piątek, 21 czerwca 2013

Parszywa Trzynastka


End Of The Beginning do złudzenia przypomina Black Sabbath z debiutanckiego albumu formacji. Loner brzmi jak N.I.B., a Zeitgeist to kontynuacja Planet Caravan. Co z tego? Młodzież i tak pozostaje daleko w tyle.

Pamiętam, jak przy okazji pojedynku Przemysława Salety z Andrzejem Gołotą wielu dziennikarzy bezlitośnie wytykało bokserom wiek - razem mieli 90 lat. W przypadku Black Sabbath aż strach brać do ręki kalkulator. Iommi, Butler, Ward i Ozzy dawno już przekroczyli 60. rok życia. Jak przekłada się to na muzykę? W przypadku 13 nie ma mowy o nokaucie. To raczej spokojne zwycięstwo na punkty.

Jak się ma kurwa czuć legenda rocka? Czy wstając rano mówi: "Kochanie, czuję się dzisiaj bardzo legendarnie" ?

Black Sabbath zawsze otoczone było swoistą magią. Pełen niepokoju klimat pierwszych albumów zespołu, potężne brzmienie nisko strojonej gitary, klekoczący bas i charakterystyczny wokal Osbourne'a - to wszystko złożyło się na komercyjny i artystyczny sukces grupy. Tego wieczoru po koncercie wróciłem do hotelu i na korytarzu zastałem jakichś piętnastu świrów: mieli twarze pomalowane na czarno, peleryny, sztylety i świece. Zatrzasnąłem za sobą drzwi i zadzwoniłem do gościa z obsługi żeby zrobił coś z tymi ptasimi móżdżkami. Facet stanął między nimi, powiedział "sto lat", zdmuchnął im świece i kazał się wynieść. Gdzieśmy się wtedy nie ruszyli, takie typki zawsze sypiały na korytarzu pod moimi drzwiami. Słuchając opowieści Ozzy'ego trudno się nie uśmiechnąć. Oddaje ona stopień zaangażowania fanów  w twórczość Black Sabbath, ich bezgraniczne uwielbienie dla muzyki kwartetu z Birmingham. Uświadamia też jak olbrzymia presja ciążyła na czwórce przyjaciół, którzy postanowili po 35 latach nagrać płytę w oryginalnym składzie. Czy się udało?


Kasę mogliśmy puszczać z dymem i chlaliśmy na umór...

...aż przyszedł Rick Rubin i powiedział stop. Brodaty producent zabrał panom używki i narzucił reżim studyjnej pracy. W międzyczasie wykruszył się Bill Ward (żądał honorarium za występ charytatywny, co doprowadziło do potężnej kłótni w zespole), zastąpiony na czas sesji przez Brada Wilka. W 1997 roku Ozzy mówił: Między Tonym Iommim, Geezerem Butlerem a mną powstaje magia, której nie umiem wytłumaczyć. Kiedy stajemy na scenie, to są po prostu jakieś, kurwa, czary. Pierwsze dźwięki 13 potwierdzają słowa Księcia Ciemności. Odpowiedni ciężar posępnych zwrotek, riffowa galopada i jedyny w swoim rodzaju wokal - tak właśnie brzmiało Black Sabbath w najlepszych czasach. End Of The Beginning to wymarzone otwarcie.





Na pierwszy singiel wybrano drugi na płycie God is dead? Prawie dziewięciominutowy utwór jest popisem riffowego kunsztu Iommiego. Wielu krytyków zarzucało mu autoplagiat, ja nazwałbym to raczej "puszczaniem oka" do fanów Black Sabbath. Poza tym - mówimy o człowieku, który wymyślił heavy metal. Dlaczego klasyk miałby nie brzmieć klasycznie?

Cokolwiek można powiedzieć o Tonym Iommim, jest on na pewno mistrzem riffowania.

