sobota, 18 maja 2013

Awantura o zamsz cz. 2


Dziś ciąg dalszy intrygujących wersji tego utworu.

John Lennon & Plastic Ono Band

John Brower i Kenny Walker, organizatorzy Toronto Live Peace Festival, do udziału w imprezie namówili plejadę gwiazd rock and rolla: Chucka Berry'ego, Little Richarda, Jerry'ego Lee Lewisa, Fatsa Domino, Bo Diddley'a i Gene'a Vincenta. Kilku współczesnych wykonawców, takich jak Alice Cooper, Chicago czy The Doors  uzupełniło setlistę. Panowie postanowili więc poprosić Johna Lennona o poprowadzenie całej imprezy. Beatles odparł: Jeżeli w ogóle się tam pojawię, to po to, żeby grać. Tylko jeśli pozwolicie mi zabrać ze sobą mój nowy zespół, żebyśmy mogli zagrać. Problem w tym, że nie było żadnego zespołu...

Koncert miał odbyć się 13 września 1969 roku. Dzień wcześniej kilka połączeń telefonicznych doprowadziło do powstania Plastic Ono Band. Oprócz Lennona i Yoko Ono skład tworzyli Eric Clapton, Klaus Voorman i Alan White. Grupa odbyła dwie próby: jedną na pokładzie samolotu, a drugą na chwilę przed koncertem. Według słów lidera Grupa nie wiedziała, co grać. Zagrali więc rock and rollowe klasyki, w tym Blue Suede Shoes.


Stray Cats & friends

Zespół Briana Setzera na początku lat 80. przywrócił rock and rolla do życia. Utrzymane w konwencji klasycznego rockabilly utwory, charakterystyczne fryzury i wyrazista osobowość lidera zapewniły kapeli artystyczny i komercyjny sukces. Blue Suede Shoes wykonane podczas tego koncertu obfituje w bogaty zestaw gości. Na scenie pojawili się Eddie Van Halen, David Gilmour, B.B. King, Stanley Jordan, Les Paul, Jon Hammer, Waylon Jennings i Steve Miller. Od natłoku nazwisk aż boli głowa, lepiej obejrzeć i posłuchać.



Jimi Hendrix


Nagrana z Buddy'm Milesem wersja ma sporo garażowego klimatu. Przez 1,5 minuty perkusista nie może zrozumieć intencji Jimiego. Gdy w końcu udaje im się dogadać otrzymujemy naprawdę wyśmienity cover, nacechowany indywidualnym gitarowym stylem Hendrixa.

piątek, 17 maja 2013

Awantura o zamsz cz. 1


Jakiś czas temu przyobiecałem kilka postów o standardach muzyki rozrywkowej. Dziś czas na Blue Suede Shoes.

Carl Perkins


W połowie lat 50. w programie Luisiana Hayride spotkała się czołówka amerykańskiej sceny rockabilly. Johnny Cash, Elvis Presley oraz Carl Perkins razem nagrywali i koncertowali. Cash wpadł na pomysł napisania piosenki o niebieskich zamszowych butach podczas służby wojskowej w Niemczech. Poznał tam czarnego lotnika, który wszystkim chwalił się swoim obuwiem. Perkins początkowo wyśmiał ten pomysł. Nic nie wiem o butach. Jak miałbym napisać piosenkę o butach? Gdy 4 grudnia 1955 roku grał na potańcówce, w przerwie między utworami usłyszał okrzyk: Uh-uh, don't step on my suedes! Gdy spojrzał w kierunku, z którego dochodził głos, zobaczył chłopaka w... niebieskich, zamszowych butach. Jeszcze tej samej nocy Perkins napisał piosenkę, a 19 grudnia dokonano pierwszego nagrania.




Elvis Presley

Najbardziej znany cover tej piosenki. Wersja Króla została zarejestrowana w styczniu 1956 roku i pojawiła się na wydanym w marcu tego roku debiutanckim albumie muzyka, zatytułowanym po prostu Elvis Presley. Co ciekawe, utwór dotarł jedynie do 20. miejsca na listach przebojów. Nieśmiertelna sława przyszła później.




Black Sabbath

Podczas koncertów w 1969 pionierzy heavy metalu często wykonywali Blue Suede Shoes. Wokal Ozzy'ego brzmi w tym kontekście dość kuriozalnie, ale całość wypada bardziej niż przekonująco.  



Kolejne wersje tego utworu pojawią się w jutrzejszym wpisie. Zapraszam! 

wtorek, 14 maja 2013

Praktyczna supergrupa


Klasyczny rockowy skład wieje nudą na kilometr. Co z tym zrobić? Dodajmy trzech DJ-ów, będzie ciekawiej.

Nowojorski basista Bill Laswell, bębniarz o uroczej ksywie Brain, gitarowy wymiatacz Buckethead i grający na klawiszach Bernie Worrell sformowali w 1992 roku grupę Praxis. Zespół łączył hip-hop, funk, jazz, heavy metal oraz muzykę progresywną w fantazyjną i spójną całość. Dziś zapraszam na zarejestrowany w warszawskiej Sali Kongresowej utwór Animal BehaviorStudyjny skład poszerzono na tym koncercie o DJa Diska, DXT oraz Mix Master Mike'a. Wysunięty na pierwszy plan bas, urozmaicona perkusja i gitarowa wirtuozeria występują na równych prawach z wieloma rodzajami scratchy (pojawiają się m.in. tweak i crab, autorskie tricki Mix Master Mike'a). Warto to sprawdzić.

