i Behemoth oraz progresywno-metalowy Riverside. W dzisiejszej recenzji rzucimy okiem na debiutancki krążek formacji - Out Of Myself. 


Etykietka progresywnego metalu może przerażać. Mariusz Duda, lider formacji, tak określa muzykę warszawskiego kwartetu:

Połączyliśmy pop, rock i metal na swój sposób. Sprawiliśmy, że hasło "rock progresywny" nie kojarzy się w naszym kraju tylko z koncertami dla 50  wtajemniczonych dinozaurów. 
Trudno o trafniejsze zdefiniowanie składowych sukcesu Riverside. Wydany w 2003 roku album jest pełen dobrych melodii, solidnych rockowych riffów i zaczerpniętych z muzyki metalowej detali. Otwierająca krążek kompozycja to sprawna żonglerka połamanymi rytmami, klawiszowymi pasażami i różnymi wariantami gry gitarowej. Uwagę zwraca nietypowa rola basu, który momentami wysuwa się na pierwszy plan, nadając The Same River dynamicznego charakteru. Numer drugi to pulsujący rytmem mariaż liryzmu i metalowej szkoły riffowania. Po balladowym I Believe następuje pierwsza część Reality Dream, w którym muzyczne klimaty zmieniają się jak w kalejdoskopie. Utwór piąty to kombinacja pełnych patosu klawiszowych pejzaży, połamanego rytmu i lirycznego śpiewu Dudy, który w końcówce przechodzi w growl (!). Po wyśmienitym Reality Dream II przychodzi czas na kolejną akustyczną balladę - In Two Minds. Piękne brzmienie analogowych organów oraz wysmakowane solo to główne atuty tej kompozycji. Jednak moją ulubioną pozycją jest numer ósmy - The Curtain Falls. Kojarzące mi się z Davidem Gilmourem gitarowe solo Piotra Grudzińskiego snuje się na tle świetnego basowego riffu. Delikatny śpiew lidera stopniowo buduje napięcie, które podtrzymuje przestrzenny mostek; eksplozja następuje wraz z główną partią gitarową, ewoluującą aż do metalowych riffów i grającej na dwie stopy perkusji. Końcówka utworu to subtelne frazowanie Grudzińskiego, nacechowane świetnym wyczuciem. Od pozostałych kompozycji wyraźnie odstaje Ok, utrzymane w spokojnym, ciepłym nastroju.

Od premiery Out Of Myself upłynęło już 10 lat. Mimo to przy każdym odsłuchaniu towarzyszą mi te same emocje. Dzięki zastosowaniu przez zespół różnorodnych wariantów rytmicznych, melodycznych i brzmieniowych nie sposób znudzić się zawartością krążka. Debiutancki album Riverside to z pewnością jedna z najlepszych polskich płyt wydanych w XXI wieku.



Riverside - Out Of Myself, 2003

  1. The Same River
  2. Out Of Myself
  3. I Believe
  4. Reality Dream
  5. Loose Heart
  6. Reality Dream II
  7. In Two Minds
  8. The Curtain Falls
  9. Ok

niedziela, 17 lutego 2013

Only jazz can save us.


Znajomość standardów jazzowych to nie tylko przejaw dobrze pojętego muzycznego snobizmu. Oprócz zapewnienia niezwykłych doznań jazz może także... uratować życie. 


Nie, nie doczekacie się łzawej historyjki o tym, jak muzyka uchroniła kogoś przed zejściem na złą drogę. Wręcz przeciwnie. Kto z Was słyszał kiedyś o Axemanie? Wbrew pozorom nie chodzi o mężczyznę występującego w reklamie dezodorantów, lecz o seryjnego zabójcę z Nowego Orleanu, ćwiartującego swoje ofiary za pomocą siekiery na długim trzonku. W latach 1918-19 zabił 8 osób, a w jednym z wysłanych do prasy listów obiecał oszczędzić każdy dom, w którym... będzie grany jazz.


Amerykanie uwielbiają sequele. Na wypadek "Axemana 2" postanowiłem ocalić kilka ludzkich istnień i stopniowo zapoznawać czytelników ze standardami muzyki jazzowej. Cantaloupe Island to kompozycja pochodząca z wydanej w 1964 r. płyty Empyrean Isles. Zamiast wersji albumowej proponuję Melonową Wyspę w wykonaniu koncertowym, w którym linię melodyczną gra nie kornet, a gitara. Oprócz fenomenalnej techniki Pat Metheny intryguje specyficznym brzmieniem, będącym kombinacją dwóch wzmacniaczy i syntezatora Roland GR-300. Wspaniały temat, rozbudowane improwizacje i funkowy groove - to najważniejsze cechy Cantaloupe Island, które sprawiają że ta blisko 50 - letnia kompozycja wciąż zasługuje na miano evergreenu. 