Udowadnia to w wyśmienitym Loner i godnym pierwszych płyt kwartetu Age Of Reason, gdzie na uwagę zasługuje długie, rozbudowane solo. Po słabszym Live Forever następuje moja ulubiona pozycja z krążka - Damaged Soul. Ciężki riff, "tłusty" bas i perfekcyjna gra perkusji tworzą doskonałe tło dla wokalu Ozzy'ego. Wokalu, który na całym albumie brzmi świeżo, czysto i potężnie, jak za najlepszych lat. Wielka w tym zasługa Ricka Rubina. Przed rozpoczęciem sesji nagraniowej do 13 producent przesłuchał z zespołem ich debiutancki krążek. Jak wspomina Ozzy: 
Poszliśmy do domu Ricka i zaczął nas wałkować o pierwszy album. Pomyślałem - o co, kurwa, chodzi? Dlaczego pierwszy album? Nagraliśmy miliard albumów od tamtego czasu. Ale on powiedział:  
- Nie jesteście heavy metalowym zespołem. Wasz pierwszy album był bluesowy.   
- Taaaak... - przytaknąłem. 
- I o to mi chodzi. 
- Bluesowy album! Chcesz żebyśmy nagrali bluesowy album?! - nie wiedziałem, o co do kurwy nędzy mu chodzi. Myślałem, że go zdrowo popieprzyło. Ale trzy tygodnie później olśniło mnie. Nie chodziło o bluesowy album, ale o bluesowy feeling. 
W Damaged Soul na słuchacza oprócz heavy bluesowego feelingu czeka wspaniały pojedynek gitary i harmonijki ustnej. Pozycja obowiązkowa.


Jako stary dziadek będę pewnie ciągle śpiewał "Paranoid".

Przepowiednia Ozzy'ego nie spełniła się - dzięki 13 jako dziadek może zaśpiewać coś nowego. Album nie eksploruje nieznanych obszarów heavy metalu, ale czy ktokolwiek tego oczekiwał? Trzech klasyków pokazało metalowej dzieciarni miejsce w szeregu. Pytanie, czy jest się z czego cieszyć? Płytę kończy odgłos burzy i kościelnych dzwonów - ten sam, który rozpoczynał debiutancki Black Sabbath. Piękna to klamra, a być może pożegnanie. Jeśli tak, to w wielkim stylu.

Black Sabbath - 13
1.End of the Beginning
2.God is Dead?
3.Loner
4.Zeitgeist
5.Age of Reason
6.Live Forever
7.Damaged Soul
8.Dear Father

Universal Music, 2013


Źródła cytatów: "Mówi Ozzy", red. Harry Shaw, wyd. In Rock



środa, 5 czerwca 2013

Radość i smutek


Musieli zrobić coś, co będzie inne. Ciągle w ramach muzyki dance, elektroniki, ale z "ludzkim" piętnem. 

Uwielbiam disco. Diana Ross, Bee Gees, Chic, Donna Summer czy Sister Sledge - to ich muzyka definiuje dla mnie ten gatunek. Wyrastające z funku i soulu brzmienie, złożone progresje akordowe i lekko jazzujący feeling stworzyły mieszkankę, która na ponad dekadę zdominowała listy przebojów. Z czasem disco zostało wyparte przez syntezatorową papkę spod znaku Poker Face. Tym bardziej cieszy, że zakuty w kosmiczne hełmy producencki duet, znany światu jako Daft Punk, postanowił nagrać płytę z melodyjną i archaicznie zaaranżowaną muzyką dance. 

I'm coming out

Mocne otwarcie - tak najkrócej można opisać Give life back to music. Moją uwagę zwróciły nazwiska kompozytorów. Oprócz Thomasa Bangaltera i Guy-Manuela de Homem-Christo (Daft Punk) w książeczce widnieją nazwiska dwóch gitarzystów: Paula Jacksona Juniora i Nile'a Rodgersa. Dla niewtajemniczonych - Rodgers to podpora zespołu Chic, kompozytor takich przebojów jak Le Freak czy I'm coming out, śpiewanego przez Dianę Ross. W otwierającym Random Access Memories utworze prym wiodą właśnie gitary. Czyste, selektywne brzmienie i charakterystyczne dla Rodgersa przeplatanie akordów i zagrywek rytmicznych stanowi świetne tło dla przetworzonego przez vocoder, nieco irytującego głosu. 




Utwór drugi jest, a jakoby niczego nie było. Potencjał pięknej melodii i aranżacji skutecznie zniszczył vocoder. O wiele ciekawsza jest najdłuższa na płycie kompozycja - Giorgio by Moroder.

