czwartek, 14 lutego 2013

Kręte drogi do prostoty.


Bogusław Kaczyński w książce Wielka sława to żart napisał: "Paru  moich kolegów raduje się, że "dołożyło" temu lub tamtemu artyście. Ja zawsze wyruszam do teatru z radością. Jeśli nawet wskazywałem na mankamenty roli lub spektaklu, czyniłem to z żalem, a nie z satysfakcją muzycznego prokuratora. Bez życzliwości nie ma wartościowej, twórczej krytyki.". Dlaczego na otwarcie recenzji Born And Raised wybrałem cytat z klasyka? Przede wszystkim dlatego, że zadziwiły mnie wyniki wyszukiwania informacji na temat tej płyty w polskojęzycznej części Internetu. 

Lukrowane opisy dostarczane przez dystrybutora krążka oraz skrobane po jednokrotnym przesłuchaniu płyty recenzje portali muzycznych niczym nie zaskakują. Największą niespodzianką była dla mnie opinia wieloletniego pracownika wytwórni Universal Music i Warner Music, autora książki o Pink Floyd, którego personalia z grzeczności przemilczę. Otóż jego zdaniem 
Wystarczy kilka folkowo-countrowych piosenek, takie pitu pitu do kotleta w knajpie, a za Oceanem sukces murowany. Jak ktoś nie wierzy, to proszę posłuchać nowego albumu Johna Mayera. (...) Do współpracy zaprosił sędziwych weteranów muzyki folk: Grahama Nasha i Davida Crosby'ego (...), a także paru innych nieźle znanych tam, a mniej znanych tu muzyków, i nagrał miły dla ucha krążek, o którego przesłuchaniu zapomniałem zaraz po wybrzmieniu ostatniej piosenki. (...) To muzyka znakomita do zasypiania przy kominku. Nie drażni ucha, snuje się, nawet nie zauważymy, że piosenki się zmieniają, bo wszystkie są takie same. Na Born And Raised poza kompozycją tytułową warto posłuchać A Face To Call Home. Reszta jest milczeniem, chyba że ktoś lubi smętny folk łamany przez country.
Nie po raz pierwszy mam wrażenie, że słucham zupełnie innej płyty niż niektórzy recenzenci. Przede wszystkim - należy dokładnie rozumieć gatunek muzyczny, który staramy się słownie ocenić. Nie sądzę, żeby czytelnik tego bloga w najbliższej przyszłości doczekał recenzji płyty hip-hopowej - po prostu nie rozumiem tej muzyki w stopniu pozwalającym na krytyczną lub wartościującą ocenę. I podobnie jest z przytoczoną powyżej opinią - absolutnie nie przystaje do rzeczywistości.

I don't care what Internet talks about my hat.

Długie włosy, kowbojski kapelusz, przeprowadzka do Montany. Zupełnie inny sposób komponowania. Białą kartkę papieru zastąpił włączony non-stop rejestrator, na który Mayer nagrywał sam śpiew. Zainspirowany Neilem Youngiem, Bobem Dylanem, zespołem Crosby, Stills & Nash oraz Erikem Claptonem dodawał kolejne ścieżki: akustyczne gitary, harmonijkę ustną, pianino... Rezultatem tych twórczych zmagań jest album bliski brzmieniu soft rocka lat 70. W przypadku tego 35-latka to bardzo naturalna ewolucja - od popowego Room For Squares, poprzez blues rockowe Try!, pop-bluesowe Continuum, zagadkowe Battle Studies dochodzimy do Americany.  Folk Rocka. Country. Born And Raised. 


Pierwsza kompozycja na płycie, Queen of California, to znakomite otwarcie. Akustyczne gitary, pedal steel pobrzmiewające w tle i lekka, choć niebanalna melodia - czego chcieć więcej? Chyba tylko wyśmienitych popisów solowych, które oczywiście dostajemy: harmonizowana partia gitarowa między zwrotkami oraz klawiszowy końcowy pasaż, który przechodzi w jammujące outro. Po lekko hymnicznym The Age of Worry przychodzi czas na słodkie, singlowe Shadow Days, które nie zachwyca, ale też nie drażni. Utwór czwarty to odrobione zadanie domowe z tria Crosby, Stills & Nash. Akustyczna gitara, subtelna sekcja rytmiczna, świetne harmonie wokalne w refrenie i mostku - mogę tego słuchać w nieskończoność. Claptonowski blues zaaranżowany na elektryczną gitarę i klawiszowe tła to prezentowane już w wersji akustycznej Something Like Olivia. Kolejna wspaniała kompozycja to utwór tytułowy - rozpoczynające go dźwięki harmonijki ustnej i gitary slide tworzą na wskroś amerykańską atmosferę. Z kolejnymi sekundami aranżacja staje się bogatsza o pianino, organy Hammonda, oraz wokalne wsparcie Davida Crosby'ego i Grahama Nasha. Okazuje się, że "Sędziwi weterani muzyki folk" są nadal bezkonkurencyjni. If I Ever Get Around to Living urzeka nostalgicznym klimatem tworzonym przez pedal steel i ponownie doskonałe wielogłosy. Zachwyca zwłaszcza końcówka, z organowym tłem i subtelnym gitarowym frazowaniem Mayera. Walt Grace's Submarine Test, January 1967 otwiera solo Chrisa Bottiego. Po tak wzruszającym wstępie pozostaje zaśpiewać równie emocjonujący utwór, co przychodzi Mayerowi niezwykle łatwo.


Autor płyty nie musi nikomu udowadniać swojego gitarowego talentu ani umiejętności pisania melodyjnych piosenek. Mimo, że wielu słuchaczy (w tym wspomniany recenzent) oczekuje nieustannego popisywania się niesamowitymi solówkami, artysta tego formatu wie, że można zachwycić czymś więcej niż techniczną maestrią. Stąd tak dużo frapujących detali i ciekawych harmonicznie rozwiązań. Country i folk rock w jego wykonaniu brzmią świeżo i szlachetnie, na co wpływ ma przede wszystkim zmysł aranżacyjny i biegłość kompozytorska Mayera. Oby następne płyty były tak dobre, jak ta.






PS. Ciekawe, czy bez googlowania zgadlibyście, kto jest autorem cytatu użytego jako tytuł tego posta. ;)

1 komentarz:

  1. Bardzo ciekawa notka. Przyjemnie się czytało.
    Co do koncertu "End Of an Era" to moim zdaniem jest to niesamowity koncert i wiele piosenek brzmi tam lepiej niż na płycie. "Ghost Love Score" to i tak nie jest najdłuższe nagranie Nightwish :)
    Pozdrawiam, True-Villain.blog.pl

    OdpowiedzUsuń