1. Canteloupe Island (Dejohnette, Hancock, Holland, Metheny in Concert, 1990 Mellon Jazz Festival)

piątek, 15 lutego 2013

Chmury pierzaste.



Rok 2013 zapowiada się niezwykle ciekawie. To nie tylko pierwszy obieg Ziemi wokół Słońca po końcu świata. To także rok premiery niecierpliwie wyczekiwanego studyjnego albumu Bonobo. 

"The North Borders" ukaże się na sklepowych półkach już 1 kwietnia. Wiemy już, że gościnnie pojawią się na nim głosy Greya Reverenda, Szjerdene, Cornelii, oraz - uwaga! - Erykah Badu. Na pierwszego singla Simon Green wybrał "Cirrus". Kompozycja ta rozwija się w typowy dla tego DJ'a sposób. Do mantrycznego motywu stopniowo dochodzą kolejne warstwy dźwięku, co w rezultacie owocuje wieloplanową, pulsującą rytmem strukturą. Ciekawe jest również oficjalne wideo autorstwa Cyriaka. Poniżej wersje singlowa, albumowa, oraz próbka psychodelicznych animacji autora teledysku. Jeszcze tylko 44 dni do premiery...




czwartek, 14 lutego 2013

Kręte drogi do prostoty.


Bogusław Kaczyński w książce Wielka sława to żart napisał: "Paru  moich kolegów raduje się, że "dołożyło" temu lub tamtemu artyście. Ja zawsze wyruszam do teatru z radością. Jeśli nawet wskazywałem na mankamenty roli lub spektaklu, czyniłem to z żalem, a nie z satysfakcją muzycznego prokuratora. Bez życzliwości nie ma wartościowej, twórczej krytyki.". Dlaczego na otwarcie recenzji Born And Raised wybrałem cytat z klasyka? Przede wszystkim dlatego, że zadziwiły mnie wyniki wyszukiwania informacji na temat tej płyty w polskojęzycznej części Internetu. 

Lukrowane opisy dostarczane przez dystrybutora krążka oraz skrobane po jednokrotnym przesłuchaniu płyty recenzje portali muzycznych niczym nie zaskakują. Największą niespodzianką była dla mnie opinia wieloletniego pracownika wytwórni Universal Music i Warner Music, autora książki o Pink Floyd, którego personalia z grzeczności przemilczę. Otóż jego zdaniem 
Wystarczy kilka folkowo-countrowych piosenek, takie pitu pitu do kotleta w knajpie, a za Oceanem sukces murowany. Jak ktoś nie wierzy, to proszę posłuchać nowego albumu Johna Mayera. (...) Do współpracy zaprosił sędziwych weteranów muzyki folk: Grahama Nasha i Davida Crosby'ego (...), a także paru innych nieźle znanych tam, a mniej znanych tu muzyków, i nagrał miły dla ucha krążek, o którego przesłuchaniu zapomniałem zaraz po wybrzmieniu ostatniej piosenki. (...) To muzyka znakomita do zasypiania przy kominku. Nie drażni ucha, snuje się, nawet nie zauważymy, że piosenki się zmieniają, bo wszystkie są takie same. Na Born And Raised poza kompozycją tytułową warto posłuchać A Face To Call Home. Reszta jest milczeniem, chyba że ktoś lubi smętny folk łamany przez country.
Nie po raz pierwszy mam wrażenie, że słucham zupełnie innej płyty niż niektórzy recenzenci. Przede wszystkim - należy dokładnie rozumieć gatunek muzyczny, który staramy się słownie ocenić. Nie sądzę, żeby czytelnik tego bloga w najbliższej przyszłości doczekał recenzji płyty hip-hopowej - po prostu nie rozumiem tej muzyki w stopniu pozwalającym na krytyczną lub wartościującą ocenę. I podobnie jest z przytoczoną powyżej opinią - absolutnie nie przystaje do rzeczywistości.

I don't care what Internet talks about my hat.