Sound of the future

Numer trzeci to coś w rodzaju słuchowiska. Opowieść włoskiego producenta, Giorgio Morodera, zilustrowano wyśmienitą muzyką. Początkowo jest to standardowe disco w stylu Chic z wiodącą rolą gitary. Później dołączają się syntezatory, a kompozycja ewoluuje w kierunku jazzu fusion - świetna jest zwłaszcza partia solowa elektrycznego pianina. Kulminacja Giorgio by Moroder to fragment z rockową perkusją i orkiestracją. Robi wrażenie. 



Within to ważny utwór z punktu widzenia całego albumu - następuje w nim zmiana tonacji. Trzy pierwsze utwory, zagrane w a-moll za pomocą jednego zgrabnego przejścia łączą się z kolejnymi w tonacji b-moll. Delikatny akompaniament sekcji rytmicznej i pianino Chilly'ego Gonzalesa to czyste popowe piękno, zasługujące na coś lepszego niż fatalnie brzmiący, syntetyczny wokal. Szkoda.

Rodgers again

Na utwór piąty można spuścić jedynie zasłonę milczenia, natomiast o Lose yourself to dance trzeba powiedzieć kilka ciepłych słów. Wielka w tym zasługa Neila Rodgersa, który skomponował kolejny znakomity riff: prosty, ale rozbrzmiewający w głowie długie godziny po wyłączeniu płyty. Sam utwór jest niestety zbyt długi i po trzech minutach staje się nużący. 

Touch powstał we współpracy z Paulem Williamsem. Ta piosenka to dyskotekowy odpowiednik Day In A Life Beatlesów. Od syntezatorowego kolażu, przez piano pop urozmaicony sekcją dętą i orkiestracją, aż do lekko eksperymentalnego zakończenia - po prostu majstersztyk. Upływu lat nie odczuł głos Williamsa. Doświadczony songwriter wyznał: Od kolesi którzy są znani z techno popu, cokolwiek to jest, wyszła piękna kompozycja. To mnie poruszyło. Ta dziewięciominutowa podróż jest dla mnie bardzo emocjonalna i mam nadzieję, że taka będzie też dla innych ludzi. Nie pomylił się, jest.




Get lucky, czyli jak się robi przebój

Metoda jest bardzo prosta. Radosna progresja akordowa, przeplatana rytmicznymi zagrywkami i falsetowy wokal; do tego "żywa" sekcja rytmiczna oraz nienaganna produkcja. Tę prostą receptę odkrył już w latach 70. - tu niespodzianka - Neil Rodgers, który ponownie gości na Random Access Memories. Utwór bezlitośnie wchłonęła machina radiowej promocji, co nie odbiera mu bardzo naturalnego uroku. Zdziwię się, jeżeli nie będzie Grammy. 

Po tak przebojowym momencie ciężko w skupieniu wysłuchać drugiej części płyty. Beyond, skomponowane wraz z Paulem Williamsem, dzięki funkowej gitarze i ciekawej orkiestracji brzmi naprawdę frapująco.  Kolejne pozycje niestety rozczarowują: są nudne, przewidywalne i przeciętne. Dobre imię duetu ratuje ostatni na krążku utwór, Contact. Dynamiczna sekcja rytmiczna, klasycznie brzmiące syntezatory i niepokojąca gra szumów, trzasków i sprzężeń choć trochę rekompensuje uczucie zawodu.

Co dalej?

To kosmicznie nierówna płyta. Obrazuje jednak pewną tendencję. Od dnia premiery Random Access Memories okupuje czołowe miejsca na listach sprzedaży. Słuchacze muzyki pop tęsknią za żywymi instrumentami. Pragną melodii, bogatych aranżacji i dobrych kompozycji. Tu napotykamy jednak pewien problem - młodzi wykonawcy nie potrafią pisać muzyki dorównującej poziomem tej z lat 70. i 80. Daft Punk sięgnęli po emerytów: Neila Rodgersa czy Paula Williamsa i przywrócili muzyce groove. Co będzie, gdy pokolenie twórców muzyki disco zacznie wymierać, tak jak obecnie dzieje się z legendami rocka? 

Najnowsze dzieło Daft Punk cieszy i smuci jednocześnie. Czas pokaże, czy muzyka pop zawróci z dubstepowej, pozbawionej melodii ścieżki. Ta płyta to warty poznania, mały krok w tę stronę. Ciąg dalszy nastąpi?