  

niedziela, 12 maja 2013

Powrót na południe


Kwartet z Nashville nie ma łatwego życia - każde ich wydawnictwo wywołuje skrajne reakcje. Początkowo popularni w Europie i anonimowi w USA, byli chwaleni przez recenzentów i pewnie zdobywali kolejne wyróżnienia. Przeskok ze świata alternatywy do mainstreamu w postaci Only by the night zniechęcił krytyków, ale otworzył dla nich rynek amerykański. Postanowili więc odwdzięczyć się rodzimej publiczności - tak powstało Come Around Sundown. 

Po wypełnionym przebojami, świetnie wyprodukowanym czwartym krążku zespół został twarzą światowego rocka. Wyprzedane do ostatniego miejsca stadiony, milionowe nakłady płyt, 3 nagrody Grammy. Historia lubi się powtarzać - każdy znaczący zespół w historii rocka dotarł do tego momentu. Po wielkim sukcesie grupa ma dwa wyjścia: rozpaść się lub zaryzykować i pójść naprzód. Rodzina Followillów postanowiła wrócić do korzeni i nagrać najbardziej amerykańską płytę w karierze. 

Początek od końca

Otwarcie nie zwiastuje rewolucji. The End rozpoczyna się świetnie brzmiącą partią perkusji, dynamicznym basem i przestrzennymi gitarami. Poprawił się wokal Caleba. Jego głos brzmi czyściej, wyraźniej, chociaż nadal na wskroś rockowo. Jak powiedział frontman - Jeżeli ktoś był fanem naszego poprzedniego albumu i włączy nowy, ten utwór go nie odstraszy. Odkrywanie Ameryki musi poczekać do drugiej na krążku kompozycji.

Ojciec braci Followillów (zespół tworzą Caleb, Nathan, Jared i ich kuzyn Matthew) jest pastorem Zjednoczonego Kościoła Zielonoświątkowego. Wielki wpływ na wychowanie chłopców miała zatem muzyka gospel i właśnie te inspiracje można odnaleźć w Radioactive. Zespołowi towarzyszy dziecięcy chór, refren inspirowany jest religijną pieśnią, a tekst opowiada o natchnieniu płynącym z modlitwy. Prym wiedzie jednak doskonała sekcja rytmiczna. Początkowo utwór miał być... punkowy. Podczas przerwy w nagrywaniu frontman zespołu nagle oderwał się od gry w rzutki i postanowił ponownie zarejestrować wokal. Przy asyście butelki whisky zwolnił tempo i sposób śpiewania tak mocno, że kolejnego dnia po odsłuchaniu nowej wersji wszyscy zastanawiali się: co to za piosenka?


"Ogień to tworzywo"

Kings of Leon zawsze dobrze wypadali w balladach. Trzeci utwór to opowieść o piromanie, chociaż dla mnie mogłaby być równie dobrze o paście do butów - wokal Caleba doskonale dozuje emocje, snując się na tle delikatnych gitar i nasyconych pogłosem klawiszy. Mary to nagrana za jednym podejściem kompozycja z czasów Only by the night, która nie wzbudza większych emocji. 


Większe ich spektrum pojawia się w The Face. Pięknie uzupełniająca się gra perkusji i basu, przestrzenne plumkanie gitary oraz obecne w tle organy tworzą... bardzo brytyjski klimat. Zespół swój piąty album nagrywał w Nowym Jorku, co zaowocowało świetnym tekstem, poruszającym motyw domu i tęsknoty za rodzinnym stanem - if You give up New York/I'll give You Tennessee/The only place to be. Jakie to amerykańskie...

Born in Nashville

Czy można bardziej? Oczywiście, jest przecież Back Down South. Pojawiają się w nim akustyczne gitary, skrzypce, gitara lap steel - ta piosenka to typowy utwór country. Czuć, że nagrywanie sprawiło członkom Kings of Leon niezłą frajdę. Matthew Followill wspomina je jako Jedne z najlepszych chwil jakie spędził w studio. Nie dziwię się - pracę rozpoczęli od kilku szklanek whisky, a do wspólnego śpiewania zaprosili wszystkich obecnych, włącznie z dostawcą pizzy. Atmosfera udziela się słuchaczom, aż się chce wsiąść do starego Chevroleta Camaro i wyruszyć na południe.


W tym momencie zespół dopada kryzys środka płyty. Beach Side, pierwotnie nieprzypadkowo nazywane B-Side, to lekka piosenka w stylu soft-rocka lat 70. Nie zostawia trwałego śladu w pamięci, podobnie jak No Money i Pony Up. Lepiej wypada Birthday, oparte o świetną sekcję rytmiczną. W końcówce albumu wyróżnia się Mi Amigo, według niektórych interpretacji opowiadające o uzależnieniu od alkoholu. W warstwie muzycznej to dynamiczny rockowy kawałek, wzbogacony aranżacyjnie o dźwięki sekcji dętej. Ostani na płycie Pickup truck miał być hymnem na miarę Arizony, ale niestety nie dorasta jej do pięt.

Wiele hałasu o nic

Album został skarcony przez recenzentów. Zarzucano mu sformatowanie na potrzeby radia, kopiowanie stylu U2 i zbyt wygładzoną produkcję. Po trzech latach od premiery nadal nie rozumiem tych formułowanych naprędce oskarżeń. Kings of Leon nie udawali nigdy zbawców awangardy, zawsze grali melodyjne, proste, dobrze skrojone rockowe piosenki. A że taka muzyka świetnie się sprzedaje? Pozostaje tylko się cieszyć i mieć nadzieję, że nie wpłynie to na kompozytorską sprawność kwartetu.