Długie włosy, kowbojski kapelusz, przeprowadzka do Montany. Zupełnie inny sposób komponowania. Białą kartkę papieru zastąpił włączony non-stop rejestrator, na który Mayer nagrywał sam śpiew. Zainspirowany Neilem Youngiem, Bobem Dylanem, zespołem Crosby, Stills & Nash oraz Erikem Claptonem dodawał kolejne ścieżki: akustyczne gitary, harmonijkę ustną, pianino... Rezultatem tych twórczych zmagań jest album bliski brzmieniu soft rocka lat 70. W przypadku tego 35-latka to bardzo naturalna ewolucja - od popowego Room For Squares, poprzez blues rockowe Try!, pop-bluesowe Continuum, zagadkowe Battle Studies dochodzimy do Americany.  Folk Rocka. Country. Born And Raised. 


Pierwsza kompozycja na płycie, Queen of California, to znakomite otwarcie. Akustyczne gitary, pedal steel pobrzmiewające w tle i lekka, choć niebanalna melodia - czego chcieć więcej? Chyba tylko wyśmienitych popisów solowych, które oczywiście dostajemy: harmonizowana partia gitarowa między zwrotkami oraz klawiszowy końcowy pasaż, który przechodzi w jammujące outro. Po lekko hymnicznym The Age of Worry przychodzi czas na słodkie, singlowe Shadow Days, które nie zachwyca, ale też nie drażni. Utwór czwarty to odrobione zadanie domowe z tria Crosby, Stills & Nash. Akustyczna gitara, subtelna sekcja rytmiczna, świetne harmonie wokalne w refrenie i mostku - mogę tego słuchać w nieskończoność. Claptonowski blues zaaranżowany na elektryczną gitarę i klawiszowe tła to prezentowane już w wersji akustycznej Something Like Olivia. Kolejna wspaniała kompozycja to utwór tytułowy - rozpoczynające go dźwięki harmonijki ustnej i gitary slide tworzą na wskroś amerykańską atmosferę. Z kolejnymi sekundami aranżacja staje się bogatsza o pianino, organy Hammonda, oraz wokalne wsparcie Davida Crosby'ego i Grahama Nasha. Okazuje się, że "Sędziwi weterani muzyki folk" są nadal bezkonkurencyjni. If I Ever Get Around to Living urzeka nostalgicznym klimatem tworzonym przez pedal steel i ponownie doskonałe wielogłosy. Zachwyca zwłaszcza końcówka, z organowym tłem i subtelnym gitarowym frazowaniem Mayera. Walt Grace's Submarine Test, January 1967 otwiera solo Chrisa Bottiego. Po tak wzruszającym wstępie pozostaje zaśpiewać równie emocjonujący utwór, co przychodzi Mayerowi niezwykle łatwo.


Autor płyty nie musi nikomu udowadniać swojego gitarowego talentu ani umiejętności pisania melodyjnych piosenek. Mimo, że wielu słuchaczy (w tym wspomniany recenzent) oczekuje nieustannego popisywania się niesamowitymi solówkami, artysta tego formatu wie, że można zachwycić czymś więcej niż techniczną maestrią. Stąd tak dużo frapujących detali i ciekawych harmonicznie rozwiązań. Country i folk rock w jego wykonaniu brzmią świeżo i szlachetnie, na co wpływ ma przede wszystkim zmysł aranżacyjny i biegłość kompozytorska Mayera. Oby następne płyty były tak dobre, jak ta.






PS. Ciekawe, czy bez googlowania zgadlibyście, kto jest autorem cytatu użytego jako tytuł tego posta. ;)

środa, 6 lutego 2013

Terra incognita.


Estragon i Vladimir czekali na Godota, my czekamy na Mayera. Aby wyczekiwanie upływało w przyjemnej i powiązanej klimatycznie atmosferze, zapraszam na odkrycie kolejnej terra incognita. Pomimo obecności w bogatej płytotece mojego Taty niemal całej dyskografii Breakoutu, nigdy nie mogłem się przekonać do klejenia riffów Hendrixa, Zeppelinów i Ten Years After w jeden "nowy" utwór. Dziś stopniowo rewiduję ten nieco krzywdzący pogląd. Na dobry początek polecam "Daję ci próg". Klasyczny dwunastotaktowiec z dobrym tekstem Loebla i smacznym solem harmonijki to zacny towarzysz na wieczór.